- W porządku - zawołał funkcjonariusz Damian Karaś wpadając do pokoju przesłuchań, w którym siedzieli Alicja i Artem. - Który z nas będzie złym gliną?
- Żaden - odparła posępnie Bielak.
- Któryś musi.
- Teraz? - spytała wściekła. - Przesłuchuję go od kilku godzin, a ty... - zacięła się. - Po co w ogóle pytasz o takie rzeczy przy nim?
Święcie przekonany o tym, że Artem nie rozumie ani słowa po polsku ksiądz usiadł z obrażoną miną w kącie pokoju i chwilowo, ani myślał zabierać głosu.
- Raz jeszcze... - westchnęła Bielak. - Gdzie byłeś w nocy z drugiego na trzeci lipca?
- To była Noc Złowrogiego Czynu - uzupełnił Karaś.
- Przyjechałem do miasta.
- Ktoś może to potwierdzić?
Artem spojrzał w brzydki stół ze sklejki i wzruszył ramionami. Z tamtej nocy zapamiętał kierowcę busa oraz policjanta. Nad ranem dotarł na farmę Korczaków, ale nie chciał robić problemów Barbarze. Była dla niego dobra, a więc mógł się odwdzięczyć i nie mieszać jej w sprawę bez konieczności.
- Wasz komendant.
- Ach, tak, a ja ci powiem jak było w rzeczywistości - przerwał mu Damian gotowy do odegrania roli złego gliny. - Tamtej nocy przypadkiem nakryłeś Pawlicką i Gorazdę na robieniu zbereźnych rzeczy i wtedy postanowiłeś ich zabić.
Artem głośno westchnął, rozkładając ręce.
- Z czoho wy zbyrajestesja mene obwynuwatyty?
Karaś przygotowany do kolejnej kwestii zamarł z otwartymi ustami. Ostrożnie spojrzał na przyglądającą mu się Bielak.
- Ukraiński?
- Kończyłeś tyle kursów - zaczęła ostrożnie policjantka. - Powiedz, że uczyłeś się także ukraińskiego.
- Jakoś... Jakoś tego nie miałem okazji - przyznał niechętnie.
Do tej pory Artem chętnie współpracował. Opowiedział o przyjeździe do Polski, dał na miary na koleżankę siostry, matkę, a także wyjaśnił, gdzie był kilka godzin wcześniej, gdy na obozie dochodziło do kolejnego ataku Złowrogiego. Liczył, że wykazując chęć pomocy organom władzy sam czegoś się dowie, a może odkryją nawet gdzie jest Daria? Jednak przede wszystkim chciał dowiedzieć się, dokąd policjant zabrał Jowitę. Nawet nie wyobrażał sobie, co musiała czuć w tej chwili dziewczyna. Chciał do niej popędzić, objąć ją i powiedzieć, że jest najważniejsza na całym świecie. A niech go skażą, ba, przyzna się do czego tam chcą. Niech tylko Jowita będzie bezpieczna. Teraz jednak stracił resztkę nadziei na szczęśliwe zakończenie. Dla policji był głównym podejrzanym. W najlepszym przypadku czekały go kolejne godziny przesłuchań, może adwokat, może ambasada. Już sam nie wiedział. W jakimś nieuzasadnionym akcie bezradności postanowił nie odpowiadać na kolejne pytania.
- Ja ne budu widpowidaty na żodni pytannja.
Do pomieszczenia wpadł komendant Czyż. Artem energicznie poderwał się z miejsca, ale na znak Alicji bezwładnie opadł na siedzenie.
- Gdzie jest Jowita? - spytał Artem.
Piotr nie odpowiedział od razu. Przymknął drzwi pokoju i zrobił ostrożny krok w stronę Artema.
- W bezpiecznym miejscu - rzucił - ale to bez znaczenia.
Jego tembr głosu, mimika twarzy, każdy wyważony ruch sprawiały, iż Karaś zazdrościł mu doświadczenia w odgrywaniu złego gliny.
- Powiem ci jak będzie dalej - nie przerywał, stając za plecami Artema. - Ciebie też wywiozę. Prosto do Katowic. Wsiądziesz w pociąg i już nigdy więcej o tobie nie usłyszymy, wy ponimajcie?
Dotsenko chciał zaprotestować, ale zdał sobie sprawę z tego, że znajduje się na przegranej pozycji.
- Nie chce komendant - wtrąciła Bielak.- Chcę żeby on zniknął ze Staraszewa. Chyba, że przyznał się do zabójstwa Iwony i tej małej - w nerwach zapomniał nazwiska Białej.
- Mamy świadków, z którymi spędził popołudnie i...
- Nie obchodzą mnie zeznania gówniarzy z obozu! Jutro... Właściwie to już dziś - spojrzał na zegarek. - Ma ich tutaj nie być.
Na więcej opieszałości miejsca nie było. Piotr zaciągnął Artema do radiowozu, a potem z piskiem opon odjechał sprzed komendy. Alicja i Damian odprowadzili ich wzrokiem.
- Wiesz co jest najśmieszniejsze? - spytał po chwili milczenia Karaś. - Uważam, że dzisiejsze działania nie zakończą krwawych żniw.
Mogła jedynie zgodzić się z nim w pełni.
***
Autokar przyjechał kilka minut po trzynastej. Opiekun wręczył Dominice jak uprzednio jakiś świstek do podpisania. Zorganizował przed busem szybką zbiórkę, policzył dzieciaki przed wejściem do busa, a potem drugi raz, gdy już wszystkie zajmowały swoje miejsca. W szczegóły morderczego lata opiekun nie miał zamiaru się zagłębiać. Możliwe, że przełożeni nawet nie poinformowali go o przyczynach skrócenia kolonii.
W każdym razie Rychlewska poczuła ulgę, iż zdecydowali nie zabierać się autokarem z dzieciakami. Wspólnie z Natalią postanowili opuścić przeklęty obóz dzień później. Raz, Kozłowska miała sporo bagaży i prawdopodobnie będzie trzeba zabrać Pusię, a dwa, Leszek nie miał zamiaru porzucać tu samochodu.
Zbiórka trwała około półgodziny. Rychlewska odprowadziła wzrokiem autobus, a potem wróciła do domku. Leszek od rana ślęczał nad dokumentami Modesta i nawet wejście Dominiki nie oderwało go od zajęcia.
- No to dzieciaki odjechały - westchnęła, siadając przy stoliku obok swojego chłopaka.
- Ehe.
- Właściwie to odleciały.
- No...
- Opiekun przyleciał na miotle, a resztę wakacji spędzą w Hogwardzie.
- Gdzie? - nie dosłyszał ostatniego słowa.
Dominika uśmiechnęła się.
- Masz już coś?
- Tak sobie myślę... To głupie, ale co jeśli motywem Artema była zazdrość? - spytał, oczekując jakiejś reakcji. - Może jego i Darię łączyło jakieś większe uczucie. Może był cholernie zaborczym bratem i nie chciał, aby ona tu przyjeżdżała. Wpadł w szał, gdy okazało się, że jego młodsza siostra spotyka się z Mikołajem i zabił ich oboje.
- Fajna teoria - przyznała Rychlewska. - Tylko co to ma wspólnego z anonimami Modesta, cytatem z Biblii, pozostałymi ofiarami - mogła jeszcze długo wyliczać.
- A, dzwoniła Natalia - przypomniała sobie wstając od stolika. - Pytała się, kiedy przyjedziemy?
Leszek z niechęcią spojrzał na walizki i stertę pogniecionych ubrań.
Na prośbę Kozłowskiej ostatnią noc mieli spędzić wspólnie w domu Pawlickich. Natalia nie chciała zostawać sama w pustym domostwie, zaś Leszek i Dominika nawet nie starali się już ukrywać odrazy do obozowych domków.
***
Po południu - już w komplecie - Natalia, Dominika i Leszek wybrali się do osiedlowego sklepiku. W planach mięli większe zakupy przed jutrzejszą podróżą do domu. Początkowo chcieli zrobić sobie wycieczkę do Katowic, ale potem zgodnie stwierdzili, że lepiej nie oddalać się od Staraszewa na wypadek powrotu Jowity.
- Byłam na komendzie, ale niczego się nie dowiedziałam. Komendant wywiózł Jowitę za miasto, a ten jego zastępca Bielak nie wie lub nie chce powiedzieć dokąd - skończyła relację Kozłowska.
- Podobno Artema też zwolniono - zagadnęła Dominika.
- Jeśli okaże się, że ten Ukrainiec jest Złowrogim... - zrobiła pauzę - przysięgam! Jeśli mojej kuzynce chociaż włos z głowy spadnie to osobiście go zatłukę!
Początkowo trwała w przekonaniu, że nie będzie potrafiła dogadać się z Jowitą. Ona fashionistka i kuzynka glonofan. Zbliżyły ich do siebie siatkówka oraz morderstwa. Przez ułamek sekundy odczuwała wdzięczność do stracha na wróble za makabrę, którą wtarabanił do miasteczka.
Byłoby zabawnie, gdyby zbrodnie zaplanowała Jowita, aby zbliżyć się do niej - pomyślała i uśmiechnęła się w duchu.
Na parkingu przed sklepem parkował Renault Clio. Przed samochodem stała Korczakowa i paliła papierosa. Jej wzrok utknięty był w pustą szosę biegnącą w stronę miasteczka.
Leszek przypomniał sobie o kupnie zapalniczki. Mógł też poprosić o ogień Barbarę, a przy okazji zapytać o Artema. Nie zrobił tego. Mechanicznie skinął kobiecie głową na dzień dobry i za dziewczynami podszedł do drzwi sklepu, przed którym stał jej synuś.
- Ty! Pyza! - rozległo się.
Leszek, aż podskoczył. Ostatni raz ktoś nazwał go tak na obozie Glonojadów.
- Pamiętam cię - przyznał z satysfakcją Maciuś Korczak. - Byłeś na tamtych koloniach! Ty i dwójka innych bachorów - mówiąc to spoglądał na dziewczyny. - Pyza, Szczypior i Beksa - dokonał identyfikacji, co gorsza poprawnej. - Ale was nie znosiłem - zachichotał.
Pozostałym nie trzeba było tłumaczyć. Maciuś był na tych samych koloniach i wyraźnie nie przepadał za Pyzą... znaczy Leszkiem.
Dominika i Natalia w napięciu wyczekiwały dalszego rozwoju wypadków. Maciuś zakończył jednak na poprawnej identyfikacji Pyzy po czym ruszył do auta matki. Trwała konsternacja.
- Pyza... - wymamrotała Dominika.
- Tak, byłem dzieckiem większym gabarytowo.
Natalia potwierdziła.
Leszek mógł jedynie dziękować, że przezwisko nadane mu na koloniach w Staraszewie nie pociągnęło się za nim do Lipek, a skisło w obozowym zarodku.
- To o to chodziło? - zapytała dla pewności Rychlewska. - To dlatego tak nie lubisz obozu? Przez tego matoła?
Chłopak poczuł ogromne zażenowanie.
- Nie... Nie chodzi konkretnie o niego... - tłumaczył, czując, że zaraz zapadnie się pod ziemię. - Nie pamiętałem, że akurat on był na tym obozie, ale właśnie przez takich jak on było nam ciężko.
- Wam było ciężko? - zirytowała się Natalia. - Weź się w garść! Od przeszło roku moje życie jest terroryzowane przez wariatów ganiających z ostrymi przedmiotami i jakoś nikt mi nie współczuje!
- Wszyscy jesteśmy podenerwowani - przyznała Rychlewska.
- Wiem co uspokoi Leszka! Po południu pójdzie z Pusią na spacer! Niech się trochę zmęczy przed wyjazdem.
***
Leszek przeglądał artykuły uparcie doszukując się jakiegoś wiążącego ich w całość motywu. Kolejne strony oferowały coraz to bardziej kuriozalne, w odczuciu chłopaka, treści jak bal seniora, zagubiony strój zawodniczki Glonojadek, taniec emerytowanej nauczycielki z kimś tam na imprezie charytatywnej. Matuszewicz odczuwał coraz większe zmęczenie i rosnącą chęć rzucenia segregatora w kąt. Potem nadeszła złość i przypływ nowej energii.
Jak to możliwe, że to cholerne miasteczko i cały obóz Glonojadów stoją mu ością w gardle? Pyza! Coś podobnego! Znowu ma wyjechać stąd w poczuciu przegranej? W życiu nie! Był pewny, że nie chodziło o niego jako o niego. Jasne, ktoś włamał się do ich domku, może nawet to był Rafał, pełna zgoda, ale dlaczego Złowrogi usiłował go zabić. Czegoś szukał? Co mogło być, aż tak ważne?
- Złoto, biżuteria, narkotyki - wymamrotał, spoglądając na artykuł o kontrabandzie.
Czynność logicznego myślenia zainicjowała się samoistnie. Odpowiedź spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Jak opętany rzucił się do telefonu. Próbując uspokoić drżącą rękę wybrał numer. Po trzech sygnałach odebrał brat.
- Cześć, Sławek. Mam sprawę.
I wtedy wszystko stało się jasne.
***
Początkowo Paulina Wojtkowiak planowała wymordować dzieciaki z Lipek w przekonaniu, że ma do czynienia ze zorganizowaną grupą morderców. Po wizycie u wuja Modesta straciła zapał, a część jej poczuła ogromną i co ważniejsze wzajemną sympatię do Konrada. Z chęcią słuchała wywodu Brzęckiego na temat skomplikowanych ról bohaterów slasherów z lat osiemdziesiątych.
- To mówisz - usiłowała zrozumieć koncepcję - że Jowita jest "final girl"?
- Jowita ma przetrwać do końca i stawić czoła mordercy.
Dziewczyna pokręciła głową z niedowierzaniem.
- To jakiś absurd. Skoro Złowrogi ustawia sobie plan i finałowa dziewczyna, czy glonozjeb nie jest przypadkowy to dlaczego na koniec podkłada się? Trzeba być idiotą.
- No, bo on... - zawahał się - nie ma świadomości, że przegra i...
- Chwila - znowu mu przerwała. - Nazywa mnie "mean girl", glonozjeba "final girl" i niby robi to nieświadomie? Nie ma rozumu, czy jak?
- Nie! - zaprzeczył. - To ja was w ten sposób określiłem dla ukazania schematu.
- Myślisz, że łatwo jest być "mean girl"? - obruszyła się. - Ktoś musi trzymać ten cały pierdolinik w ryzach. Myślisz, że cholerna Pawlicka dałaby sobie z tym radę?
Śliczna jest, gdy tak się złości - pomyślał Konrad.
- Gdybym to ja była Złowrogim zabiłabym wtedy Jowitę, a nie Mikołaja.
- Ja tam cię lubię - wymamrotał i szybko zmienił temat rozmowy. - Naprawdę nie wiedziałaś, że ten cały Mikołaj spotykał się z siostrą Artema?
Wojtkowiak na moment stanęła.
- Wierz mi, że byłam w szoku. Niby mój dobry przyjaciel, a nie wiedziałam, że miał... dziewczynę?
Paulinie trudno było określić stopień zażyłości pomiędzy Mikołajem, a Darią. Fotografia sugerowała pewną bliskość, ale co poza tym ich łączyło?
- Byłam przekonana, że znamy się bardzo dobrze, ale jak widać niewiele o nim wiedziałam - uśmiechnęła się melancholijnie. - Nadal nie rozumiem, dlaczego wtedy zabrał Jowitę na dyskotekę, a potem za miasto.
- Co masz na myśli?
- On jej nigdy nie lubił - rzuciła pośpiesznie. - Została nowym kapitanem, rozumiem, będzie musiał z nią współpracować, ale taka zmiana? Wcześniej wspólnie się z niej nabijaliśmy. Wierz mi lub nie, ale to on wymyślił "glonozjeba".
- Może robił to, bo przyjaźnił się z tobą i... - Konrad zdecydowanie lepiej radził sobie analizując postawę Pameli Voorhees niż pocieszając dziewczynę - w ten sposób popierał cię.
Resztę drogi nie mówili już nic. Chłopak odprowadził ją pod same drzwi domu.
- Ja też bardzo cię lubię - odpowiedziała.
I wtedy Konrad był pewien, że spotkał kolejną miłość swojego życia.
***
Od spaceru z Pusią można było dostać co najwyżej zadyszki. Chcąc utrzymać smycz Leszek musiał owinąć ją wokół prawego nadgarstka, czego potem miał żałować, zaś lewą uchwycił bliżej obroży. Pies sapał, z ogromną siłą, prąc do przodu. Chłopak nawet nie skupiał się na drodze, a na utrzymaniu bernardyna. W końcu minęli ogrody działkowe. Przed nimi otwierała się szeroka droga na łąkę. Dopiero tam Pusia zrobiła przystanek na obwąchiwanie kępy krzaków. W odległości kilkunastu metrów od nich stał dom Ernesta, a jeszcze dalej młyn.
- A więc to tutaj - powiedział do siebie Leszek.
Pusia zakwiliła, ale nie odstąpiła od nogi chłopaka nawet na krok. Jakby rozdarta między chęcią ruszenia dalej, a potrzebą postoju przy człowieku, szczeknęła nerwowo.
- O co chodzi? Czujesz coś?
Pusia szarpnęła do przodu. Matuszewicz postanowił zdać się na psa. Przeszli jeszcze kawałek i przystanęli w bezpiecznej odległości od obu budynków. W małym, brudnym oknie młyna tliło się światło. Wszystko wskazywało na to, że ktoś tam był. Pusia popiskiwała. Chłopak pociągnął ją za sobą w stronę domu Ernesta. Działka, podobnie jak młyn, była zaniedbana, ale nie sprawiała wrażenia opuszczonej.
Byłoby głupio wpaść teraz na Złowrogiego i dać się zabić - pomyślał.
Złe przeczucia wypełniły go na widok zaparkowanego za posesją samochodu Czyża. Kierowcy nie było widać.
Leszek zawahał się. To był ostatni moment na odwrót. Zdrowy rozsądek zagłuszyła nieracjonalna ciekawość.
Mimowolnie przywiązał smycz do lichego płoty nachodzącego na murek otaczający posesję.
- Zostań tu - wydał komendę Pusi.
Przeskoczywszy zrujnowane ogrodzenie zniknął w ciemnościach.
***
Wewnątrz domu dokonał mrożącego krew w żyłach odkrycia. Do wewnętrznej strony drzwi wejściowych przybity był trup. Leszek otworzył usta, ale opanował struny głosowe i nie wrzasnął. Uniósł drżącą rękę chcąc oświetlić telefonem twarz denata, a w tym wypadku denatki. To była Angelika Piekarz. Odruchowo zrobił krok w tył i wszedł na człowieka stojącego tuż za nim. W nerwach wydał z siebie zduszony krzyk.
- Aaaa...
- Nie krzycz, bo jeszcze nas usłyszy - wyszeptał Piotr Czyż. - Jak tu trafiłeś?
Matuszewicz zignorował pytanie. Teraz najważniejsze było zadzwonić na policję. W końcu znalazł zwłoki w zdaje się opuszczonym domu, a w dodatku w sprawę zamieszany był komendant. Należało zatelefonować po kogokolwiek.
Komendant sięgnął do kabury w możliwie najbardziej pokazowy sposób. To było jak ostrzeżenie. On nie zadzwoni do nikogo, a w zamian policjant nie zastrzeli go. Leszek spokojnie schował telefon do kieszeni.
- Gdzie jest Jowita?
- W młynie. Chodźmy do niej.
Chłopak okazał niewielkie zawahanie. Istniały dwa rozwiązania. Mógł zażądać kategorycznego zawezwania posiłków, lub grać głupka, który przypadkowo trafił w okolice młyna.
- To Artem Dotsenko - powiedział Czyż. - On jest Złowrogim - kontynuował. - Miałem odwieźć go na peron, ale zaatakował mnie i uciekł.
Dopiero teraz zwrócił uwagę na niechlujny wygląd policjanta zdradzający, że wcześniej lał się z kimś po mordzie.
- Rano wezwę Bielak, ale póki on gdzieś tam jest nikomu z nas nie wolno ruszać się z młyna, zrozumiano?
Przytaknął mechanicznie. Takiego wała, że nie spróbuje uciec i skontaktować się z Dominiką. Bez względu na to, czy policjant był związany ze Złowrogim, czy nie, miał na sumieniu czyny, do których ujawnienia nie chciał dopuścić.
Drogę do młyna przeszli w grobowej ciszy. Nastolatek miał setki pytań, ale przezornie gryzł się w język.
Przekraczając próg zauważył nadciągającego w ich stronę stracha na wróble. Potem zapadła ciemność.
***
Leszek ocknął się na przegniłej podłodze. Zdrowy rozsądek ustrzegł go przed gwałtownym ruchem. W tle słyszał dwa męskie głosy, z których jeden z pewnością należał do Czyża, drugiego nie potrafił zidentyfikować. Ostrożnie poruszył nogami. Były związane. Na całe szczęście ręce miał swobodne. Ze spokojem rozejrzał się po pokoju. Na środku znajdowało toporne urządzenie do mielenia zboża, a tuż obok krzesło, do którego przywiązali dziewczynę. Jej głowa bezwładnie opadała w dół, a włosy przykrywały twarz. Mimo to bez problemu rozpoznał w niej Jowitę.
Pod ścianą stała komoda rozświetlana przez lampę naftową. W jej bladym świetle widział sylwetki tych, którzy rozpętali mordercze lato.
- Jowita... Jowita... - wyszeptał w nadziei, że zbiry go nie usłyszą.
Dziewczyna uniosła głowę. Piotr wstał z miejsca i spokojnym krokiem podszedł do leżącego na ziemi chłopaka. - Długo oboje spaliście - zauważył.
Ukucnął nad Matuszewiczem i zdecydowanym szarpnięciem poprawił supeł na jego nogach. Złowrogi w dalszym ciągu nie zmieniał pozycji ostrząc ostrza przymocowane do ręki.
- Czego od nas chcecie? - zadała pytanie Jowita.
- Chodzi o kontrabandę, prawda? - odpowiedział pogardliwie Leszek. - Ty, Daria, Grażyna i Mikołaj zajmowaliście się szmuglerką przez granicę. Wyrąbałeś pozostałych z nowym wspólnikiem - spojrzał na stracha na wróble.
Nie miał zamiaru dłużej ukrywać swojej wiedzy. Pozostawało im grać na zwłokę.
- A więc jednak miałeś ten list - westchnął Piotr. - To już bez znaczenia - machnął ręką.
Złowrogi podszedł do Jowity. Z największą delikatnością pogładził dziewczynę po policzku po lewym policzku, zaś dłonią przysposobioną w broń, tak bardzo nasuwającą skojarzenie ze szponami Freda Kruegera przycisnął do jej ramienia. Nie chciał jej jeszcze zabijać. Najpierw musiała poznać prawdę.
Zaczął odpinać maskę. Szara, workowata twarz spadła na ziemię ujawniając tożsamość mordercy.
Dziewczyna usiadłaby z wrażenia, gdyby już nie siedziała.
- No co tak się gapisz? - spytał z rozbawieniem Złowrogi. - Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.
Istotnie. Stał przed nią duch Mikołaja Gorazdy.
- Wtedy widziałaś tylko to, co chcieliśmy ci pokazać - Piotr udzielił pokrętnej odpowiedzi.
Jowita po raz kolejny wróciła pamięcią do Nocy Złowrogiego Czynu. Widziała jak Mikołaj walczy z napastnikiem, potem uciekła. Nie widziała już jak ofiara wstaje, jej miejsce zajmują zmasakrowane zwłoki Ernesta, a w końcu jak Piotr zmienia kostium mordercy na mundur.
- Jako pierwsza ofiara Złowrogiego byłem poza wszelkimi podejrzeniami - wyjaśnił. - Mogłem zabijać kolejne osoby, a w razie jakichś obsuw Piotrek zawsze mógł sprowadzić śledztwo na manowce.
- Tylko po co? - odezwał się Leszek, który zdążył przemienić pozycję z leżącej na siedzącą.
- Dla odwrócenia uwagi - wyjaśnił Gorazda. - Grażynka chciała się wycofać, a więc należało ją wyeliminować z układu.
- Z tym, że to mała miejscowość i ktoś od razu powiązałby nas z jej śmiercią.
- Dlaczego akurat ja?
- Mówiłem prawdę - przyznał. - Uważam cię za wyjątkowo ważną i chciałem, abyś to ty stanęła na świeczniku. Studiując historię Staraszewa dowiedziałem się kilku ciekawostek. Twoim pradziadkiem był Florian Złowrogi, a moim chłopak, którego zamordował. Pomyśl o tym szalonym zwrocie akcji - mówił z fascynacją. - Potomek ofiary zabija wnuczkę mordercy.
- Prosty scenariusz trochę się pokomplikował - przyznał Czyż. - Rusek miał przyznać się do bycia Złowrogim w odwecie za śmierć siostry. Miał zamordować Pawlicką, a następnie miał zginąć z mojej ręki. Tym samym zostałbym bohaterem, a krwawe żniwa zostałyby ukrócone. Niestety chwilowo uciekł i potrzebujemy nowego planu.
- Darię też zabiliście?
- To był wypadek - przyznał Mikołaj. - Bo wiecie... Ja i ona spotykaliśmy się ze sobą. Daria nam pomagała, ale w pewnym momencie postanowiła odejść, gadała coś o ojcu, a ja nie mam cierpliwości do takich bredni i udusiłem ją.
Po tych słowach o pomieszczenia wpadł Artem. Wykorzystując kilka sekund przewagi nad zaskoczonymi mordercami powalił policjanta na ziemię. Mikołaj z rozbawieniem spoglądał na walczących i wszystko wskazywało na to, że nie ma zamiaru interweniować. Leszek rozpoczął rozwiązywanie sznura. Był już wolny, gdy wystrzeliła broń.
Czyż użył resztek sił, aby zepchnąć z siebie Artema. Mechanik zachwiał się i upadł na plecy tuż obok Jowity. Nie było więcej czasu. Matuszewicz zerwał się na równe nogi.
- Wrócę z pomocą - krzyknął do Jowity i popędził do drzwi.
Piotr usiłował wstać, ale nie mógł. Kurczowo ściskał brzuch, a spod rąk wyciekała krew.
- Do cholery! On ucieka! - wrzasnął przez zęby.
Mikołaj z najwyższym spokojem wymierzył wspólnikowi cios widłami. Ostre szpony przeszyły jego szyję na wylot. Policjant przestał ściskać ranę. Bezwładne ciało opadło na ziemię.
- Już cię nie potrzebuję - stwierdził Złowrogi i ruszył za uciekinierem.
***
Leszek wybiegł z młyna. Intuicyjnie uznał za dobry pomysł schować się i odczekać chwilę, niż biec prosto do samochodu Czyża. Spokojnym krokiem obszedł młyn klejąc się do ścian. Wtedy z mroku wyłonił się Mikołaj. Gdyby nie przeraźliwy krzyk prawdopodobnie dopadłby ofiarę bez problemu. Leszek gwałtownie skoczył do tyłu, poślizgnął się na trawie i upadł na kolana. Tuż nad jego głową przeleciało ostrze. Nie tracąc czasu na wstawanie zaczął brnąć do przodu po czworakach. W pewnym momencie jego dłoń ugrzęzła w błotnistym stawku. To był koniec drogi. Przed nim rozpościerało się błotniste bagno, a za nim szedł Mikołaj.
Mógł zaryzykować, rzucić się na Złowrogiego albo spróbować przeprawy przez ohydne, szlamowe jeziorko.
- Zdechniesz na tym obozie! - powiedział ze satysfakcją Mikołaj. - Jakie jest twoje ostatnie słowo? Bądź bardziej oryginalny od swoich poprzedników!
Matuszewicz zamilkł, najwyraźniej obmyślając ostatnie słowo.
- Pusia - wyszeptał.
- Co tam pieprzysz?
- Pusia! Pusia, do nogi!
Dwa razy nie musiał tego powtarzać. Wielkie monstrum uwiązane do lichego płotu zerwało się. Sto kilogramów żywego szczęścia pędziło w kierunku Leszka nie zważając na fakt, że w linii prostej stał Złowrogi. Uradowana widokiem kija do aportowania (tak postrzegała broń uniesioną do góry) wyskoczyła do góry. Bernardynka złapała za rękę i mocno szarpnęła do dołu.
Mikołaj zawył z bólu czując jak szczęki rozrywają kruchą dłoń. Wyrwawszy się z uścisku skoczył do przodu i tracąc równowagę zanurkował w bagnie. Zachłystując się brudną wodą zniknął z tego świata po raz drugi. Tym razem na zawsze.
Przeszczęśliwa Pusia polizała Leszka, a potem dostojnie wdreptała do młyna, gdzie czekali Jowita i Artem.
***
Pod wieczór następnego dnia udało się zgromadzić wszystkich zainteresowanych morderczym latem w domu Pawlickich. Pusia jako bohaterka wyciągnęła się na honorowym miejscu na kanapie. Jowita nie miała serca zganiać psa. Sama bernardynka nie rozumiała zamieszania wokół własnego jestestwa, ale z zadowoleniem przyjmowała pochwały od każdej przychodzącej w gości osoby.
Barbara z synem usiadła przy stoliku do kawy, obok księdza Karasia. Oboje mimo śmiertelnego pogniewania z czasem zaczęli wymieniać się spostrzeżeniami na temat krwawych wydarzeń. Korczakowa wysunęła propozycję likwidacji policji i zastąpienia jej strażą sąsiedzką, zaś proboszcz przyznał, nie chwaląc się, iż od początku podejrzewał komendanta Czyża oraz martwego Mikołaja.
Obolały Artem został usadowiony przez Jowitę w fotelu, zaś ona sama usiadła na ramieniu fotela, co jakiś czas upewniając się, czy Artemowi jest wygodnie. Kasia i Mela dopiero po dłuższej chwili zauważyły, że trzymają się za ręce.
Spotkanie opóźniło się o kwadrans przez Zosię, Konrada, Adriana i ciecia.
- Coraz mniej podoba mi się ten samochód - stwierdził na wstępie Brzęcki zajmując miejsce przy stole obok Pauliny i jej ojca.
- Od razu mówiłam, że to gruchot! - nastroszyła się siostra.
Korba wykorzystał moment nieuwagi i wślizgnął się za stół pomiędzy Alicję i ciecia. Zosi pozostało jedyne wolne miejsce obok Debezeta.
- Zaczekaj, aż się dowiesz kilku szczegółów - odparła obiecująco Dominika.
Konrad spojrzał pytająco na Paulinę. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami. Do staraszewian dotarły szczątkowe informacje większość wzięła za głupi żart. Mikołaj Gorazda, pierwsza ofiara morderczego lata, miał zmartwychwstać. Na następny dzień plotki przybrały na sile; pojawiła się osoba komendanta uwikłanego w aferę oraz Złowrogi.
- Wszystko wyjaśnię - obiecał Leszek. - Niech tylko wszyscy się zbiorą w domu Jowity.
- Artem - zagaiła Natalia. - A ty wracasz na Ukrainę?
- Muszę jechać, porozmawiać z matką, ale wkrótce wrócę - zapewnił.
Natalia przyjrzała mu się badawczo. Nieusatysfakcjonowana odpowiedzią była gotowa drążyć dalej, gdyby nie Dominika:
- Zostaw ich. Oni świata nie widzą poza sobą.
- Czy możemy wreszcie porozmawiać o tej aferze? - wtrąciła zniecierpliwiona Alicja. - Wiele rzeczy nie daje mi... nam - rozejrzała się po salonie - spokoju, a mam wrażenie, że ty rozwiązałeś zagadkę.
Leszek wyjął łyżeczkę z kawy. Chciał filozoficznie westchnąć, ale zamiast tego uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową.
- Zaczęło się od grupy przemytników, do której należeli Grażyna, Piotr i Mikołaj. Szajka przewoziła narkotyki z Polski na Ukrainę i z powrotem. Początkowo przewozili je w skradzionym samochodzie
- Krysia? - wymamrotał Konrad.
Leszek przytaknął. Fakt pierwszy został przedstawiony.
- Nie wiem dlaczego, ale zmienili sposób przekazywania towaru - kontynuował - któreś z nich ukrywało narkotyki w strachach na wróble Korczaków. Potem przychodził kurier i zabierał jego zawartość, często z całą kukłą.
- Ha! Mówiłem, że nie ja kradłem i niszczyłem te twoje głupie strachy! - zawołał z satysfakcją Krzysztof. - Teraz powinienem ci proces wytoczyć o zniesławienie!
Barbara zagrzała się w środku, ale za prośbą księdza nie odpowiedziała.
- W czerwcu zginął ostatni strach na wróble, a więc wtedy poszła ostatnia partia narkotyków - przypomniała sobie Bielak.
Maciuś pokiwał głową na potwierdzenie.
- Dlaczego akurat strachy na wróble? - spytał zaintrygowany Adrian.
Na pytanie nie znaleźli jednoznacznej odpowiedzi. Według Pauliny Mikołaj miał obsesję na punkcie historii miasteczka, a brutalna legenda Złowrogiego mogła mu posłużyć za wzór. Jednak większość uczestników dyskusji opowiedziała się za praktycznymi aspektami kryjówki na widoku będącej poza wszelkimi podejrzeniami.
- Interes kwitnął, aż do przyjazdu Darii - mówił i w tym miejscu pałeczkę przejęła Jowita:
- Ona zakochała się w Mikołaju i zaczęła mu pomagać. Dokładnie nie wiemy na czym ta pomoc polegała, ale...
- Chwila! - przerwała Bielak. - W pierwszej kolejności, skąd ona się tu wzięła? Rozumiem, że szukała waszego ojca - spojrzała na Artema - ale jakim sposobem dotarła właśnie tutaj!
Wywołany do tablicy Dotsenko podjął wątek:
- Nasz ojciec był, tak myślę, poważnym elementem tej grupy, dawno. Był kierowcą, ale zarabiał bardzo dużo. W tamtych czasach nigdy nam niczego nie brakowało. Możliwe, że Daria odkryła prawdę i chcąc go odszukać przyłączyła się do tej grupy. Nie wiem, czy tak było... Mogę przypuszczać.
- W pewnym momencie Daria postanowiła odejść - kontynuował Leszek. - Napisała list do matki, w którym wyjaśniła wszystkie okoliczności, o których opowiedziałem.
- Ale ten list nie dotarł - przypomniał Artem.
Leszek wyjął z kieszeni złożoną na pół kopertę, a następnie podał ją Artemowi. Ukrainiec ścisnął ją w dłoni, ale nie odważył się otwierać jej przy wszystkich. Jeszcze nie teraz. Może lepiej po prostu przekaże go matce.
- Daria nie miała pojęcia, że Grażynka jest częścią grupy. Pocztowa przekazała list Mikołajowi, a ten napadzie szału zabił dziewczynę.
- Dobra! To jedno morderstwo sprzed roku, a co z resztą? - przerwał mu Adrian.
- Grażyna wiedząc o morderstwie dokonanym przez Mikołaja postanowiła przyznać się do wszystkiego - opowiadał Matuszewicz. - Dlatego panowie postanowili pozbyć się także jej, ale nie mogli zrobić tego od tak sobie, bo ktoś od razu powiązałby ich z jej śmiercią, a może i kontrabandą. Wszystko, co nastąpiło potem było częścią ich teatrzyku; Jowita miała być świadkiem zabójstwa Mikołaja, potem ginęły kolejne osoby i śmierć pocztowej stała się numerkiem w statystyce zgonów.
- Idioci - skomentowała gorzko Natalia.
- A cytat z Biblii? - dopytał Karaś.
- Kolejne odwrócenie uwagi - machnęła ręką Zosia.
- Czyli Piotr przebrał się za Złowrogiego i zabił Mikołaja na niby, a potem podłożyli zwłoki Ernesta? - podsumowała Barbara. Z uznaniem wymieszanym z trwogą spojrzała na księdza.
- Przyznam, że coś mi nie spasowało w pewnym momencie - Leszek postanowił podzielić się z grupą swoją największą wątpliwością. - Podczas ataku na mnie Złowrogi miał broń przymocowaną do dłoni za pomocą jakiegoś drutu. Ubranie tego musiało zajmować sporo czasu. Czyż nie miał czasu na takie ceregiele i w noc złowrogiego czynu trzymał broń w ręku - tłumaczył. - Albo Jowita kłamała, albo musiało być ich dwóch. I wybacz, Artem, myślałem, że jednym z nich jesteś ty.
Niespecjalnie przejęty podejrzeniami mechanik pojednawczo skinął głową.
- Bezsensowny plan - zaopiniował Konrad. - W tym miejscu Mikołaj był już trupem i nie mógł cudownie wrócić do życia.
- A kto powiedział, że chciał? Z pewnością swoje zarobił na szmuglerce.
- Ważne, że wszystko skończyło się dobrze - westchnęła Mela.
- Chciałabym jeszcze wiedzieć, jak znalazłeś się w posiadaniu listu Darii - przypomniała Dominika. - I czy to miało związek z włamaniem na obóz?
Po prawdzie Leszek liczył, że uda mu się przemilczeć dowód własnego, bezdennego idiotyzmu, który w tak piękny sposób ustawił go na celowniku Złowrogiego.
- Ludzie roztargnieni - rzucił hasło.
Widząc, że to nie wystarczy jako tłumaczenie postanowił rozwinąć wątek:
- List Darii był cały czas na poczcie. Grażyna, nie wiem dlaczego, ale trzymała go na wierzchu. Omyłkowo sprzedała mi list wraz z kopertami, a ja... - zaciął się - no, nie zwróciłem uwagi i wysłałem go do brata.
Zapadło milczenie.
- Lechu - odezwał się Konrad. - Nie chcę nic mówić, ale przez ciebie znowu czepiał się nas morderca.
- Posłuchajcie dalej - powiedział zachęcająco - Grażyna zorientowała się w swojej pomyłce i powiedziała o tym Piotrowi.
- Ja! Ja! To ja ich na tym przyłapałem! - ożywił się Debezet.
- Złowrogi pozbył się Grażyny, ale pojawił się kolejny problem czyli szantażysta. Łatwo było domyślić się, że anonimowe listy do Czyża wysyłałem ja, bo kto inny mógł znać ich sekret? Najpierw włamali się do nas w poszukiwaniu listu, a potem postanowili usunąć mnie raz na zawsze.
- A tymczasem za anonimowe wiadomości był odpowiedzialny wuj Modest - skwitowała Natalia.
- Szkoda, że nie znalazłem tego listu wcześniej - przyznał. - Chętnie zabawiłbym się w szantażystę dla zabicia czasu i zawsze to jakaś rekompensata za próby uśmiercenia mnie.
- Czego byś zażądał?
- Darmowych znaczków - odparł z powagą.
- Skąd Modest dowiedział się o tym gangu? - zapytała Paulina.
- Czy w ogóle posiadał jakieś sensowne informacje? - wtrąciła Kozłowska.
- Tego już się nie dowiemy - westchnął Leszek. - Te anonimy były o kant dupy potłuc, "proszę zaprzestać działań" - zacytował. - To mogło tyczyć się wszystkiego, ale spanikowani mordercy uznali, że ktoś odkrył ich sekret.
- Mógł faktycznie coś wiedzieć - przerwał Konrad. - Pod siedzeniem Krysi znalazłem fotografię. Myślałem, że para ze zdjęcia to jakaś rodzina wujka, dlatego mu ją oddałem. Być może - teoretyzował - powiązał Mikołaja i Darię z większą aferą.
Spotkanie przedłużyło się do późnych godzin nocnych. Ostatni goście wyszli nad ranem.
***
Mordercze lato dobiegło końca. Reszta sierpnia upłynęła spokojnie. Mieszkańcy miasteczka z czasem pchną w niepamięć zbrodnie dokonane przez Złowrogiego. Zaczną cieszyć się codziennością i przypominać sobie te dobre rzeczy. Jednak gdzieś tam na w cieniu zawsze będzie istniał nieuzasadniony lęk przed potworem. Staraszewo, tak jak wcześniej Lipki i Bursztynowo, zostało naznaczone ciężką zbrodnią i już zawsze w ustach będzie czuło posmak krwi.
Alicja Bielak została nowym komendantem policji, zaś ksiądz Karaś awansował na starszego posterunkowego, co sam ogłosił na niedzielnej mszy. Korczakowa i Wojtkowiak zaczęli spoglądać na siebie przychylniej i chociaż co jakiś czas nieposkromiona natura pani Barbary domagała się kłótni, zgoda wracała szybko. Artem wyjechał na Ukrainę, ale już po kilku tygodniach wrócił do Polski, za pracą jak potem mawiał. Nie musiał więcej obawiać się ciemności, bo ta zniknęła bezpowrotnie. Kochał Jowitę, a ona jego.
Drużyna Glonojadek nie odpuściła. Brakującą, szóstą, zawodniczkę w ostatniej chwili zastąpiła Natalia. Cel Jowity został spełniony - siatkarki wygrały turniej gminny.
- Do boju, Glonojadki! - zawołała Jowita. - W przyszłym roku sięgniemy po puchar powiatu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz