Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozdział. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 października 2024

Rozdział 27: Mistrz i uczeń

Dziecko w masce klauna przeszło z bawialni do kuchni. Wiedziało, że w szufladzie po lewej stronie są ostre przedmioty takie jak noże, toporki i nożyczki. Kiedyś ojciec oprawiał za pomocą jednego z nich świnie. Było mnóstwo krwi. Teraz noże były czyste, posegregowane od najmniejszego do największego. Ich ostrza błyszczały odbijając światło od lampy kuchennej.
Klaun sięgnął po największy z noży. Jego ostrze było tak długie, że praktycznie rozciągało się od łokcia do końca środkowego palca dłoni. Spokojnie przemaszerował przez ciemny korytarz, niezauważenie przeszedł obok ojca wychodzącego z pokoju i stanął w progu. Naga matka siedziała przed lustrem rozczesując swoje długie, jasne włosy. Fuj, znowu robili te bezeceństwa. Podszedł do niej niezauważony i zamachnął się. Dłoń klauna zawisła z nożem w powietrzu. Trzymał ją ojciec. Spokojnie, bez słowa, wyprowadził dziecko z sypialni.
- Kiedyś będziesz jak tata – powiedział Wojtek Ostrowski.
Rozczarowany przebieraniec wrócił do kuchni bez noża. Jego pierwsza zbrodnia nie doszła do skutku, ale wierzył, że kiedyś upodobni się do ojca.

***


Najnowsza atrakcja ślubna dla Roberta i Natalii zaczęła się od małej łódki zrobionej z gazety i spuszczonej do rynsztoka przez Dimitriego Dotsenko. Mały stateczek płynął rwącym potokiem wzdłuż wysokiego krawężnika. Chodnikiem tuż obok biegł odziany w żółtą kurtkę z kapturem i czerwone kalosze kilkuletni chłopiec. Tego dnia padało i jak na złość musiał siedzieć w domu ze wszystkimi. Tutaj wszyscy, również matka, rozmawiali po polsku. Z nich wszystkich jedynie ojciec był Ukraińcem, a on w połowie, ale ta połowa wystarczyła, aby wszystko mu się mieszało. Mieszkając w Nadwórnej, na co dzień rozmawiali po ukraińsku, przyjeżdżając tutaj, wyłącznie po polsku. Tęsknił za babcią i z całą pewnością wolał zostać z nią, niż z ciotką Wandą.
- Zobacz, Dimitri – powiedział ojciec składając gazetę. – Okręcik.
- Fajna.
- Fajny, a nie fajna – poprawił go Artem i podał. – Sprawdź, czy popłynie, dobrze, synku?
Dimitri zarzucił na siebie pelerynę i wybiegł przed dom, a po chwili już gonił za okręcikiem w dół ulicy cały czas uważając, a by nie stracić łódeczki z widoku. Zagapiwszy się uderzył głową w barierkę zagradzającą zalaną część ulicy. Siarczyste uderzenie posłało chłopca na ziemię, ale tylko na moment. Szybko powstał i pobiegł dalej. Strumień ostatni raz zakręcił i wpadł do studzienki kanalizacyjnej. Dimitri z trwogą pomyślał o finale rejsu, gdy dostrzegł klauna czającego się za kontenerem tuż przy spływie.
Zaniepokojony niecodziennym widokiem zwolnił, a w końcu stanął w bezpiecznej odległości od jegomościa. Młot, który trzymał nieznajomy blokował okręcikowi spływ do kanału.
- Witaj, Dimitri – powiedział wesoło klaun. – Czy to twoja łódeczka?
Przytaknął.
- Bardzo ładna. Chcesz ją z powrotem?
Dimitri średnio chciał ją odzyskać. Papier był przemoczony i okręcik nie prezentował się już tak dobrze. Ponadto ojciec mógł zrobić kolejną. Ciotka Natalia miała mnóstwo gazet.
- Nie – odparł chłodnym głosem, przy którym nawet morderczy klaun poczuł się nieswojo.
- Oddam ci ją, jeśli przekażesz dorosłym wiadomość ode mnie.
Dimitri wzruszył ramionami. Co mu szkodziło? Ostatecznie żadnego wysiłku to nie kosztowało. Furiat odszedł zostawiając chłopca z rozmiękniętym od wody papierem i informacją. Okręcik niemal od razu trafił do kosza na śmieci, a wiadomość dla dorosłych doszła z opóźnieniem.

***


Doktor Donald Lomis prezentował się na tyle przeciętnie, aby nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Był niewysoki, okrągły, miał około siedemdziesięciu lat. Ubierał się w tweedowe marynarki, dopasowane do nich spodnie, a na głowie nosił kaszkiet zdejmowany wyłącznie przy ukłonie. Z charakteru był osobą nieustępliwą, władczą i odważną lub jak kto woli, niemiłosiernie upierdliwą. Charakter przed laty ugruntowała klęska zawodowa, która niczym choroba przeniosła się na życie prywatne, wyznaczając doktorowi jeden cel.
Zapukał, bo dzwonka nie było. Po kilku chwilach powtórzył czynność, a gdy to nie przyniosło efektu zapukał kolejny raz, ale bardziej stanowczo. W końcu drzwi otworzył Leszek.
- Dzień dobry – przywitał się, unosząc nieznacznie kaszkiet. – Doktor Donald Lomis. Pańscy rodzice mnie tutaj pokierowali – wyjaśnił, wskazując na duży dom za sobą.
- Czym mogę służyć?
- Chciałbym porozmawiać o Pawle.
Matuszewicza coś tknęło, ale nie dał tego po sobie poznać.
- O jakim Pawle? – zapytał ostrożnie.
- Ostrowskim! – doktor uniósł głos. – Pan był jego kolegą z dzieciństwa.
- A, tak byłem, a pan jest…
- Byłem ordynatorem w szpitalu psychiatrycznym w Kowalikach.
Leszek pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Mogę panu w czymś pomóc?
- Szukam Pawła i mam powody przypuszczać, że wrócił do Lipek, aby dokończyć swoje dzieło.
Leszek nigdy się nie zastanawiał nad sensem zbrodni Kapturnika. Paweł z jakiegoś powodu chciał kontynuować pracę ojca, ale w żadnym momencie swojej morderczej kariery nie upodobnił swoich działań do ojcowskich.
- Nie wiem.
- Poznałem go dziesięć lat temu – powiedział w zadumie psychiatra. – Powiedziano mi, że tam nic nie zostało. W Pawle nie było niczego; zrozumienia dla życia i śmierci, dobra i zła – westchnął niemal teatralnie. – Poznałem siedemnastoletniego chłopca bez emocji z najczarniejszymi oczyma… Spędziłem dwa miesiące na próbach leczenia go, a potem kolejne cztery na utrzymaniu go w zamknięciu, bo zdałem sobie sprawę, że to zło w najczystszej postaci.
- Niestety… Nie pomogę panu – Leszek bezradnie rozłożył ręce. – Nie mam kontaktu z Pawłem od tamtej nocy – jakiej, nie sprecyzował.
Lomis westchnął.
- Gdyby jednak Paweł skontaktował się z panem – zrobił pauzę i sięgnął do kieszeni marynarki. – Proszę do mnie zadzwonić – powiedział, podając mu wizytówkę.

***


- Donald Lomis – przeczytała Dominika. – Kojarzysz faceta?
- Nie wiem… znaczy nie – odparł. – Nie mam pojęcia, kto go tam leczył i z jakim skutkiem. Zapytam się Pawła o tego doktora dzisiaj.
- Będziesz go dzisiaj widział? – ożywiła się Dominika. – Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
- Wyleciało mi z głowy – odparł, chowając wizytówkę do portfela.
- Robi się groźnie.
- Co masz na myśli?
- No ta cała sytuacja – odpowiedziała z irytacją w głosie. – Paweł, Krwawy Kapturnik, Furiat, a teraz jeszcze ten doktor. Z tego będą kłopoty.

***


Trzej detektywi umówili się na godzinę dziewiętnastą, po lekcjach. Trochę w nadziei, że dzięki temu ktoś jeszcze pojawi się na zaplanowanym spotkaniu w nawiedzonym domu. Ujawniły się dwa błędy związane z miejscem i czasem.
Nawiedzony dom w zasadzie stanowił budynek już tylko z nazwy. Istnienie bocznej ściany należało uznać umownie jako wydmę z gruzów ciągnącą się od frontu do krzaku dzikiej róży. Nawiedzony z kolei nie oznaczał paranormalnych zjawisk, ba, nikt już nie próbował udawać, że w ruinie straszy ktokolwiek poza miejscowymi pijaczkami. Miejsce na jakiekolwiek dyskusje o morderstwach zwyczajnie się nie nadawało. Słońce zaszło i jedynie światło dawały telefony Kingi, Bartka i Krystiana.
Licealiści stali skuleni w kącie budynku i rozmawiali półszeptem. Po jakimś czasie dołączyła do nich Iza Kosik.
- Idiotyzm – stwierdził oburzony Bartek. – Nie mogliśmy spotkać się u mnie w domu? Albo chociaż na rynku?
- Przegłosujmy to – zaproponowała Iza.
- Nie! – sprzeciwiła się Kinga. – Jeśli morderca odtwarza zdarzenia sprzed dziesięciu lat to jesteśmy tu, gdzie wszystko się zaczęło.
- A potem skończyło – dodał półgębkiem Krystian.
- A co ci tak zależy na tym, aby odtwarzać zdarzenia sprzed dekady? – zainteresowała się Iza.
- Gdzieś przeczytałam, że jeśli chce się odkryć tożsamość mordercy to należy myśleć jak on – wyjaśniła.
Za ścianą rozległ się szelest. Krystian uniósł głowę do góry. Zapadła cisza.
To musiał być wiatr – pomyślał. – Dzisiaj było bardzo wietrznie.
- Przejdźmy do rzeczy – poprosił Bartek. – Im szybciej to obgadamy, tym szybciej stąd pójdziemy.
Kinga, najlepiej przygotowana do spotkania, wyjęła z torebki kartkę z notatkami. Podświetlając gryzmoły zaczęła czytać:
- Kapturnik zaatakował dwukrotnie w szkole. Następnie uderzył podczas imprezy urodzinowej mean girl.
- Wiktoria nie ma urodzin w październiku – przypomniał Krystian.
- Co mają do tego urodziny Wiktorii? – zaciekawiła się Iza.
- Wiktoria to odpowiednik tamtej dziewczyny – wyjaśniła Kinga.
Za ścianą, jakby bliżej wybitego okna rozległ się szelest. Mimo swojej złowrogości cała czwórka zdecydowała się zignorować dźwięk.
- Ale będzie impreza halloweenowa u Wiktorii – zaznaczył Bartek. – Może tam uderzy morderca.
- I wtedy złapiemy go na gorącym uczynku! – postanowiła Kinga.
Jej ostatnie idealnie zgrały się z dźwiękiem opadającej siekiery. Ostrze uderzyło kończąc swój występ oślizgłym chlupotem. Krew rozprysła na twarze zgromadzonych, a Kinga upadła na ziemię przed nimi z rąbem siekiery wbitym w czubek głowy. Krwawy Kapturnik zaparł się usiłując wyciągnąć siekierę z rozłupanej czaszki.
- Gaz… - wymamrotał Krystian. – Gazu! Spierdalajcie!
Nastolatki ruszyły z dzikim wrzaskiem do drzwi nawiedzonego domu. Zaskoczony gwałtowną reakcją morderca zaczął w panice szarpać siekierę. Tej nocy postanowił sobie pójść na szalony rekord w dziedzinie slasherobójstwa i pozbawić życia, aż cztery osoby. Nie było opcji, aby trzy przyszłe trupy uciekły od tak sobie.
Pierwszy przed dom wybiegł Bartek i momentalnie pożałował swojej decyzji. Obuch siekiery uderzył go w szyję. Chłopak upadł na kolana. Łapiąc się za gardło usilnie próbował złapać i tak już przyśpieszony oddech. Napastnik poprawił cios, tym razem uderzając rąbem w szyję. Iza i Krystian biegli nie oglądając się na drugiego zakapturzonego mordercę.
Paweł zrzucił kaptur z głowy i spokojnie odprowadził ich wzrokiem. Z wnętrza charty wybiegł wreszcie Krwawy Kapturnik. Na widok Pawła Ostrowskiego stojącego nad trupem Bartka zamarł na moment.
- Jeśli planujesz zasadzkę to rób to z głową – poradził oschle Paweł.
Krwawy Kapturnik zrobił krok do tyłu. Ścisnął siekierę w ręku. Musiał zachować spokój. Tylko spokój…
- Jestem fanem pana twórczości! – zawołał prawie rozhisteryzowanym głosem młodzieniec.
- Miło mi – odparł zmieszany Paweł.
- To wszystko robię wyłącznie ze względu na pana – mówił roztrzęsiony morderca. – Losy Kapturnika ukształtowały mnie jako psychopatę. Uważam, że razem moglibyśmy pociągnąć legendę Kapturnika i…
- Dobra, nie zapędzaj się – Ostrowski w jednej chwili zirytował się. – Nie szukam przyjaciół.
- Może pan dać mi jakiś tip?
- Tak! Nie wchodź mi w drogę! – porada miała wydźwięk pasywno agresywnej uwagi, ale Krwawy Kapturnik przyjął ją z radością.

***

Adrian postawił kawę obok laptopa Marty, zaś swój odstawił na okrągły stolik. Kobieta nie odrywając wzroku od monitora podniosła kubek z napojem, aby natychmiast go odstawić.
- Rozmawiałam dzisiaj ze specjalistą od slasherowych morderców.
- To jest taki? – zdziwił się autentycznie, po czym palnął od niechcenia: - wczoraj widziałem się z Pawłem.
- Co, kurwa? Z Kapturnikiem?
- Ja, Leszek i Konrad – uściślił.
- Burski o tym wie? – przerwała mu.
- Jeszcze nie. Zadzwonię do niego.
- Nie waż się! Muszę pierwsza porozmawiać z Ostrowskim!
- Wątpię, że on będzie chciał rozmawiać z tobą – przyznał. – Poza tym podchodzisz do całej sprawy zbyt emocjonalnie.
- A ty?
- Co ja?
- Morderca Dekady zbrodni zabił twoją ciotkę – wytknęła mu.
- Ciotkę, której nie znałem – zaznaczył. – Zabił też…
- No dokończ – powiedziała rozzłoszczona.
- Marta – spróbował wycofać się, ale kobieta nie dała się ugłaskać.
- Moja matka była dziesiątą ofiarą dekady zbrodni, ale też nie pamiętam jej. Wychował mnie tato i zrobił to doskonale – mówiła spokojnie. – Nauczył mnie być twardą suką i to bardzo cenna, życiowo nauka. Jestem redaktorką naczelną Głosu Lipek, a nie jakąś blond idiotką. Przeprowadzę dochodzenie dziennikarskie, zdemaskuję Ostrowskiego i udowodnię wszystkim, że jestem godną następczynią mojego ojca – oczy Marty błyszczały szaleńczą determinacją.
- Przeginasz – stwierdził, mieszając łyżeczką w kubku.
- Skontaktuj nas.
- Nie wiem jak. Po dzisiejszej imprezie u Natalii ma odezwać się do Leszka. Tyle wiem.
Marta spojrzała na zegarek. Dochodziła dziewiąta.
- No to na co czekamy?! Jedziemy do Natalii!
Wtedy rozbrzmiał histeryczny dzwonek, a zaraz za nim łomot.

***


Obiadokolacja u Kozłowskich miała na celu omówienie detali związanych z wieczorami panieńskim i kawalerskim. Przy stole panowała luźna atmosfera, którą zapewniła butelka wódki, najpierw jedna, potem druga, a ciotka Wanda majaczyła coś o kolejnej, wiezionej z domu.
Leszek pił wolno. Pierwszy toast wzniósł niechętnie, ale obowiązkowo z całą resztą przechylił kieliszek wlewając jego gorzką zawartość do gardła. Przy kolejnych toastach; za państwo młodych, teściów, druhny, przyjaciół, ba, nawet jeden za Kapturnika, omijanie kolejek stawało się łatwiejsze.
- Byłoby zabawnie, gdyby teraz do salonu wbiegł morderca i wyrżnął wszystkich jak są nietrzeźwi – zaśmiał się, szepcząc do osoby obok.
Osobą obok na całe szczęście był Konrad. Ktoś z rodziny mógłby odebrać żart bardzo źle. Konrad i Dominika byli jedynymi osobami niepijącymi w towarzystwie.
- Jak to jest, że dzieciaki w slasherach zawsze piją alkohol, a mimo tego nie zataczają się? - spytał.
Konrad wyłączył na moment kamerę dając sobie w ten sposób czas do namysłu.
- Musimy pogadać o Pawle – rzucił nagle Leszek. – Był u mnie jego lekarz. Szuka go.
- I powiedziałeś mu, gdzie jest?
- Nie wiem, gdzie jest. To znaczy wiem, że jest w Lipkach, ale…
- Jaki Paweł? – wtrącił się siedzący obok Artem.
Jak na osobę, która wznosiła każdy toast, szwagier Natalii, wydawał się zupełnie trzeźwy.
Może tak samo mają dzieciaki w filmach? – pomyślał Leszek.
- Taki wspólny znajomy – podjął próbę wykręcenia się Konrad i szybko zmienił temat:
- Będzie jakiś kawalerski?
Artem spojrzał na Roberta żywo dyskutującego z wujem Władziem.
- On nie ma rodziny ani znajomych – powiedział ponuro. - Natalia prosiła, żebyśmy my dwaj – wskazał na Leszka – zabrali go gdzieś na piłko.
Głośną rozmowę przerwał dzwonek do drzwi. Nikt poza Natalią nie zwrócił uwagi na irytujący, ptasi odgłos. Dziewczyna na moment zniknęła we wnęce. Po krótkiej rozmowie do salonu za dziewczyną wszedł na oko, pięćdziesięcioletni mężczyzna w czarnej kurtce, czapce, opatulony szalem.
- Kochani! – przerwała wesołą rozmowę Natalia. – I przede wszystkim, ty, Robercie. Nie mogłam pozwolić, aby w ten ważny dla nas dzień nie było nikogo z twojej rodziny. Podzwoniłam i odnalazłam twojego wujka.
- Bogdan… - wymamrotał Robert.
- A to zwrot akcji – stwierdziła Asia, a Jowita i Wanda w milczeniu przytaknęły.
- Myślałam, że on nie ma rodziny – wyszeptała Dominika.
- No bo nie ma – odpowiedziała Jowita wpatrując się w nowo przybyłego gościa. – To znaczy do wczoraj nie miał.
Wanda bacznie obserwowała Roberta, po czym z uciechą dodała:
- Jak widać nie jestem tu jedynym niemile widzianym gościem.
Wujek Bogdan odłożył wierzchnią odzież i ruszył ku bratankowi wyszczerzając brzydkie, żółte zęby.
- No, Robercik, nie uściskasz wujka, którego nie widziałeś tyle lat?
Robert niechętnie podał rękę i jak rażony piorunem padł z powrotem na krzesło. Resztę wieczoru brylował wuj Bogdan. Wypiwszy dwa kieliszki zaczął snuć opowieść o rodzinie Mantajów, której, o dziwo, Natalia nie znała.
Matka Roberta zmarła przedwcześnie na jakąś paskudną chorobę, ojciec z kolei zwinął się z jakąś wredną babą zostawiając syna pod opieką starszego brata. Bogdan dla bratanka był niczym ojciec – edukował, karmił i łożył na utrzymanie. Potem ich drogi się rozeszły.
- Pracowałem w Afryce przez ostatnie pięć lat – mówił. – Niedawno wróciłem do Polski, a kilka tygodni temu skontaktowała się ze mną pewna piękna pani – wskazał na Natalię – zapraszając mnie na swój ślub z Robercikiem.
Robert milczał z trudem znosząc opowieści Bogdanowi. Leszek i Konrad usiłowali obstawić, kiedy pan młody wybuchnie i da wujowi w pysk.
Nikt nie zauważył, gdy do salonu wszedł Dimitri. Mimo późnej pory nadal nie spał. Usiadł między matką, a ciotką Wandą i chwilę przypatrywał się gościom siedzącym po drugiej stronie stołu.
- Widziałem klauna – powiedział wreszcie.
O ile normalnie taka informacja nie wywarłaby na nikim wrażenia tak po ostatnich atrakcjach spiorunowała weselników.
- Kazał przekazać, że wszyscy umrzecie.
Zapadła grobowa cisza. Pan Włodzio rozlał do kieliszków resztę wódki i nie czekając na toast opróżnił swój duszkiem.
Informacja otworzyła drogę do niekoniecznie mądrych spekulacji na temat mordercy.

***


Krystian i Iza biegli na oślep. Najpierw przez las, potem polanę, a na końcu boczną uliczką miasta. Kosikowa nie pytała o nic. Nawet, gdy weszli na klatkę schodową. Zdolność, częściową, racjonalnego rozumowania, odzyskała dopiero na drugim piętrze.
- Gdzie jesteśmy? - spytała zdyszana. – To nie jest policja!
- Nie możemy iść na policję – odparł równie zasapany kolega. – Powiedzą, że to my zabiliśmy Kingę i Bartka!
Po dzwonku zaczął uderzać pięścią w drzwi.
- Tylko jeden człowiek jest nam w stanie pomóc.
Drzwi otworzyła Marta Walewska.
- My do pana Adriana – powiedział beznadziejnie Krystian. – Jesteśmy z jego klasy.

sobota, 21 września 2024

Rozdział 26: Nieszczęśliwa gwiazda

Komendant Burski na miejsce zdarzenia przyjechał trzydzieści minut po północy. Na widok znajomej grupy tłoczącej się przed wejściem na działkę Kozłowskich przeklął w myślach.
- Czy ja jestem urodzony pod jakąś nieszczęśliwą gwiazdą? – spytał sam siebie.
Martynka uważała, że baran będzie miał trudny październik. Zaczynał w to wierzyć. I tylko dlatego, że inny, nie tyle zodiakalny, co umysłowy, baran, postanowił zamordować dziewczynę.
Na działkę jechał nie do końca wiedząc, czego ma się spodziewać. Ze zgłoszeniem zadzwonił pan Władzio. Kozłowski grzecznie poinformował, że jego córka jest mordowana. Słuchawkę wyszarpnęła mu mordowana córka. Dziewczyna zaprzeczyła i niejako potwierdziła słowa ojca.
Przyzwyczajony do tego typu idiotyzmów Burski wsiadł w samochód i pojechał na miejsce mordu niedokonanego. Tam należało przejąć inicjatywę. Wiedział, że z tymi ludźmi inaczej się nie da. Przesłuchał wszystkich i ustalił plan wydarzeń.
Zadziały się dwie niemal równoległe sprawy, które połączył finał. Pierwszą był atak faceta z siekierą, a drugą ucieczka przed klaunem.
- Kapturnik – dodał od siebie Adrian.
Leszek skrzywił się. Pawła nie widzieli od momentu pożaru w hotelu Barok. Jego powrót po dziesięciu latach do Lipek byłby niczym zły omen, niepożądany, ale wyjątkowo trafny.
- Co robiliście na łące? – spytał policjant.
Izie zrobiło się słabo. Fejkowa siekiera ciągnęła ją ku ziemi, a czerwona kurtka z kapturem paliła plecy.
- Po co tam poszliście?
Krystian milczał udając, że nie słyszy pytania Burskiego.
Niespodziewanie z ratunkiem przyszła im Dominika.
- Czy to może być naśladowca Pawła?
- Pawła?! – zaciekawiła się Asia. – To ten szaleniec?
Nikt nie odpowiedział.
- A co z wami? – spytał Burski kierując spojrzenie na Adriana i Natalię.
- Usłyszeliśmy krzyk i ruszyliśmy w jego stronę – odparł zgodnie z prawdą Korba. – I wtedy wpadliśmy na przebierańca z młotem – kolejne słowa wychodziły mu z ust mechanicznie.
- To był klaun – dodała do relacji Natalia. – Zaczął nas gonić i spotkaliśmy tych dwoje – wskazała na Izę i Krystiana.
- Chwileczkę! – przerwał Andrzej. – Jesteście pewni wyglądu?
Natalia potwierdziła. Klauna i Kapturnika nijak można było ze sobą pomylić.
- Nas gonił Kapturnik – podkreślił nastolatek.
- Czy to znaczy, że jest dwóch różnych morderców? – spytała Marta.
- Jakby z jednym było mało problemów – rozzłościł się Adrian. – To teraz może będzie dwóch niezależnie działających psychopatów.
- Klaun jeszcze nikogo nie zabił – zauważył optymistycznie Leszek, ale natychmiast zamilknął.
Człowiek w przerażającym kostiumie z bronią (tak mógł nazwać narzędzie), biegający za ludźmi ma prawdopodobnie jeden cel.
- Małgosię ktoś zabił. Zakładasz, że to ten w kapturze? – spytał zaciekawiony Adrian.
- Mają różne stroje – wymamrotał Krystian. – A więc i różne cele. Przebranie mówi wiele o intencjach mordercy. Klaun jest ironiczny, prześmiewczy, a nowy Kapturnik próbuje odtworzyć zdarzenia sprzed dziesięciu lat – mówił z narastającą energią. – Usiłuje w ten sposób napisać starą historię na nowo. To będzie krwawa rzeźnia! Ostatni rozdział! Nikt nie jest bezpieczny! Wszyscy umrzecie… - syknął złowrogo.
Iza profilaktycznie odsunęła się od głupka.
- A więc naśladowca – westchnęła Marta. – Czy policja będzie milczeć w tej sprawie jak lata temu? – poprosiła o komentarz Burskiego.
- Ja tu jestem od zadawania pytań! – uniósł się komendant. – Co w tym czasie robili goście?!
- Usłyszeliśmy wołanie i wybiegliśmy przed dom – wyjaśnił Władzio.
- A dalej?
- A dalej szukaliśmy Natalki i Adriana – dodał Robert obejmując narzeczoną.
Sprawa wyglądała następująco. Iza i Krystian podczas wieczornego spaceru zostali napadnięci przez Kapturnika. Ich wołania o pomoc zaalarmowały gości Kozłowskich, którzy natychmiast ruszyli z odsieczą. Przed domem każdy poleciał w inną stronę. Krzyki usłyszeli również Adrian i Natalia, czyje dokładnie, ciężko sprecyzować. Para wpadła na klauna, a potem na nastolatków uciekających przed Kapturnikiem.
- Kto jest w gronie podejrzanych? – spytał Adrian.
- Wszyscy.
- Wszyscy? My też? – zdziwił się Leszek.
- Zwłaszcza wy – odparł stanowczo policjant. – Nikt nie powiedział, że lata temu żadnemu z was nie odbiło przez nadmiar trupów. Poza tym nikt nikomu nie da mocniejszego alibi. Rozdzieliliście się przed domem, prawda?
Śladów jako takich nie dało się zdobyć. Raz, wszystko zadeptali goście, a dwa był środek nocy. Ze względu na brak trupów Burskiemu nie udało się ściągnąć żadnego laboranta do poszukiwań. Bo niby kogo? Jakiś dziad w masce może sobie biegać i kto mu zabroni? Trzeba było czekać na kolejny ruch.
Marta jako naczelna Głosu Lipek i niemalże uczestniczka pierwszego ataku klauna mordercy pozwoliła sobie na nadanie imion obu agresorom. Zakapturzony z racji podobieństwa do Kapturnika musiał pozostać lojalny tradycji i być Kapturnikiem. Od siebie dziennikarka dodała przymiotnik „krwawy”. Drugi z racji pośpiechu i chaosu towarzyszącemu mu podczas akcji – tak zeznali Adrian i Natalia – został ochrzczony Furiatem.

***


Telefon od Jowity początkowo nie zwiastował nowych problemów. Kuzynka Natalii, a zarazem pierwsza i najważniejsza druhna, zadzwoniła z informacją o czasowym poślizgu. Spóźnienie było wywołane najpierw długim postojem na granicy polsko-ukraińskiej, a potem jeszcze kolejnym, tym razem u ciotki.
– Lepiej, że nie dotarli na kolację zwieńczoną waszą ucieczką przed wariatem, niż mieliby dołączyć do grona podejrzanych – przyznał Robert, a Natalia mu przytaknęła.
Po wydarzeniach w Staraszewie opiekę nad Jowitą do uzyskania przez nią pełnoletniości przejęli Kozłowscy. Dziewczyna zamieszkała razem z nimi w Lipkach, cały czas utrzymując kontakt z Artemem. Po ukończeniu osiemnastu lat dziewczyna wróciła w rodzinne strony, gdzie czekał na nią Artem. Uklęknął, poprosił o rękę i wyjechali na Ukrainę.
Jowita stała przed drzwiami, a Artem wypakowywał walizki z bagażnika. Gdy tylko Natalia otworzyła drzwi kuzynka podała jej swojego syna, a sama przeniosła przez próg dużą torbę podróżną.
- O, mój ukochany siostrzeniec – powiedziała z gasnącym entuzjazmem. Po uściskaniu chłopca postawiła go na ziemię i popchnęła w głąb domu, a sama spytała:
- Dlaczego przywieźliście ze sobą Dimitriego? Myślałam, że zostawicie go u ciotki Wandy.
- Jeśli chodzi o ciotkę…
I wtedy Natalia dostrzegła ciotkę Wandę w pełnej okazałości, tarabaniącą się z tylnego siedzenia samochodu. Artem był bliski rozpaczy. Po kilkunastogodzinnej podróży usiłował pomóc ciotce wygramolić się z auta, ale za dobre chęci został wyłącznie zrugany.
- Wiem, że nie miałam jej przywozić, ale już na nas czekała z walizkami w progu. Co miałam zrobić? Tak bardzo chciała cię zobaczyć w bieli.
- Akurat.
- A Dimitri? Nie mogliście zostawić go z opiekunką?
- Ciotka miała się nim zaopiekować - przypomniała.
- A jakaś inna opiekunka?
Jowita głośno westchnęła. Sześcioletni syn Jowity i Artema należał do dzieci zawziętych, a długa historia niani nie nadawała się na szybką opowieść w drzwiach. Należało usiąść i pogadać. Natalia nie oponowała. Sama również chciała streścić rodzinie wydarzenia z wczorajszej nocy.
- Cześć – przywitał się Artem.
- O, już myślałam, że nie doczekam się ślubu mojej Natalki! – zawołała ciotka.
- O, co też ciocia…
- Moje zaproszenie przepadło gdzieś na poczcie! Dasz wiarę? – powiedziała, przepychając się do środka.
- Wysłałam zawiadomienie o uroczystości.
- Tak, dostałam, ale bez zaproszenia. Władek! Władek! - ryknęła. - Gdzie jesteś?! Kawę zrób, a potem coś mocniejszego!
- Szkoda, że coś innego nie przepadło na poczcie – mruknęła nerwowo Natalia.

***


Wydarzenia wokół trupa ułożonego na forum klasy trzeciej de zepchnęły na dalszy plan zajęcia geograficzne i jakiekolwiek inne. Krystian liczył, że ich wczorajsza przygoda na łące przejdzie ulgowo. Oczywiście, zrobił się raban na całe Lipki, ale kto mógł mu udowodnić, że to właśnie on i Iza zdołali uciec przed Krwawym Kapturnikiem? Tu z pomocą przyszła redaktorka Walewska z Głosu Lipek. Dziennikarka opisała sobotnią masakrę z najdrobniejszymi detalami. W poniedziałek wszyscy wiedzieli, że bohaterami akcji są Krystian Herman i Iza Kosik.
Ósemka uczniów trzeciej de siedziała na ławkach przed budynkiem szkoły usiłując dojść do ładu z krwawą aferą. O ironio, dziesięć lat wcześniej w tym samym miejscu po raz pierwszy o nawiedzonym domu rozmawiali Adrian, Konrad, Paweł i Leszek.
- Nawet nie pamiętam, że się wywróciłam – przyznała Iza czytając fragment poświęcony swojej osobie.
- Bo jesteś głupia – warknęła Karolina.
- Po co ja w ogóle tutaj siedzę? – zirytowała się Wiktoria. – Nie mam z wami nic wspólnego!
- Ale masz z Kajetanem – zaznaczył Bartek.
Kajetan nie odzywał się. Blady siedział na ławce ze spuszczonym wzrokiem. Od popełnienia pierwszej zbrodni stał się głównym podejrzanym i nic nie wskazywało na to, że przestanie nim być.
- Bzdura – skwitowała obrażona.
- Ja idę na lekcje – rzucił Dawidek.
Było pięć minut po dzwonku, gdy Dawid, Kajetan, Wiktoria i siostry Kosikowe ruszyli do szkoły. Pozostali jeszcze przez chwilę siedzieli w ciszy. Nikt nie chciał podjąć inicjatywy, ale ktoś musiał.
- Dobra! – odezwała się z nową energią Kinga. – W necie natrafiłam na serię artykułów o mordercach z Lipek. Jeśli ten „nowy” usiłuje rimejkować tamte wydarzenia to jest kilka punktów o jakie zaczepi – mówiła.
- Nawiedzony dom, impreza urodzinowa, szkoła… - wyliczył pod nosem Krystian.
- Powinniśmy udać się do nawiedzonego domu jak tamte dzieciaki – zaproponowała i nie czekając na reakcję chłopaków dodała – tylko wy mnie nie wystawcie i koniecznie powiadomcie pozostałych. Musimy ustalić, kto jest w największym niebezpieczeństwie.
Jakiś plan powstał. Pytanie o jego sens czy kierunek wydawały się bezzasadne. Kinga w jednej chwili wyrosła na zdecydowaną heroinę o ugruntowanych poglądach na sprawę Kapturnika. Krystiana o bycie mordercą nie posądzała, a do Bartka nie miała przekonania.

***


- Dzień dobry, panie Władku! – powiedział operator kamery i zrobił zbliżenie na zniesmaczony pysk Kozłowskiego.
- A on czego tutaj? – rzucił pytanie w głąb domu.
Natalię nie było w stanie już nic zdziwić. Jej ślub z niewiadomych przyczyn przyciągał niepożądanych gości; zaczęło się od morderców, a kończyło na ciotce Wandzie. Tym razem do domu Kozłowskich przywiało Konrada. Brzęcki w skupieniu filmował ojca panny młodej.
- Cześć – powiedziała słabo Natalia. – Co tu robisz?
- Zostałem wynajęty jako kamerzysta na twoje wesele – odparł, odłożył sprzęt i podał Władkowi wizytówkę.
- Wynajęłaś go? – zdenerwował się pan Władzio. – Nie było nikogo lepszego?
- Panie Władziu – wtrącił się na siłę wpychając się do wąskiego korytarzyka. – Jestem reżyserem filmowym! Nie każdy dostępuje zaszczytu, aby jego ślub został sfilmowany przez Tarantino albo Scorsese.
Kontrę ze strony Kozłowskiego wyprzedził krzyk Asi. Rozentuzjazmowana kobieta wręcz rzuciła się na szyję Brzęckiego.
- Nie mówiłaś mi, że na twoim weselu będzie wybitny reżyser offowego kina grozy! Oglądałam wszystkie trzy pańskie filmy! Też jestem z branży! Joanna Łysiak! Może pan słyszał o mojej kreacji…
Wtedy w Natalii coś pękło.
- Niech mnie któryś z tych typów zaszlachtuje przed tym niewypałem! Kto cię zatrudnił?!
- Ja – do zgromadzonych w korytarzu dołączył Robert.
Im bliżej ślubu, tym bardziej nerwowa atmosfera wypełniała dom Kozłowskich. Natalia i Robert zamknęli się w pokoju i długo rozmawiali. Jowita, Asia, Konrad i Artem siedzieli w salonie w dziwnym napięciu wyczekując rezultatów rozmowy. Asia napomniała o klaunie i zakapturzonym, którzy w jej opinii najbardziej działali na nerwy pannie młodej.
- Ponura sytuacja – skomentował Konrad dając zbliżenie na śliczną blondynkę.
Asia przytaknęła dodając, że prawy profil ma lepszy.
- Znalazłem go u ciebie w znajomych na fejsie – powiedział Robert. – Na swoim profilu reklamował się jako fotograf i kamerzysta ślubny. Nie wiedziałem, że to będzie taki problem dla twojego ojca i ciebie.
- Tata nie lubi Brzęckich. Zosia, siostra Konrada, kiedyś ugryzła go w udo – odparła. – Dla mnie to nie kłopot. Konrad może zostać kamerzystą.
Robert złapał za dłoń narzeczonej i czule ją ucałował.
- To o co chodzi? Możesz mi powiedzieć o wszystkim.
- Nie wiem… Chyba o Wandę – odparła zdenerwowana.
- Nie cieszysz się z wizyty ciotki?
- Jesteśmy jak komplet mebli z Ikea. Niby wszystko do siebie pasuje, ale zawsze znajdzie się ten jeden element, który chrzani kompozycję. To właśnie ciotka Wanda. Poza tym przyjeżdża jeszcze moja matka, a od rozwodu ona i ojciec nienawidzą się.
- Cieszę się, że przynajmniej nie martwią cię mordercy z Lipek – odparł z uśmiechem Robert.
- Nie – machnęła ręką. – Do tego akurat jestem przyzwyczajona.

***


Leszek wyszedł na papierosa kilka minut po jedenastej. Z Dominiką zatrzymali się u jego rodziców, a dokładniej w altance dla gości, ukrytej w głębi podwórza, za domem seniorów. Dom Matuszewiczów stał na niewielkim wzniesieniu, zaś altanka na ostro spadającym zboczu przez co z ulicy można było dostrzec wyłącznie jej prosty dach pokryty papą.
Leszek dopalał papierosa, gdy z ogrodu dobiegł go hałas przypominający brzdęk uderzających o siebie garnków. Zza altanki wyłoniła się zakapturzona postać. Nieznajomy złapał mężczyznę za szyję i popchnął do przodu. Matuszewicz spróbował złapać za parapet i od biedy narobić hałasu stukając w okno, ale napastnik skierował go w głąb podwórza. Przez chwilę usiłował stawić mu opór, ale wysiłek poszedł na daremno. W końcu stracił równowagę, upadł i sturlał się w krzaki.
Kapturnik przycisnął go nogą do ziemi. Spokojnie sięgnął po siekierę przymocowaną do pasa, a następnie przyłożył jej trzonek do szyi ofiary. Czuł jak braknie mu powietrza, ale zakapturzony nie przestawał napierać. Każdy kolejny oddech przychodzi mu z coraz większym trudem. Poddawał się, gdy Kapturnik poluzował uchwyt.
- Gdybym chciał to już byś nie żył – powiedział z rozbawieniem.
W końcu zsunął kaptur i ściągnął białą maskę. Leszek zamarł na widok Pawła. Odzyskując dech w piersiach przeczołgał się od krzaków pod ścianę altanki na moment nie spuszczając wzroku z Ostrowskiego.
- Pojebało cię! – krzyknął chciwie łapiąc oddech.
Paweł przystawił ostrze siekiery do jego policzka dając mu do zrozumienia, aby ściszył głos.
- Zwariowałeś – powiedział ciszej. – Co tu robisz? Policja cię szuka.
- Szuka od dziesięciu lat i jakoś znaleźć nie może.
- Znowu zabijasz? Ktoś zamordował dziewczynę z naszej szkoły i…
- Wiem – przerwał mu. – Krwawy Kapturnik i Furiat. Czytałem o nich w gazecie.
Leszek ostrożnie wstał.
- To znaczy, że to nie ty?
Paweł przypiął siekierę do paska i podniósł z ziemi białą maskę.
- Nie, ale mam czuja, że tych dwóch wiele łączy z naszą paczką.
- Wiedziałem, że ktoś, kiedyś spróbuje mnie dobić, ale nie na weselu Natalii – powiedział z niesmakiem. – Łączy? Z nami? Ale co?
- Pogadajmy o tym jutro. Tutaj, o tej samej porze. Ty, ja, Adrian i Konrad – po tych słowach zarzucił na głowę kaptur i ruszył w dół posesji. Leszek jeszcze chwile stał w bezruchu spoglądając na postać znikającą w mroku.

***


Adrian siedział przy biurku na krzesełku na kółkach, zaś Konrad i Leszek zajmowali miejsca na rozkładanej sofie. Dominika weszła do pokoju z herbatą. Postawiwszy kubki na niewielkiej ławie sama usiadła na krześle pomiędzy biurkiem, a szafą.
- On naprawdę tutaj przyjdzie? - spytał Konrad.
- Tak mi powiedział.
- Powinniśmy zawiadomić Burskiego – rzuciła Dominika. – Układanie się z Kapturnikiem jest najgorszym rozwiązaniem.
- Masz rację, ale jestem ciekawy, co wie na temat tamtych dwóch – przyznał Adrian. – Jakoś nie chce mi się wierzyć, że dziwnym zbiegiem okoliczności w Lipkach po dziesięciu latach pojawia się nowy morderca i on.
- A mocno się zmienił? – pytał z zaciekawieniem Konrad.
Leszek wzruszył ramionami. W zasadzie to nie wiedział. Jasne, blizna na twarzy będąca pamiątką po wydarzeniach z hotelu, zmieniała go wizualnie, ale co z charakterem? Paweł był dla niego praktycznie obcą osobą.
- Myślisz, że ludzie się zmieniają? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
- W jakimś stopniu, tak – przyznał ostrożnie. – Ja dla przykładu jestem po rozwodzie i trzech filmach. Różne rzeczy na nas wpływają.
Leszek zamyślił się. Jakie rzeczy mogły mieć wpływ na Pawła? Szaleństwo matki? Mordercze skłonności ojca? Pierwsza ofiara? Zuza? Gdzie był ten moment, który przeważył szalę obłędu i popchnął Pawła w stronę Kapturnika?
Przez uchylone okno do pokoju wszedł Ostrowski wywołując chwilowe zamieszanie wśród siedzących.
- Cześć – przywitał się i jak gdyby nigdy nic zajął miejsce na krzesełku przy ławie. – Wszedłem tędy, bo nie chciałem ryzykować zauważenia przez kogokolwiek. Ale się zmieniliście!
- No ty też – rzucił grzecznie Brzęcki.
- Dominika – Paweł zwrócił się do kobiety – wyglądasz jeszcze piękniej, niż podczas naszego ostatniego spotkania – mówiąc to pogładził się po chropowatej szyi.
- Nie mów tak, bo jeszcze spalę się ze wstydu – przygadała mu i rozgniewana przeszła do kuchni, skąd słuchała dalszej części rozmowy.
– Nie do końca wierzyłem w twój powrót, ale jednak. Kapturnik powrócił do Lipek – odezwał się Adrian. – Po co przyjechałeś?
- Zbieram drużynę psychopatycznych morderców - odparł najnormalniej w świecie. - Coś jak Avengers tylko z ostrymi przedmiotami i hektolitrami krwi.
- A tak na poważnie? - Adrian wydawał się zniecierpliwiony. - Czego chcesz od nas?
- No jak to, czego? Pojawił się nowy morderca. Myślałem, że przegadamy sprawę jak za dawnych czasów.
- Masz z nimi coś wspólnego? – zapytał Konrad.
- Ten jeden to chyba mój naśladowca.
- Myślałem, że rzucisz nowe światło na sprawę – westchnął rozczarowany Leszek.
- Krwawy Kapturnik nie celuje w nas tylko w dzieciaki ze szkoły.
- W moich uczniów! Musimy mu przeszkodzić!
- Tak szczerze... – zaczął Konrad. – Gdy Kapturnik polował na nas to dorośli nie kiwnęli nawet palcem.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Niech radzą sobie sami. My zajmijmy się klaunem, bo to mnie nieco bardziej przeraża.
- O klaunie nie wiem jeszcze nic – przyznał Ostrowski. – I to martwi mnie bardziej – zamilknął na chwilę. – Ja z racji, że jestem i tak poszukiwany mam ograniczone pole manewru, ale wy możecie popytać. Odezwę się za kilka dni, cześć – po tych słowach ostrożnie wygramolił się przez okno.

***


Gabrysia spoglądała na zamaskowanego człowieka z rozbawieniem. Klaun wyglądał przerażająco, ale w strasznej facjacie znajdowała coś pociesznego.
- Kochanie, po co się przebrałeś?
Furiat pchnął ją na ścianę. Sięgnął po młotek i raz uderzył w łeb. Druhna osunęła się po ścianie na podłogę. Jeszcze przez chwilę stał nad nią i spoglądał. W końcu sięgnął po telefon ofiary.
Nie przyjadę na ślub. Coś mi wypadło. Sorki – napisał wiadomość do Natalii.

środa, 18 września 2024

Rozdział 25: Trup... znowu

Trup zdarzył się, znowu. O ile do samego denata nie można mieć o to zjawisko najmniejszych pretensji, bo jak w równaniu matematycznym jest on wynikiem starcia mordercy w masce z ofiarą, tak sposób jego pojawienia się w życiu grupy młodych lipczan pozostawiał wiele do życzenia.
Fotografia zwłok zawisła na grupie trzeciej de pomiędzy zapytaniem o referat z historii, a upomnieniem o wpłacanie pieniędzy na szkolną wycieczkę. Moderator bez ceregieli zbanował Karolinę Kosik odpowiedzialną za wstawienie zdjęcia. Chwilę później pod postem pojawił się wulgarny wpis krytykujący inteligencję Kosikowej. Inna osoba skomentowała prawdziwość, a raczej nieprawdziwość trupa. Ktoś przypomniał o referacie z historii. Na grupie zawrzało za sprawą zdjęcia, nie referatu. Moderator profilaktycznie zbanował drugą Kosikową, Kajetana oraz osobę namolnie pytającą o wypracowanie z historii. Kogo w takiej chwili obchodził rozwój parlamentaryzmu i kształtowanie się państw narodowych w Europie? Bezpieczniej było uznać, że to troll. Krystian podlinkował do artykułów o dekadzie zbrodni oraz wydarzeniach sprzed dziesięciu lat, niejako będących następstwem wspomnianej dekady. Na forum klasowym wybuchła awantura, a Dawidek w chwili słabości zbanował wszystkich. Będąc jedynym użytkownikiem na grupie postanowił ją zamknąć.

***


Księżyc i gwiazdy schowały się za granatowymi chmurami. Wiatr nieco zelżał, a od rzeczki ciągnął nieprzyjemny, szlamowy smrodek. Gdyby nie latarka w telefonie stałaby po środku ciemnej polany jak ostatnia idiotka. Zresztą, co za różnica? I tak stała z tym, że nie w zupełnych ciemnościach. Zaczęła rozważać wyjście na szosę, ale cholera wie, z której strony on przyjdzie. Potem bezsensownie będą szukać jedno drugiego. Kazał jej zaczekać na łące, a nie łazić. Postanowiła dać mu jeszcze pięć minut, góra dziesięć.
Raz jeszcze odczytała wiadomość od Kajetana:
"Hej, spotkajmy się wieczorem na łące obok rzeki. Chcę pogadać o czymś ważnym".
Serce Małgosi Stawickiej zabiło szybciej. Kajetan Wyżyński zerwał Wiktorią i oczywistym było, że po toksycznym związku będzie szukał oparcia w dziewczynie serdecznej, inteligentnej i wartościowej - takiej jak ona. Oczami wyobraźni widziała jak chłopak przybywa na łąkę z tuzinem czerwonych róż i pyta o chodzenie, a ona ubrana w sukienkę, najlepiej tą fioletową, zgadza się. Niestety, było za zimno na letnią odzież, ale dalej liczyła, że Kajetan przyjdzie z kwiatami, obojętnie jakimi. Od razu strzelą fotkę na insta, a Wiktorię niech szlag jasny trafi. Wtedy uświadomiła sobie, że jest za ciemno na zdjęcie.
Cholera, czy już nie mógł wybrać lepszego miejsca i czasu? Na przykład parku o jakiejś bożej godzinie? Pal licho, dwór, wystarczyłoby wprosić się do niej do domu.
Stopniowo rosła w niej niechęć do wybranka.
Nagle z wysokiej trzciny wyłonił się chłopak. Sądząc po ubraniu i jemu było zimno. Miał na sobie długą, czarną kurtkę z kapturem zarzuconym na głowę. Ściągacze były tak mocno ściągnięte, że nie szło dojrzeć pyska. Zresztą i tak nie zauważyłaby twarzy ukrytej pod białą maską. Za plecami chował bukiet kwiatów, a przynajmniej tak jej się wydawało.
- No nareszcie! - chciała zabrzmieć przymilnie, ale zrzędliwe "nareszcie" wypłynęło z jej ust samo.
Cisza.
- Po co chciałeś się spotkać? - spytała zachęcająco.
Milczał.
No co za debil - pomyślała. Heroicznie podjęła ostatnią próbę.
- Co chowasz za plecami?
Nie odpowiedział.
Rozeźlona Małgosia odwróciła się na pięcie i ruszyła ścieżką pod stromą górkę. Chłopak uniósł chowaną do tej pory za plecami siekierę i z dzikim wrzaskiem rzucił się na dziewczynę. Zaskoczona obrotem spraw Stawicka wykonała dynamiczny ruch, potknęła się i wylądowała pod nogami napastnika. Z tej pozycji kopnęła go w krocze. Zakapturzony kwiknął przeciągle, upuścił siekierę i złapał się za bolące miejsce. Trwało to kilka sekund. Gosia zaczęła bardzo powoli pełznąć do góry. Atakujący złapał za siekierę i zadał dziewczynie śmiertelny cios. Ofiara powoli osunęła się po ścieżce pod jego nogi.
Morderca westchnął przeciągle. Zastanawiał się, czy Wojtek Ostrowski również miał takie nieprzewidziane atrakcje goniąc za Martynką po tej polanie. Nieco krwi rozbryzgało się na boki. Nad techniką mógł jeszcze popracować, najważniejsze, że się udało.

***


Cztery osoby siedziały przy prostokątnym stole w pokoju przesłuchań wyczekując przyjścia policjanta prowadzącego sprawę. Piątego przesłuchiwanego Burski umieścił w sali obok jako, że nie dopatrywał się w nim tak silnego związku z trupem Małgosi Stawickiej. Od czwórki mógł jeszcze oddzielić Kajetana, ale nie do końca widział zasadność. Jego udział w hecy wydawał się być czystym przypadkiem. Zresztą, to samo mógł powiedzieć o pozostałej trójce.
Dowiedziawszy się o morderstwie doznał wstrząsu. Kilka miesięcy temu minęło dziesięć lat od krwawych wydarzeń, po których Lipki dźwignęły się bardzo powoli. Jedno uderzenie siekierą sprowadziło miasteczko do poprzedniej pozycji; leżącej i bezbronnej.
Zaniepokojony wychowawca klasy trzeciej de spoglądał na uczniów zza weneckiego lustra, ale nie śmiał pierwszy zabrać głosu. Andrzej z kolei nie chciał dzielić się swoimi spostrzeżeniami.
- Nie wierzę, że to znowu się wydarzyło - mruknął do siebie nauczyciel.
Burski wyjął z papierośnicy papierosa, zapalił, a następnie przysunął ją w stronę nauczyciela w geście poczęstunku. Ten przez chwilę wahał się, ale w końcu odmówił. Burski schował papierośnicę do kieszeni. Dostał ją od Martynki na piątą rocznicę ślubu. Uśmiechnął się w duchu.
- Czyli jeszcze raz, Adrian, jak to było?
Korba westchnął, usiłując zebrać myśli.
- Pisali sprawdzian z obsługi konsumenckiej i wtedy ktoś dostał powiadomienie na telefon. Nie pamiętam kto, chyba któraś z dziewczyn - stwierdził ostrożnie przypominając sobie histeryczny wrzask. - Potem kolejne osoby otrzymywały powiadomienia. Ja też... - Adrian nie palił, ale jakaś jego część zaczęła żałować, że jednak nie poczęstował się papierosem. - Ktoś wysłał link do zdjęcia zwłok - wyrzucił to z siebie prędko. - Więcej nie wiem.
- Sprawca oznaczył na fotografii cztery osoby - dopowiedział Burski, czytając z kartki: - Kajetan Wyżyński, Kinga Kwietniewska, Krystian Herman i Bartosz Różewicz - pytający wzrok z powrotem przeniósł na Adriana. - Dlaczego akurat ich? Kolegowali się z ofiarą?
Nauczyciel zaprzeczył.
Wspomnienie pierwszej wizyty w nawiedzonym domu i makabrycznego znaleziska nieco wyblakło przez lata, ale teraz odżyło na nowo z pełną intensywnością. Naśladowca Kapturnika pozostawił swoje dzieło w tej samej łazience, w której niegdyś odkryli ciało Julii Kołacz.
- Ma pan już coś?
- Na razie niewiele - przyznał. - Sprawca wysłał dziewczynie wiadomość z numeru Wyżyńskiego z prośbą o spotkanie na łące. Tam ją zabił, a następnie przeniósł ciało do nawiedzonego domu. Podejrzanym jest wspomniany chłopak, ale niemocnym. Telefon zostawił w szatni na wuefie, a stamtąd każdy mógł się nim spokojnie porządzić. Potem anonim rozesłał wszystkim zdjęcie ofiary oznaczając na nim tę czwórkę. Zdjęcie szybko zdjęto ze strony, ale twoja uczennica... - tu chciał użyć słowa debilka, ale w słowo wszedł mu Korba:
- Karolina Kosik.
- Właśnie. W swojej mądrości zrobiła kopię fotografii i wrzuciła ją ponownie na forum klasy. Możesz mi powiedzieć coś o tej dziewczynie?
- Sprawia kłopoty, dużo wagaruje - mimo że był wychowawcą klasy od roku, po rezygnacji z pracy profesor Kaczmarek, nie potrafił wiele powiedzieć o siostrach Kosikowych - ona i Iza interesują się dość mroczną tematyką.
- To znaczy? - Burski po raz pierwszy podczas przesłuchania zaciekawił się.
- Charakteryzują się na trupy, robią sobie zdjęcia, że niby są martwe, a potem wstawiają na Instagrama - doprecyzował. - Domyślam się, że Karolinie spodobała się - zamilkł, zdając sobie sprawę z tego, co chciał powiedzieć.
Policjant nie skomentował.
- Myśli pan, że sprawcą jest Paweł?
- Jeszcze nie wiem, co myślę, ale na razie wygląda mi to na powtórkę z rozrywki.
Miał rację. Śmierć Małgosi łączyła ze sobą dwa ważne motywy; miejsce, w którym Martynka uciekła przed Ostrowskim oraz nawiedzony dom, gdzie uczniowie odkryli pierwszą ofiarę. Wyglądało jakby ktoś na nowo usiłował złożyć historię Kapturnika, ale kto? Ostrowski? Prawdę powiedziawszy po ucieczce z zakładu psychiatrycznego wszelki słuch o nim zaginął, a epizod z hotelu dzieciaki postanowiły przemilczeć. Pozostawał naśladowca.
- Remake - wyszeptał Adrian.
Burski niemal od razu podchwycił i zażądał rozwinięcia teorii.
- Tak sobie myślę, że te dzieciaki to my z przeszłości - mówił wolno i spokojnie dopiero układając swoją teorię w głowie - Kajetan to sportowiec jak ja. Krystian jest maniakiem horrorów, z kolei Kinga komponuje muzykę.
- Mają takie same zainteresowania jak ty, Konrad i Leszek, a ten ostatni? - dopytał chciwie.
- Bartek ma podobną sytuację rodzinną do Pawła. Jego rodzice są po rozwodzie i aktualnie mieszka z ojcem i macochą.
- Mam jeszcze małą prośbę do ciebie - powiedział Burski po chwili zastanowienia. - Spotykasz się z młodą Walewską. Nadal pracuje w gazecie ojca?
Korba pokiwał głową. Już chciał powiedzieć, że dalej "pisze dla szmatławca" jak określił go jakiś czas temu policjant. Marta Walewska, córka założyciela Głosu Lipek, była bardzo wyczulona na wszelakie afery i z wręcz brutalną dokładnością opisywała wszelkie przewinienia lipczan. Burskiemu też dostało się za jakąś bzdurę i wtedy poleciał do redakcji z awanturą. Sytuacja wydawała się zabawna, zwłaszcza dla Adriana stojącego z boku.
- Wiem, że nie odpuści i napisze o powrocie Kapturnika, niekompetencji policji, czy co jej tam przyjdzie do głowy, ale postaraj się nie ujawniać jej szczegółów naszej rozmowy, dobra?

***


- Może jednak pieniądze - rzuciła bez przekonania Dominika.
Opakowany w złoty papier podarunek wydawał jej się skromny i nietrafiony, ale ciężko było wybrać prezent ślubny dla osoby, która ma wszystko. Jeszcze większy problem stanowił fakt, że na imprezie wystąpi w roli druhny.
Leszek spojrzał na żonę, ale nic nie odpowiedział.
Zaczęło się miesiąc temu, gdy odezwała się do niego Natalia. Telefon od koleżanki z czasów szkoły średniej zaskoczył go na dwóch płaszczyznach. Pierwszej, czasowej, gdyż ostatni raz widzieli się przeszło cztery lata temu, nawiasem mówiąc, na ich weselu. Drugiej, osobistej, bo inaczej nie można było określić wielkich zmian w życiu dziewczyny. Natalia poprosiła Dominikę o zostanie druhną, czy jak, kto tam woli, świadkową na jej ślubie, który odbędzie się w Lipkach w październiku tego roku. Z góry przeprosiła za spowodowany prośbą chaos zwalając winę na niejaką Gabrysię, która wycofała się z obowiązku druhnianego w ostatniej chwili, i to smsem!
- A ten jej narzeczony? - spytała półszeptem. - Jak ma na imię?
- Robert.
- Znasz go? To jakiś wasz kolega ze szkoły?
- Nie znam - odparł, skręcając z głównej ulicy.
Dalej samochód jechał wzdłuż parku. Natalia, chociaż od wielu lat nie mieszkała w Lipkach, postanowiła urządzić wesele w rodzinnych stronach.
- Zaprosił mnie na fejsie - wyjaśnił. - Wiem tyle, że poznali się po studiach.
- Też jest aktorem?
- Nie - pokręcił głową. - Nie wydaje mi się. Spytasz ją sama - zakończył, parkując przy wąskim chodniku przed bramą wjazdową do Kozłowskich.
Młoda kobieta stojąca przed wejściem zgasiła papierosa i machając, podbiegła do auta Matuszewiczów.
- Domino? Leszek? - zawołała i nie czekając na potwierdzenie przedstawiła się sama. - Jestem Aśka! Druhna numer trzy i najlepsza przyjaciółka Natki, a przynajmniej trzecia w kolejce, chociaż po zniknięciu Gabrysi może awansowałam na miejsce drugie - po tym wylewie słów zamilkła, spoglądając pytająco na kobietę w samochodzie.
Dominika nie odpowiedziała, ogłuszona informacjami.
- Przyjechaliśmy na ślub.
- Spokojnie to dopiero za dwa tygodnie! Jesteście punktualni!
- Gdzie jest Natalia? - spytał ostrożnie Leszek.
- Ogarnia firmę dekoratorską. Jest podminowana od chwili, gdy Gabrysia dała nogę. Rozumiecie to, aby napisać na messengerze, że ma gdzieś wesele? Nawet telefonów nie odbiera!
Dominice zrobiło się przykro. Po telefonie od Natalii najpierw była zirytowana, bo jak tak można? Nagle po latach milczenia przypomina sobie o niej i o Leszku. Zaprasza na ślub i to jeszcze jako świadka? Potem uderzyła ją okoliczność w jakiej musiała się znaleźć koleżanka. Ślub był ważnym dniem dla młodych. Nie potrafiła wyobrazić sobie sytuacji, w której druhna daje plamę na kilka dni przed uroczystością.
Może nie były szczególnie bliskimi sobie koleżankami, ale teraz Natalia potrzebowała pomocy, a ona miała zamiar dołożyć wszelkich starań, aby ten dzień był dla państwa młodych niezapomnianym.
- Zawsze wiedziałam, że to zołza nie z tego świata – Asia zakończyła krytykę nieobecnej.
- A ty skąd znasz Natalię? - zapytał Leszek.
- Poznałyśmy się na studium aktorskim - odparła z dumą. - Może mnie kojarzycie z ról filmowych i teatralnych. Jestem Joanna Łysiak - przedstawiła się, tym razem formalnie jakby licząc, że nazwisko naprowadzi ich na jej osiągnięcia aktorskie. - Krytycy pochlebnie pisali o mojej wiedźmie w Makbecie i grałam też kobietę z bólem głowy w reklamie aspiryny... Masowałam sobie skronie.
Matuszewicz pokiwał głową niby na tak, niby na nie. Ani Makbeta, ani reklamy aspiryny nie oglądał.

***


- Niech zrozumiem - przerwała mu Marta chcąc wszystko uporządkować. - Burski chce zataić szczegóły dochodzenia?
- Nie. Po prostu... - szukał argumentu. - Za wcześnie na podawanie jakichkolwiek informacji prasie.
- Mogłam się tego spodziewać - przyznała. - Nie będę wypytywała cię o szczegóły, ale powiedz, czy to ma jakiś związek z Kapturnikiem?
Adrian zająknął się.
- Dziękuję - odparła, otrzymawszy satysfakcjonującą odpowiedź.
Z Martą poznali się kilka lat temu przez wspólnych znajomych. On kończył pedagogikę, a ona rozpoczynała staż w gazecie. Była zacietrzewiona i gotowa do potyczek słownych. Przekonana, że pozjadała wszystkie rozumy, trochę jak Natalia, ale na inny sposób.
Podczas pierwszego spotkania pokłócili się, a potem spotkali się kolejny raz i... wyszła jeszcze większa awantura. Można było podejrzewać, iż znajomi ponownie ustawili ich spotkanie dla walorów komediowych, bo Adrian i Marta z miejsca poszli w pompatyczne i agresywne odzywki.
- Pan z tym nastawieniem to powinien system edukacji naprawić!
- Pani z takim talentem Nagrodę Pulitzera dostanie!
Kąśliwości z czasem zmieniły się w czułości, a Adrian i Marta w końcu zamieszkali razem.
Marta jest zupełnie inna od Natalii - pomyślał, stając w kolejce sklepowej, gdzie dobiegł go znajomy głos.
Tuż za nim ustawiła się Natalia w towarzystwie rosłego faceta. Dziewczyna szczebiotała mężczyźnie chwilę o serwetkach, po czym dostrzegłszy Korbę zawołała:
- Adrian!?
- Cześć - odparł, podając jej rękę na przywitanie.
Obok stanęła Marta. Doszło do oficjalnej prezentacji.
- Marta, moja dziewczyna. Natalia, koleżanka ze szkoły.
- Adrian. Robert, mój narzeczony – odwzajemniła się tym samym.
- Nie widzieliśmy się całe wieki - stwierdził z uśmiechem Korba. - Przyjechaliście z wizytą do ojca?
- Właściwie to bierzemy ślub - odparł Robert. - Natalka chciała zorganizować wesele w rodzinnych stronach.
- Gratuluję.
- Dziś wieczorem urządzamy niewielką imprezę. To bardziej przyjęcie z mojej inicjatywy, bo chcę poznać przyjaciół Natalki - mówił. - Może wpadniecie?
- Sam nie wiem... Mieliśmy... - tłumaczył ukradkiem spoglądając na Martę.
Ta jednak postanowiła mu nie pomagać.
- Tak! - zawołała z nową energią Natalia. - Powinniście przyjść! Będą Domino i Leszek.
Po chwili coś ją tknęło. Dlaczego nie zaprosiła na ślub Adriana? Czy to miało znaczenie? Jakieś dziwne poczucie niesprawiedliwości szarpnęło dziewczyną.

***


Kamera uchwyciła widok na szarzejącą polanę w chłodnym, popołudniowym słońcu. O tej porze roku zmrok zapadał szybko, co nastręczało dodatkowych problemów ze zdjęciami. Przydałby się lampy dla poprawienia zaciemnionego obrazu, ale wtedy straciłby realizm. I tak źle i tak niedobrze.
Krystian Herman jako zapalony filmowiec liczył osiągnąć ogromny sukces jako twórca reportaży o seryjnych mordercach. Nie bez znaczenia były tu dwie sprawy; pierwsza demograficzna, Krystian urodził się w Lipkach i przez to w pewien sposób odczuwał silny związek z mroczną przeszłością miasteczka. Siła związku nasiliła się z drugą sprawą, śmiercią koleżanki z klasy. Teraz czuł się niemal w obowiązku stworzyć film o Lipkach i potwornym fatum wiszącym nad miastem.
- Fatum wiszące... Nie... spowijające... - powtórzył sobie wyuczony tekst. Po kilku sekundach zaczął mówić do kamery:
- Hejka, straszaki! Dzisiaj specjalnie dla was robię nowy challenge! Spędzę noc na polanie! - jego głos momentalnie opadł z entuzjazmu. - Na wstępnie zaznaczę, zanim doczepi się mnie jakiś kretyn z commentary. Na tej polanie kilka dni temu zginęła moja koleżanka z klasy, a sprawcy jeszcze nie ujęto także to całkiem duże wyzwanie! Mogę nie przeżyć, a więc proszę was o lajki, suby, a jeśli dobijecie do tysiąca następną spędzę noc w nawiedzonym domu.
Ostrożnie ruszył zarośniętą ścieżką prowadzącą wzdłuż drogi.
- Jest bardzo strasznie - dodał.
Nagle z szosy na polanę zbiegła zakapturzona postać z toporkiem w łapach. Zamachnęła się siekierką, ale chłopak zdołał odskoczyć. Zrobiwszy niepewny krok do tyłu Krystian upadł w wysokie zarośla. Na całe szczęście cały czas pamiętając o dobrym ustawieniu kamery.
Napastnik pomógł mu wstać.
- Oświetlenie jest do dupy - stwierdziła Iza Kosik występująca w roli zakapturzonej postaci.
Krystian przejrzał nagrany materiał, ale nie odezwał się, ani słowem.
- A tak w ogóle to nas tu nie powinno być - dodała.
- To publiczne miejsce.
- Ale zamordowano tu człowieka.
- A my szukamy prawdy!
- Prawdy? Myślałam, że kręcimy filmik dla beki. Jeśli moja siostra dowie się, że ci pomagam tworzyć takie bzdury... - powiedziała ze zgrozą.
- Tak, bo akurat ona robi coś wartościowego w Internecie - odparł życzliwie.
Kapturnik przysłuchujący się od dłuższej chwili rozmowie pary nastolatków postanowił już dłużej nie czekać z wejściem. Początkowo z zaciekawieniem oglądał duble scenki, w której Kosikowa... to znaczy Kapturnikowa atakowała Krystiana, ale każde kolejne wydawało mu się bardziej komiczne. Odliczył do trzech i wyłonił się z zarośli zaciekawiony jaką reakcję wywoła u nastolatków.
Iza i Krystian spoglądali na niego w milczeniu.
- Musimy uciekać - wymamrotał ze zgrozą Krystian.
- Dlaczego?
- Bo oglądam horrory i wiem, że zamaskowany koleś z siekierą nie wróży nic dobrego.

***


Na kolacji przed ślubnej u Natalii i Roberta gościło sześć osób. Poza młodymi byli jeszcze ojciec przyszłej panny młodej, jej dwie druhny Asia i Dominika wraz mężem oraz zaproszeni w ostatnim momencie Adrian i Marta. Najgłośniejszy z nich był pan Władzio. Z dumą wychwalał zięcia podkreślając jak ogromne szczęście spotkało jego córkę, a bo to Robert taki przedsiębiorczy, inteligentny, pracowity. Natalia we własne szczęście nie wątpiła, ale z pewnością nie cechami wymienionymi przez ojca rozkochał ją w sobie.
Wszystko zaczęło się od rozmowy telefonicznej, służbowej, dość sztywnej i niezwiastującej wielkiej miłości. Robert zadzwonił do zakładu wulkanizacyjnego Kozłowskich z zapytaniem o opony. Telefon odebrała Natalia, która w tamtym czasie pomagała ojcu w pracach biurowych.
Szczebioczący głos zauroczył Roberta tak silnie, iż do końca dnia nie potrafił myśleć o niczym więcej. Kim mogła być wspaniała istota po drugiej stronie słuchawki? Otumaniony, spętany, wręcz zniewolony postanowił zadzwonić raz jeszcze, ale tym razem z komplementem dla właścicielki szczebioczącego głosu. Natalia łaskawie przyjęła komplement. Rozmowa rozciągnęła się na kilka godzin i brutalnie dobiegła końca z pojawieniem się pana Władzia, który nie mógł dodzwonić się do firmy.
- To takie romantyczne! - stwierdziła Asia. - Prawie jakbyście pisali do siebie listy tylko dzwoniąc!
Za namową przyjaciółki Natalia dała się zaprosić rozmówcy na pierwsze spotkanie. Robert Mantaj mógł być człowiekiem przedsiębiorczym, inteligentnym oraz pracowitym, ale dla niej był przede wszystkim dobry, czuły i kochający. Trzy lata później planowali ślub. W międzyczasie Robert podjął współpracę z panem Władziem wykazując się przedsiębiorczością, inteligencją i pracowitością.
- Nie chciałam wierzyć, gdy Adrian powiedział mi, że jego koleżanka jest autorką Złowrogiego lata - stwierdziła Marta. - Fantastyczny debiut literacki. Czekam na kolejną książkę.
- Na kolejną będziesz musiała jeszcze poczekać - przyznała Dominika. - Jestem na razie w trakcie zbierania materiałów i wszystko jest w powijakach.
Marta pomyślała o zbrodni dokonanej kilka dni wcześniej, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Nawet jeśli dziwnym zbiegiem okoliczności dokonano morderstwa teraz, gdy do miasta zjechali bohaterowie poprzedniej masakry impreza państwa młodych nie wydawała się dobrym momentem na pytania odnośnie Kapturnika.
- To prawda, że książka jest oparta na faktach? - spytała.
Adrian spojrzał na swoją dziewczynę z niezadowoleniem, a ona z miną niewiniątka mrugnęła, jakby odpowiadając, nie pytam o Kapturnika, tylko o Złowrogiego.
- Mniej więcej - odparła, spoglądając kątem oka na męża.
- Leszku, a ty? - spytała Natalia wyraźnie zirytowana rozmową o mordercach. - Nadal tworzysz muzykę?
Matuszewicz zmarszczył brwi. Podniósł kieliszek do ust i szybko odstawił.
- Hobbistycznie. Zawodowo organizuję imprezy w klubach muzycznych, a didżejka, czy piosenki to już inna para butów.
Dalej rozmowa zeszła na tematy około alkoholowe. Z czasem przy stole uformowały się dwie grupy dyskutujące we własnych gronach. Pierwsza rozmawiała o sukienkach ślubnych i trudach ich poszukiwań, zaś druga omawiała muzykę weselną.
Kolacja przedłużyła się do północy. Adrian wyszedł przed dom, aby rozprostować nogi i zaczerpnąć świeżego powietrza. Po chwili dołączyła do niego Natalia. Przez chwilę oboje stali w milczeniu, spoglądając w dal ciemnego podwórka.
- Tata sądzi, że powinniśmy zamieszkać w Lipkach, a Robert uważa, że to świetny pomysł.
- A ty?
Natalia oparła się o płotek i głośno westchnęła.
- E, zbyt dużo wspomnień.
- Rozumiem - przyznał i od niechcenia spojrzał w stronę drzewa, na którym znaleźli kiedyś trupa woźnego.
- Sporo złych, ale też dużo dobrych - uśmiechnęła się na myśl o ich pierwszym pocałunku, tam w dole drogi.
Bez słowa ruszyli na przechadzkę ścieżką oddzielającą domy działkowe od łąki.
- Marta wydaje się być fajna.
Adrian nie odpowiedział. Szargały nim wątpliwości. Siłował się z nimi jeszcze przez chwilę, a potem wypalił:
- W nawiedzonym domu znowu kogoś zamordowano. Jedną z moich uczennic - doprecyzował.
- Ale jak... znaczy coś słyszałam... to...
- Wiele wskazuje na naśladowcę Kapturnika.
- Czy grozi nam niebezpieczeństwo?
Nie potrafił odpowiedzieć. Teraz dopiero pogratulował sobie koncertowej głupoty. Po co jej o tym powiedział? Mógł zamilknąć! Przynajmniej dzisiaj. Natalia brała ślub i ostatnią rzeczą, którą chciała usłyszeć była informacja o kolejnym wariacie biegającym z siekierą.
Przeszli w ponurym milczeniu jeszcze kilka metrów, gdy rozległ się krzyk. Intuicyjnie pobiegli przed siebie, aby zatrzymać się w miejscu, gdzie kończył się chodnik, a zaczynała piaszczysta szosa, wokół której posadzono niewysokie iglaki – za nimi zaczynała się łąka.
Z przeciwnej strony szedł… klaun. Miał na sobie zbutwiałe ubrania i maskę zszytą ze strzępów materiału, na której wybijał się bladoczerwony uśmiech. W dłoniach ściskał młot.
- To on – wyszeptała dziewczyna.
Spoglądali na dziwaka, gdy ten z gardłowym, niepodobnym do niczego, wrzaskiem ruszył w ich stronę. Para zaczęła uciekać. Korba w pewnym momencie złapał Natalię w pasie i ściągnął ją z drogi. Przelecieli przez ścianę z drzewek i sturlali się w gąszcz. Klaun pobiegł dalej.
- To on, prawda? – wyszeptała Natalia. – Nowy morderca.
Nie musiał odpowiadać. Jeszcze przez chwilę dla bezpieczeństwa posiedzieli w krzakach, gdy z zarośli po przeciwnej stronie wybiegli Krystian i Iza.
- Co wy tu robicie? – ryknął na nich Adrian.
- Ściga nas Kapturnik – wymamrotał chłopak.

***


Młody mężczyzna przez chwilę przyglądał się własnemu odbiciu w lustrze. Do granatowej marynarki dobrał spodnie tego samego koloru. Strój leżał na nim doskonale. I jedynie blizny ciągnące się po szyi i kawałku policzka mocno korespondowały z wyglądem młodzieńca. Odwrócił się lewym profilem. Na moment zapomniał o poparzeniach.
- Potrafi pani wiązać śledzia? – zwrócił się do dziewczyny stojącej obok przebieralni.
Sprzedawczyni pomogła zawiązać krawat.
- To jakaś wyjątkowa okazja? – zapytała, gładząc marynarkę.
- Koleżanka ze szkoły bierze ślub i chcę sprawić jej niespodziankę – oznajmił z zadowoleniem Paweł Ostrowski.

sobota, 7 września 2024

Slasher. Pierwsze żniwa (1)

Nocy z 8 na 9 sierpnia roku 1876 w Staraszewie rozegrały się dwie tragedie o różnych siłach natężenia emocjonalnego i fizycznego, które zyskały niechlubne miano Nocy Złowrogiego Czynu.
Pierwsza dotyczyła Stasi, córki Floriana Złowrogiego. Hrabianka Stanisława ogłosiła przy kolacji, iż kocha parobka, planuje z nim ślub, a tak w ogóle to spodziewa się dziecka. Wszystko wbrew woli ojca, ma się rozumieć. Wyznanie zszokowało tatusia, mamusię i panią Bernadettę. Służka zamilkła, mamusia zapowietrzyła się, a przed oczyma tatusia pociemniało. I wszystko to przyłożyło się do późniejszych, krwawych zdarzeń.
Hrabia Florian wpierw poczerwieniał na pysku, potem zmienił barwę na granatową, aż wreszcie na siną. I utrzymując się już w tej kolorystyce wpadł w szał. Powiedział wiele słów odnośnie kawalera, któremu osobiście urwie to, co mu między nogami dynda, Stasi, że głupia, a bękart, że niepotrzebny.
Matka z właściwym sobie spokojem spytała, jak przyszłość swoją i dziecka wyobraża sobie Stanisława. Dziewczę niezbyt przejęte szalejącym ojcem odparło, że bez zmian. Z tym, że teraz weźmie ślub z Bolkiem. A, i zamieszkają w dużym, wolnym pokoju, bo jej jest stanowczo za mały. Dziecko, czy jak tatuś woli – mówiąc to spojrzała na ojca z dezaprobatą – bękart będzie kimał u pani Bernadetty, bo to jednak płacze nocami.
Kontakt z rzeczywistością okazał się mniej przyjemny. Wanda Złowroga oświadczyła, że i ona, i Boluś i dziecko, czy jak Florian woli – spojrzała przy tym troskliwie na męża – bękart wstępu do domu nie mają i skoro Stasia potrafiła dla parobka rozum stracić to w domu rodzinnym nie ma już czego szukać.
Stanisława informację o wydziedziczeniu przyjęła źle. Rzuciła talerzem w matkę, ojca przeklęła, aby finalnie w pełnej dramaturgii histerii wybiec z pałacyku.
Drugą tragedią tamtej nocy była śmierć Bolusia, która nadała ton i powagę legendzie Złowrogiego. Pogrążony w amoku Florian odwiedził parobka. Wywiązała się walka między niedoszłymi, teściem, a zięciem. Dokładny przebieg pojedynku nie był znany i dzieli zagorzałych badaczy historii slasherycznych na dwie grupy. Pierwsza uważa, że morderstwo zostało dokonane w afekcie, a szaleństwo naszło potem. Druga przypuszczała, że Florian zwariował po atrakcjach zaserwowanych przy kolacji przez córkę. Tak czy inaczej hrabia złapał za leżący na stole nóż i dźgnął dziecioroba w brzuch. Ten zwinął się ze świata w przeciągu kilku chwil. Złowrogi w amoku wywlókł ciało amanta na pole kukurydzy. Tam zaczęła się cała staraszewska masakra za pomocą nożyka. Morderca rozpruł ofierze brzuch, a następnie umieścił w nim kamienie. Następnie zawiesił denata na palu pośród kukurydzy.
- No… Przynajmniej po śmierci się do czegoś nadasz! Będziesz odstraszał ptaki z pola! - zawołał, zanosząc się śmiechem godnym czubka.
Będąc w dalszym ciągu w morderczym nastroju Florian wrócił do swojego pałacyku. Zabił żonę oraz panią Bernadettę. W jakiejś niezrozumiałej sekwencji zdarzeń usiłował odebrać życie również córce, aby ostatecznie samemu wyskoczyć przez okno i zginąć. Stasia została pierwszą w historii staraszewską final girl.

***


Dworek Złowrogich górował nad malutkim miasteczkiem niczym baśniowy zamek nad królestwem. W przeciwieństwie do bajkowego odpowiednika nie magia wprawiała go w ruch, ale ludzie pracujący wokół. Rodzina zatrudniała służbę, z czego jedynie Bernadetta była stałą pomocą, oraz miejscowych chłopów przy gospodarstwie. W okresie żniw liczba zatrudnionych wzrastała nawet kilkukrotnie. Pan Florian dorobił się majątku podczas zagranicznych wyjazdów. Nawet ci, którzy za nim nie przepadali musieli mu oddać, iż był człowiekiem pracowitym, a majątek dzielnie pomnażał, zmieniając miasteczko w prywatny folwark.
- A to prawda, że Florian i Wanda będą wydawać córkę za mąż? – spytała Waciakowa na powitanie.
- Nic mi nie wiadomo – ucięła Bernadetta.
- Mój Janeczek wspominał, że Florian i Wanda zapraszają w gości jakichś młodzieńców – ciągnęła.
Bernadetta lubiła plotki, można powiedzieć, że dbała o przebieg informacji pomiędzy dworkiem Złowrogich, a kulącym się pod jego stopami miasteczkiem z niemal zawodową precyzją. Nie przepadała jednak za Waciakową. Było to babsko z kategorii bezwstydnych plotkar, które łapie ciężki oddech wyłącznie w przerwach między mieleniem ozorem.
- Ciekawe, czy w interesach czy na swaty – rzuciła zachęcająco.
- Na jedno wychodzi! – przerwała jej Wiesia Korczakowa. – Złowrodzy nie wydadzą córki za byle burka ze Staraszewa. Wanda zięcia z bajki wyciągnie choćby z podziemi.
Bernadetta uśmiechnęła się do przedmówczyni. Były sąsiadkami zza płotu, miały dzieci w podobnym wieku i żywiły równą niechęć do Waciakowej. W obecności Wiesi postanowiła uchylić rąbka tajemnicy:
- Szukają jej kawalera, ale takiego… - zawahała się – dystyngowanego.
- Też mi coś! – wzgardziła Waciakowa. – Przecież Stasia jest głupia, nierobotna, nieciekawa. Gdzie jej kogoś dystyngowanego!?
- Za to ta twoja to szczyt dystyngowania! - odburknęła Korczakowa, po czym zwróciła się do Bernadetty:
- A co na to Stasia?
- Jeszcze o niczym nie wie. Temat wyszedł wczoraj. Dlatego proszę, abyście nie roznosiły pierdołów – spojrzała na Waciakową.
- Ja nie chodzę z pierdołami! – odparła zagniewana. – Pierdoły to są jak ktoś głupoty gada, a ja mówię samą prawdę!
- Prawda objawiona! – przeżegnała się Wiesia.
- A może nie? Stasia to nawet dzień dobry nie potrafi odpowiedzieć. Łapię ją ostatnio i mówię, dzień dobry wać panno, a ona idzie dalej bez słowa! Potraktowała mnie jak powietrze!
- Dzień dobry! – do starych plotkar dołączyła córka Bernadetty.
- O, Ilonka! – wyszczerzyła zęby Waciakowa. – Właśnie rozmawiamy z twoją mamą o Stasi! A wiesz, że będzie ślubować? A ty co? Nadal nie masz żadnego chłopca? Taka ładna, a nie masz żadnego chłopca. Taka sprawiedliwość!
Bernadetta poważnie zastanawiała się nad uduszeniem Waciakowej. Ewentualnie stuknięciem jej w łeb czymś ciężkim.
- Nie – odpowiedziała Ilona.
Wścibskie babsko zauważyło oznaki speszenia u dziewczyny i postanowiło ciągnąć dalej:
- A może jednak masz jakiegoś chłopca, co? Bernadetta mogłaby wreszcie pomóc w odchowaniu własnych wnuków, a nie cudzych.
Bernadetta zaczęła rozglądać się za jakimś kamieniem.

***


Stasia spoglądała na pola ciągnące się wzdłuż drogi. Złote łany zlewały się w żółty ocean rozbijający się dopiero o szare pnie drzew w oddali. Gdzieś na granicy pola z lasem po raz pierwszy spotkała Bolusia. Zadrżała wewnątrz na myśl o miłości swojego życia.
Podobnie jak dzisiaj i wtedy przyjechała z ojcem. Florian rozmawiał z pracownikami, nie zwracając uwagi na znudzoną córkę. Stasia zeskoczyła z wozu i ruszyła ścieżką wzdłuż pola. Mijała parobków myśląc, dlaczego wszyscy są tacy smutni? Ani jeden nie potrafił odwzajemnić jej uśmiechu, życzyć miłego dnia albo przyjaźnie skinąć głową na powitanie. Możliwe, że to z biedy – pomyślała.
Znużona wycieczką postanowiła przycupnąć na końcu ścieżki skąd miała widok na kukurydzę. Błogi spokój zakłócił okropny, chropowaty dźwięk przypominający…
- To brzmi jak wóz z gnojem zjeżdżający z góry – dokonała identyfikacji dźwięku.
Z flegmatyzmem godnym hrabianki spojrzała w stronę, z której napływał, coraz głośniejszy hałas. Ku niej mknął rozpędzony wóz z gnojem. Stanisławę sparaliżował strach. W ułamku sekundy wóz wykoleił się, a jego zawartość wystrzeliła w niebo. W tej samej chwili pojawił się Bolek. Chłopak zdecydowanym ruchem objął dziewczynę w pasie i pociągnął do tyłu. Obornik spadł w miejsce, w którym stała przed chwilą. Kilka centymetrów dzieliło ją od tragedii, a wszystko dzięki młodzianowi.
- Czy to ty? – spytała drżącym głosem. – Zatrzymałeś bryczkę ręką?
- E, sama się przewróciła – odparł zwyczajnie. – Ja tylko panienkę odciągnąłem.
- Uratowałeś mi życie – jej głos nabrał melodramatyzmu.
- E, kurze gówno nie zabija.
Kilka dni później miała ponownie spotkać Bolusia. Wtedy jej uczucia do niego – nieopisane, niezwykłe i potężne – miały wybuchnąć ze wzmożoną siłą. Czekała na niego na leśnej polanie, gdy zjawił się, opanowała ją dziwna niemoc.
- Jesteś niemożliwie szybki i silny, a twoja skóra jest spieczona od słońca – przemówiła. – Czasem mówisz jakbyś był z innej warstwy społecznej. Nie widziałam, abyś pił wino.
- Nigdy nie piję wina – powiedział z transylwańskim akcentem.
- Ile masz lat?
- Dwadzieścia.
- Od jak dawna? – głos Stasi drżał niczym galaretka truskawkowa.
- Skończyłem dwadzieścia lat dwa miesiące temu – dał jej chwilę, aby oswoiła się z myślą, iż zakochała się w starszym o trzy lata chłopaku, po czym przeszedł do najważniejszej części rozmowy:
- Wiesz kim jestem. Powiedz to głośno. Mów!
- Parobkiem.
- Boisz się?
- Nie – odparła, a nim ten zdążył coś odpowiedzieć, rzuciła mu się w ramiona.
Od chwili ich pierwszego spotkania mijały właśnie cztery miesiące, a od jakichś dwóch towarzyszył im problem dzieciaka.
- Twoi rodzice nie pozwolą nam się pobrać – oznajmił krytycznie Bolek.
- Kochamy się, a oni tego nie zmienią!
- Mnie wygnają ze Staraszewa, a ciebie zamkną w jakimś klasztorze do czasu porodu.
Sceptycyzm Bolusia zaczynał ją męczyć. Co takiego mogło się wydarzyć? No najwyżej ojciec wygna chłopaka ze wsi, chociaż to mało prawdopodobne.
- Mój ojciec – zaczęła bezrefleksyjnie. – Trzyma w swoim gabinecie rodzinne klejnoty. W razie czego moglibyśmy sprzedać je i rozpocząć życie w innym mieście – realia były Stasi zupełnie obce, ale nie przejmowała się tym faktem.
Zagadnienie ojcowskich kosztowności, kiedyś mających przejść w jej posag, rzuciła wyłącznie dla uspokojenie chłopaka.
- Dobry pomysł – ożywił się Bolek. – Zrobimy tak… - w jednej chwili w oczach Stasieńki chłopak stał się bardzo władczy i jeszcze wspanialszy niż dnia, w którym uratował ją przed kurzym gównem. – Nie wspominaj rodzicom o mnie i dziecku. Wróć do domu, zabierz klejnoty, a potem uciekniemy razem ze Staraszewa.
Stasia okazała drobne zawahanie, ale ostatecznie przystała na plan ukochanego.

***


- Kto by chciał wychowywać bachora na tym klepowisku? – spytała rozzłoszczona Ilona. Nie czekając na odpowiedź dodała:
- Nie chcę być jak moja matka i jej koleżanki, których jedyną rozrywką jest poranne mielenie ozorem na rynku!
- Bardzo musiała cię ta Waciakowa zdenerwować – zaśmiał się.
- Męczy mnie po prostu to ukrywanie naszego związku. I co gdyby nawet o nas wiedzieli?
- Mogłoby dotrzeć jakoś do Stasi – wyjaśnił ostrożnie Bolek – i byłaby awantura na całą wieś.
Ilona wzruszyła ramionami. W zaistniałej sytuacji autentycznie chciało jej się beczeć.
- Zaufaj mi – powiedział, przytulając dziewczynę. – Córka Złowrogiego przyniesie mi dzisiaj jakieś pieniądze ojca i będziemy mogli uciekać stąd. Tylko ty, ja i nasze dziecko.
- Ona dla ciebie nic nie znaczy, prawda?
Dla Bolka niewiele rzeczy miało jakiekolwiek znaczenie. Ilona, Stasia, jedno dziecko, drugie dziecko. Tak naprawdę chciał opuścić wieś, zamieszkać w Katowicach, dorobić się. W tym planie nie było miejsca na nikogo poza nim samym.
- Nie – odparł chmurnie. – Tylko ty, ja i nasze dziecko.

***


Stasia wybiegła z domu do piersi przyciskając sakiewkę z klejnotami. Biegła na oślep z nieuzasadnionym uczuciem, że ojciec już wie o jej przewinieniu. Pewnie właśnie wyruszył za nią pościg! Och, odbiorą jej kosztowności, wygnają Bolusia, a ją wsadzą do więzienia. Zatrzymała się na końcu długiej kamienistej drogi i po raz ostatni spojrzała na dom rodzinny niknący w oddali.
Może powinna wrócić i przeprosić ojca? Nie! On niczego nie zrozumie! – tego była pewna.
Zeszła na ścieżkę prowadzącą między rzędami kukurydzy. Za dnia złociste rośliny, nocą przybierały upiorny brudno-żółty odcień. Każdy szelest wiatru pomiędzy ich liśćmi był jak szyderczy chichot.
W końcu stanęła przed chatą Bolka. Bolały ją nogi, z trudnością łapała oddech, a policzki płonęły od emocji. Intuicyjnie czuła, że z fryzurą również zadziało się coś niedobrego. Wszystko wszystkim, ale nie mogła tak pokazać się miłości swojego życia. Przed wejściem postanowiła doprowadzić się do porządku i wtedy usłyszała:
- Córka Złowrogiego przyniesie mi dzisiaj jakieś pieniądze ojca i będziemy mogli uciekać stąd. Tylko ty, ja i nasze dziecko.
- Ona dla ciebie nic nie znaczy, prawda?
- Nie.
Po tych słowach jakaś obca dziewucha opuściła dom Bolka. Stasia jeszcze przez chwilę zastanawiała się, co miało znaczyć to wyznanie. No jakby go nie interpretowała stawiało ukochanego w złym świetle.
Niewiele myśląc wpadła do domu robiąc Bolkowi awanturę jakiej w Staraszewie jeszcze nie widziano. W trakcie kłótni Stasia złapała za nóż i niczym bogini zemsty rozpruła nim brzuch niewiernego kochanka.
Trup leżał jakieś półgodziny, ale jego obecność wcale nie poprawiała nastroju Stasi. Procesy szaleńcze, niezwykle kreatywne, podsunęły dziewczynce makabryczny dodatek do zbrodni. Skradzione klejnoty postanowiła wepchać do brzucha chłopaka. Tak przyszykowane zwłoki wyniosła na pole.
W późniejszych legendach wspominano o tym, iż Złowrogi swoją ofiarę zawiesił na tyczce, aby imitowała stracha na wróble, ale w dużej mierze były to bzdury. Ciało było zbyt ciężkie, aby zawisnąć na lichej konstrukcji, a więc Stasia wyłącznie oparła denata o strzegącą pola kukłę. Ostatnim elementem wizualnym był worek, który założyła mu na niewierny łeb.
- No… Przynajmniej po śmierci się do czegoś nadasz! Będziesz odstraszał ptaki z pola! - zawołała, zanosząc się śmiechem godnym wariatki.

***


Mimo późnej godziny żaden z domowników nie mógł zasnąć. Florian i Wanda debatowali na temat przyszłości córki i jej wybranka. Hrabia chodził po sypialni kręcąc głową i przeklinając parobka. Jego żona powoli oswajająca się z myślą o stasiowej głupocie nazwała nawet jeden raz bękarta wnukiem. Z kolei Bernadetta wytrwale stała pod drzwiami podsłuchując. Była pewna, że nazajutrz w Staraszewie nastąpi eksplozja, chociaż nie wiedziała, że do ów eksplozji przyłożą się trupy.
Niezauważona przez nikogo Stasia wróciła do domu. Na całe szczęście dla niej podczas zażartej awantury nikt nie zwrócił uwagi na skradzione kosztowości. Mogła je odłożyć na miejsce, potem po cichu wrócić do pokoju, a Bolek niech idzie do diabła!
Oprzytomniała dopiero w ojcowskim gabinecie. Klejnoty spoczywały w brzuchu stracha na wróble i nic nie wskazywało na to, że zmienią one swoje miejsce pobytu. Tego co się stało już nikt nie cofnie. Bolek, ta świnia zdradził ją i oszukał.
Jak mógł? Po tym wszystkim, co przeżyliśmy razem? Lepiej byłoby dla wszystkich, gdybym wtedy zginęła pod wozem z gnojem – pomyślała.
Po tych słowach wyciągnęła z sejfu rewolwer Floriana. Zaśmiała się.
- Dzień porządków!
W szaleńczym pośpiechu dyktowanym zapewne utratą reszty rozumu wbiegła na korytarz, gdzie pierwsza napatoczyła jej się podsłuchująca pod drzwiami Bernadetta.
- Wywóz śmieci! – zachichotała, strzelając służącej w głowę.
Huk wywabił z sypialni Wandę. Kobieta nie zdążyła zareagować. Stasia strzeliła jej między oczy, a potem wbiegła do pokoju. Ojciec stał w oknie balkonowym w dość dziwnej pozycji. Szybko dotarło do Stanisławy, że w przeciwieństwie do matki, ojciec chciał uciekać przez balkon.
Widok kochanego taty na moment oprzytomnił ją. Z kolei Stasia w rozdartej sukience, rękoma do łokci zabarwionymi na czerwono, umorusaną twarzą i bajzlem na głowie przystopowała jego zamiary.
- Co się stało? Czyja to krew? – pytał, łapiąc córkę za nadgarstki.
Dziewczyna wypuściła z ręki broń.
- Zabiłam go… Tego chłopaka – wymamrotała. – Bolek… On…
- Nieważne – powiedział Florian. – Wszystkim się zajmę. Teraz najważniejsze jest, abyś wyjechała na jakiś czas.
- Chcesz mnie oddać?
- Nie. Musimy tylko uważać, żeby nikt nie dowiedział się, że ty i ten chłopak.
- Jesteś taki sam! – krzyknęła.
Szaleństwo na nowo owładnęło umysł Stasieńki. W amoku pchnęła ojca, a ten straciwszy równowagę wypadł za balustradę, aby finalnie zahaczyć głową o ostre pręty ogrodzenia. Stasia przez chwilę w ciszy przypatrywała się Florianowi pokracznie zwisającemu z płotu. Krew spływała na chodniczek barwiąc go na czerwono. Zaśmiała się. Po chwili chichot przeszedł w rozpaczliwy jęk.
- Ratunku! Ratunku! Mój tatuś morduje!
Rano Stanisława Złowroga opowiedziała o zdarzeniach mających miejsce nocą na ich dworku. Po tym jak ojciec dowiedział się o związku córki z parobkiem pojechał gdzieś na kilka godzin. Tu dziewczyna zaznaczyła, że obawia się o życie Boleczka. I zgodnie z jej przeczuciami miejscowe władze dokonały makabrycznego odkrycia na polu kukurydzy.
Po powrocie do domu ojciec zastrzelił panią Bernadettę, mamusię, a potem próbował odebrać życie córce, która w akcie desperacji wypchnęła go przez okno.
Z dnia na dzień na Stasię Złowrogą spadły obowiązki, z którymi wcześniej nie miała styczności. Lata mijały, a wspaniały dworek fragment po fragmencie niszczał, a ziemie należące do jej rodziny szponami wyrywało jej Staraszewo. Jednym co zostało po Złowrogich było wspomnienie okrutnego mordercy i jego ofiary, które nosiły nazwę Nocy Złowrogiego Czynu.
- Złowrogi wypełnił żołądek chłopaka słomą i kamieniami, a następnie powiesił go na polu jak stracha na wróble. Legenda głosi, że podczas żniw duch jego pierwszej ofiary opuszcza ciało kukły, w której jest więziony i szuka sprawiedliwości – skończył opowiadać Mikołaj Gorazda.
Mela i Paulina jeszcze przez chwilę milczały spoglądając na kolegę. W końcu przemówiła ta pierwsza:
- A wiecie, że Złowrogi jest przodkiem Jowity Pawlickiej?
Paulina wstrzymała się z komentarzem.
- Nic dziwnego – wzruszył ramionami chłopak. – Tutaj każdy jest spokrewniony z każdym.
- Podobno Dagmara – zaczęła nowy wątek – chce mianować Jowitę kapitanem Glonojadek.
- Bzdura! – wrzasnęła Paulina. – Mi obiecała kapitaństwo jako mvp.
- No nie wiem… Ostatnio na treningach bardzo chwali Jowitę.
- Przysięgam! – zaczęła się odgrażać. – Jak kapitanem zostanie glonozjeb to rozpętam piekło.

poniedziałek, 2 września 2024

Rozdział 24: Obóz podszyty strachem

 - W porządku - zawołał funkcjonariusz Damian Karaś wpadając do pokoju przesłuchań, w którym siedzieli Alicja i Artem. - Który z nas będzie złym gliną?
- Żaden - odparła posępnie Bielak.
- Któryś musi.
- Teraz? - spytała wściekła. - Przesłuchuję go od kilku godzin, a ty... - zacięła się. - Po co w ogóle pytasz o takie rzeczy przy nim?
Święcie przekonany o tym, że Artem nie rozumie ani słowa po polsku ksiądz usiadł z obrażoną miną w kącie pokoju i chwilowo, ani myślał zabierać głosu.
- Raz jeszcze... - westchnęła Bielak. - Gdzie byłeś w nocy z drugiego na trzeci lipca?
- To była Noc Złowrogiego Czynu - uzupełnił Karaś.
- Przyjechałem do miasta.
- Ktoś może to potwierdzić?
Artem spojrzał w brzydki stół ze sklejki i wzruszył ramionami. Z tamtej nocy zapamiętał kierowcę busa oraz policjanta. Nad ranem dotarł na farmę Korczaków, ale nie chciał robić problemów Barbarze. Była dla niego dobra, a więc mógł się odwdzięczyć i nie mieszać jej w sprawę bez konieczności.
- Wasz komendant.
- Ach, tak, a ja ci powiem jak było w rzeczywistości - przerwał mu Damian gotowy do odegrania roli złego gliny. - Tamtej nocy przypadkiem nakryłeś Pawlicką i Gorazdę na robieniu zbereźnych rzeczy i wtedy postanowiłeś ich zabić.
Artem głośno westchnął, rozkładając ręce.
- Z czoho wy zbyrajestesja mene obwynuwatyty?
Karaś przygotowany do kolejnej kwestii zamarł z otwartymi ustami. Ostrożnie spojrzał na przyglądającą mu się Bielak.
- Ukraiński?
- Kończyłeś tyle kursów - zaczęła ostrożnie policjantka. - Powiedz, że uczyłeś się także ukraińskiego.
- Jakoś... Jakoś tego nie miałem okazji - przyznał niechętnie.
Do tej pory Artem chętnie współpracował. Opowiedział o przyjeździe do Polski, dał na miary na koleżankę siostry, matkę, a także wyjaśnił, gdzie był kilka godzin wcześniej, gdy na obozie dochodziło do kolejnego ataku Złowrogiego. Liczył, że wykazując chęć pomocy organom władzy sam czegoś się dowie, a może odkryją nawet gdzie jest Daria? Jednak przede wszystkim chciał dowiedzieć się, dokąd policjant zabrał Jowitę. Nawet nie wyobrażał sobie, co musiała czuć w tej chwili dziewczyna. Chciał do niej popędzić, objąć ją i powiedzieć, że jest najważniejsza na całym świecie. A niech go skażą, ba, przyzna się do czego tam chcą. Niech tylko Jowita będzie bezpieczna. Teraz jednak stracił resztkę nadziei na szczęśliwe zakończenie. Dla policji był głównym podejrzanym. W najlepszym przypadku czekały go kolejne godziny przesłuchań, może adwokat, może ambasada. Już sam nie wiedział. W jakimś nieuzasadnionym akcie bezradności postanowił nie odpowiadać na kolejne pytania.
- Ja ne budu widpowidaty na żodni pytannja.
Do pomieszczenia wpadł komendant Czyż. Artem energicznie poderwał się z miejsca, ale na znak Alicji bezwładnie opadł na siedzenie.
- Gdzie jest Jowita? - spytał Artem.
Piotr nie odpowiedział od razu. Przymknął drzwi pokoju i zrobił ostrożny krok w stronę Artema.
- W bezpiecznym miejscu - rzucił - ale to bez znaczenia.
Jego tembr głosu, mimika twarzy, każdy wyważony ruch sprawiały, iż Karaś zazdrościł mu doświadczenia w odgrywaniu złego gliny.
- Powiem ci jak będzie dalej - nie przerywał, stając za plecami Artema. - Ciebie też wywiozę. Prosto do Katowic. Wsiądziesz w pociąg i już nigdy więcej o tobie nie usłyszymy, wy ponimajcie?
Dotsenko chciał zaprotestować, ale zdał sobie sprawę z tego, że znajduje się na przegranej pozycji.
- Nie chce komendant - wtrąciła Bielak.- Chcę żeby on zniknął ze Staraszewa. Chyba, że przyznał się do zabójstwa Iwony i tej małej - w nerwach zapomniał nazwiska Białej.
- Mamy świadków, z którymi spędził popołudnie i...
- Nie obchodzą mnie zeznania gówniarzy z obozu! Jutro... Właściwie to już dziś - spojrzał na zegarek. - Ma ich tutaj nie być.
Na więcej opieszałości miejsca nie było. Piotr zaciągnął Artema do radiowozu, a potem z piskiem opon odjechał sprzed komendy. Alicja i Damian odprowadzili ich wzrokiem.
- Wiesz co jest najśmieszniejsze? - spytał po chwili milczenia Karaś. - Uważam, że dzisiejsze działania nie zakończą krwawych żniw.
Mogła jedynie zgodzić się z nim w pełni.

***

Autokar przyjechał kilka minut po trzynastej. Opiekun wręczył Dominice jak uprzednio jakiś świstek do podpisania. Zorganizował przed busem szybką zbiórkę, policzył dzieciaki przed wejściem do busa, a potem drugi raz, gdy już wszystkie zajmowały swoje miejsca. W szczegóły morderczego lata opiekun nie miał zamiaru się zagłębiać. Możliwe, że przełożeni nawet nie poinformowali go o przyczynach skrócenia kolonii.
W każdym razie Rychlewska poczuła ulgę, iż zdecydowali nie zabierać się autokarem z dzieciakami. Wspólnie z Natalią postanowili opuścić przeklęty obóz dzień później. Raz, Kozłowska miała sporo bagaży i prawdopodobnie będzie trzeba zabrać Pusię, a dwa, Leszek nie miał zamiaru porzucać tu samochodu.
Zbiórka trwała około półgodziny. Rychlewska odprowadziła wzrokiem autobus, a potem wróciła do domku. Leszek od rana ślęczał nad dokumentami Modesta i nawet wejście Dominiki nie oderwało go od zajęcia.
- No to dzieciaki odjechały - westchnęła, siadając przy stoliku obok swojego chłopaka.
- Ehe.
- Właściwie to odleciały.
- No...
- Opiekun przyleciał na miotle, a resztę wakacji spędzą w Hogwardzie.
- Gdzie? - nie dosłyszał ostatniego słowa.
Dominika uśmiechnęła się.
- Masz już coś?
- Tak sobie myślę... To głupie, ale co jeśli motywem Artema była zazdrość? - spytał, oczekując jakiejś reakcji. - Może jego i Darię łączyło jakieś większe uczucie. Może był cholernie zaborczym bratem i nie chciał, aby ona tu przyjeżdżała. Wpadł w szał, gdy okazało się, że jego młodsza siostra spotyka się z Mikołajem i zabił ich oboje.
- Fajna teoria - przyznała Rychlewska. - Tylko co to ma wspólnego z anonimami Modesta, cytatem z Biblii, pozostałymi ofiarami - mogła jeszcze długo wyliczać.
- A, dzwoniła Natalia - przypomniała sobie wstając od stolika. - Pytała się, kiedy przyjedziemy?
Leszek z niechęcią spojrzał na walizki i stertę pogniecionych ubrań.
Na prośbę Kozłowskiej ostatnią noc mieli spędzić wspólnie w domu Pawlickich. Natalia nie chciała zostawać sama w pustym domostwie, zaś Leszek i Dominika nawet nie starali się już ukrywać odrazy do obozowych domków.

***


Po południu - już w komplecie - Natalia, Dominika i Leszek wybrali się do osiedlowego sklepiku. W planach mięli większe zakupy przed jutrzejszą podróżą do domu. Początkowo chcieli zrobić sobie wycieczkę do Katowic, ale potem zgodnie stwierdzili, że lepiej nie oddalać się od Staraszewa na wypadek powrotu Jowity.
- Byłam na komendzie, ale niczego się nie dowiedziałam. Komendant wywiózł Jowitę za miasto, a ten jego zastępca Bielak nie wie lub nie chce powiedzieć dokąd - skończyła relację Kozłowska.
- Podobno Artema też zwolniono - zagadnęła Dominika.
- Jeśli okaże się, że ten Ukrainiec jest Złowrogim... - zrobiła pauzę - przysięgam! Jeśli mojej kuzynce chociaż włos z głowy spadnie to osobiście go zatłukę!
Początkowo trwała w przekonaniu, że nie będzie potrafiła dogadać się z Jowitą. Ona fashionistka i kuzynka glonofan. Zbliżyły ich do siebie siatkówka oraz morderstwa. Przez ułamek sekundy odczuwała wdzięczność do stracha na wróble za makabrę, którą wtarabanił do miasteczka.
Byłoby zabawnie, gdyby zbrodnie zaplanowała Jowita, aby zbliżyć się do niej - pomyślała i uśmiechnęła się w duchu.
Na parkingu przed sklepem parkował Renault Clio. Przed samochodem stała Korczakowa i paliła papierosa. Jej wzrok utknięty był w pustą szosę biegnącą w stronę miasteczka.
Leszek przypomniał sobie o kupnie zapalniczki. Mógł też poprosić o ogień Barbarę, a przy okazji zapytać o Artema. Nie zrobił tego. Mechanicznie skinął kobiecie głową na dzień dobry i za dziewczynami podszedł do drzwi sklepu, przed którym stał jej synuś.
- Ty! Pyza! - rozległo się.
Leszek, aż podskoczył. Ostatni raz ktoś nazwał go tak na obozie Glonojadów.
- Pamiętam cię - przyznał z satysfakcją Maciuś Korczak. - Byłeś na tamtych koloniach! Ty i dwójka innych bachorów - mówiąc to spoglądał na dziewczyny. - Pyza, Szczypior i Beksa - dokonał identyfikacji, co gorsza poprawnej. - Ale was nie znosiłem - zachichotał.
Pozostałym nie trzeba było tłumaczyć. Maciuś był na tych samych koloniach i wyraźnie nie przepadał za Pyzą... znaczy Leszkiem.
Dominika i Natalia w napięciu wyczekiwały dalszego rozwoju wypadków. Maciuś zakończył jednak na poprawnej identyfikacji Pyzy po czym ruszył do auta matki. Trwała konsternacja.
- Pyza... - wymamrotała Dominika.
- Tak, byłem dzieckiem większym gabarytowo.
Natalia potwierdziła.
Leszek mógł jedynie dziękować, że przezwisko nadane mu na koloniach w Staraszewie nie pociągnęło się za nim do Lipek, a skisło w obozowym zarodku.
- To o to chodziło? - zapytała dla pewności Rychlewska. - To dlatego tak nie lubisz obozu? Przez tego matoła?
Chłopak poczuł ogromne zażenowanie.
- Nie... Nie chodzi konkretnie o niego... - tłumaczył, czując, że zaraz zapadnie się pod ziemię. - Nie pamiętałem, że akurat on był na tym obozie, ale właśnie przez takich jak on było nam ciężko.
- Wam było ciężko? - zirytowała się Natalia. - Weź się w garść! Od przeszło roku moje życie jest terroryzowane przez wariatów ganiających z ostrymi przedmiotami i jakoś nikt mi nie współczuje!
- Wszyscy jesteśmy podenerwowani - przyznała Rychlewska.
- Wiem co uspokoi Leszka! Po południu pójdzie z Pusią na spacer! Niech się trochę zmęczy przed wyjazdem.

***


Leszek przeglądał artykuły uparcie doszukując się jakiegoś wiążącego ich w całość motywu. Kolejne strony oferowały coraz to bardziej kuriozalne, w odczuciu chłopaka, treści jak bal seniora, zagubiony strój zawodniczki Glonojadek, taniec emerytowanej nauczycielki z kimś tam na imprezie charytatywnej. Matuszewicz odczuwał coraz większe zmęczenie i rosnącą chęć rzucenia segregatora w kąt. Potem nadeszła złość i przypływ nowej energii.
Jak to możliwe, że to cholerne miasteczko i cały obóz Glonojadów stoją mu ością w gardle? Pyza! Coś podobnego! Znowu ma wyjechać stąd w poczuciu przegranej? W życiu nie! Był pewny, że nie chodziło o niego jako o niego. Jasne, ktoś włamał się do ich domku, może nawet to był Rafał, pełna zgoda, ale dlaczego Złowrogi usiłował go zabić. Czegoś szukał? Co mogło być, aż tak ważne?
- Złoto, biżuteria, narkotyki - wymamrotał, spoglądając na artykuł o kontrabandzie.
Czynność logicznego myślenia zainicjowała się samoistnie. Odpowiedź spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Jak opętany rzucił się do telefonu. Próbując uspokoić drżącą rękę wybrał numer. Po trzech sygnałach odebrał brat.
- Cześć, Sławek. Mam sprawę.
I wtedy wszystko stało się jasne.

***


Początkowo Paulina Wojtkowiak planowała wymordować dzieciaki z Lipek w przekonaniu, że ma do czynienia ze zorganizowaną grupą morderców. Po wizycie u wuja Modesta straciła zapał, a część jej poczuła ogromną i co ważniejsze wzajemną sympatię do Konrada. Z chęcią słuchała wywodu Brzęckiego na temat skomplikowanych ról bohaterów slasherów z lat osiemdziesiątych.
- To mówisz - usiłowała zrozumieć koncepcję - że Jowita jest "final girl"?
- Jowita ma przetrwać do końca i stawić czoła mordercy.
Dziewczyna pokręciła głową z niedowierzaniem.
- To jakiś absurd. Skoro Złowrogi ustawia sobie plan i finałowa dziewczyna, czy glonozjeb nie jest przypadkowy to dlaczego na koniec podkłada się? Trzeba być idiotą.
- No, bo on... - zawahał się - nie ma świadomości, że przegra i...
- Chwila - znowu mu przerwała. - Nazywa mnie "mean girl", glonozjeba "final girl" i niby robi to nieświadomie? Nie ma rozumu, czy jak?
- Nie! - zaprzeczył. - To ja was w ten sposób określiłem dla ukazania schematu.
- Myślisz, że łatwo jest być "mean girl"? - obruszyła się. - Ktoś musi trzymać ten cały pierdolinik w ryzach. Myślisz, że cholerna Pawlicka dałaby sobie z tym radę?
Śliczna jest, gdy tak się złości - pomyślał Konrad.
- Gdybym to ja była Złowrogim zabiłabym wtedy Jowitę, a nie Mikołaja.
- Ja tam cię lubię - wymamrotał i szybko zmienił temat rozmowy. - Naprawdę nie wiedziałaś, że ten cały Mikołaj spotykał się z siostrą Artema?
Wojtkowiak na moment stanęła.
- Wierz mi, że byłam w szoku. Niby mój dobry przyjaciel, a nie wiedziałam, że miał... dziewczynę?
Paulinie trudno było określić stopień zażyłości pomiędzy Mikołajem, a Darią. Fotografia sugerowała pewną bliskość, ale co poza tym ich łączyło?
- Byłam przekonana, że znamy się bardzo dobrze, ale jak widać niewiele o nim wiedziałam - uśmiechnęła się melancholijnie. - Nadal nie rozumiem, dlaczego wtedy zabrał Jowitę na dyskotekę, a potem za miasto.
- Co masz na myśli?
- On jej nigdy nie lubił - rzuciła pośpiesznie. - Została nowym kapitanem, rozumiem, będzie musiał z nią współpracować, ale taka zmiana? Wcześniej wspólnie się z niej nabijaliśmy. Wierz mi lub nie, ale to on wymyślił "glonozjeba".
- Może robił to, bo przyjaźnił się z tobą i... - Konrad zdecydowanie lepiej radził sobie analizując postawę Pameli Voorhees niż pocieszając dziewczynę - w ten sposób popierał cię.
Resztę drogi nie mówili już nic. Chłopak odprowadził ją pod same drzwi domu.
- Ja też bardzo cię lubię - odpowiedziała.
I wtedy Konrad był pewien, że spotkał kolejną miłość swojego życia.

***


Od spaceru z Pusią można było dostać co najwyżej zadyszki. Chcąc utrzymać smycz Leszek musiał owinąć ją wokół prawego nadgarstka, czego potem miał żałować, zaś lewą uchwycił bliżej obroży. Pies sapał, z ogromną siłą, prąc do przodu. Chłopak nawet nie skupiał się na drodze, a na utrzymaniu bernardyna. W końcu minęli ogrody działkowe. Przed nimi otwierała się szeroka droga na łąkę. Dopiero tam Pusia zrobiła przystanek na obwąchiwanie kępy krzaków. W odległości kilkunastu metrów od nich stał dom Ernesta, a jeszcze dalej młyn.
- A więc to tutaj - powiedział do siebie Leszek.
Pusia zakwiliła, ale nie odstąpiła od nogi chłopaka nawet na krok. Jakby rozdarta między chęcią ruszenia dalej, a potrzebą postoju przy człowieku, szczeknęła nerwowo.
- O co chodzi? Czujesz coś?
Pusia szarpnęła do przodu. Matuszewicz postanowił zdać się na psa. Przeszli jeszcze kawałek i przystanęli w bezpiecznej odległości od obu budynków. W małym, brudnym oknie młyna tliło się światło. Wszystko wskazywało na to, że ktoś tam był. Pusia popiskiwała. Chłopak pociągnął ją za sobą w stronę domu Ernesta. Działka, podobnie jak młyn, była zaniedbana, ale nie sprawiała wrażenia opuszczonej.
Byłoby głupio wpaść teraz na Złowrogiego i dać się zabić - pomyślał.
Złe przeczucia wypełniły go na widok zaparkowanego za posesją samochodu Czyża. Kierowcy nie było widać.
Leszek zawahał się. To był ostatni moment na odwrót. Zdrowy rozsądek zagłuszyła nieracjonalna ciekawość.
Mimowolnie przywiązał smycz do lichego płoty nachodzącego na murek otaczający posesję.
- Zostań tu - wydał komendę Pusi.
Przeskoczywszy zrujnowane ogrodzenie zniknął w ciemnościach.

***


Wewnątrz domu dokonał mrożącego krew w żyłach odkrycia. Do wewnętrznej strony drzwi wejściowych przybity był trup. Leszek otworzył usta, ale opanował struny głosowe i nie wrzasnął. Uniósł drżącą rękę chcąc oświetlić telefonem twarz denata, a w tym wypadku denatki. To była Angelika Piekarz. Odruchowo zrobił krok w tył i wszedł na człowieka stojącego tuż za nim. W nerwach wydał z siebie zduszony krzyk.
- Aaaa...
- Nie krzycz, bo jeszcze nas usłyszy - wyszeptał Piotr Czyż. - Jak tu trafiłeś?
Matuszewicz zignorował pytanie. Teraz najważniejsze było zadzwonić na policję. W końcu znalazł zwłoki w zdaje się opuszczonym domu, a w dodatku w sprawę zamieszany był komendant. Należało zatelefonować po kogokolwiek.
Komendant sięgnął do kabury w możliwie najbardziej pokazowy sposób. To było jak ostrzeżenie. On nie zadzwoni do nikogo, a w zamian policjant nie zastrzeli go. Leszek spokojnie schował telefon do kieszeni.
- Gdzie jest Jowita?
- W młynie. Chodźmy do niej.
Chłopak okazał niewielkie zawahanie. Istniały dwa rozwiązania. Mógł zażądać kategorycznego zawezwania posiłków, lub grać głupka, który przypadkowo trafił w okolice młyna.
- To Artem Dotsenko - powiedział Czyż. - On jest Złowrogim - kontynuował. - Miałem odwieźć go na peron, ale zaatakował mnie i uciekł.
Dopiero teraz zwrócił uwagę na niechlujny wygląd policjanta zdradzający, że wcześniej lał się z kimś po mordzie.
- Rano wezwę Bielak, ale póki on gdzieś tam jest nikomu z nas nie wolno ruszać się z młyna, zrozumiano?
Przytaknął mechanicznie. Takiego wała, że nie spróbuje uciec i skontaktować się z Dominiką. Bez względu na to, czy policjant był związany ze Złowrogim, czy nie, miał na sumieniu czyny, do których ujawnienia nie chciał dopuścić.
Drogę do młyna przeszli w grobowej ciszy. Nastolatek miał setki pytań, ale przezornie gryzł się w język.
Przekraczając próg zauważył nadciągającego w ich stronę stracha na wróble. Potem zapadła ciemność.

***


Leszek ocknął się na przegniłej podłodze. Zdrowy rozsądek ustrzegł go przed gwałtownym ruchem. W tle słyszał dwa męskie głosy, z których jeden z pewnością należał do Czyża, drugiego nie potrafił zidentyfikować. Ostrożnie poruszył nogami. Były związane. Na całe szczęście ręce miał swobodne. Ze spokojem rozejrzał się po pokoju. Na środku znajdowało toporne urządzenie do mielenia zboża, a tuż obok krzesło, do którego przywiązali dziewczynę. Jej głowa bezwładnie opadała w dół, a włosy przykrywały twarz. Mimo to bez problemu rozpoznał w niej Jowitę.
Pod ścianą stała komoda rozświetlana przez lampę naftową. W jej bladym świetle widział sylwetki tych, którzy rozpętali mordercze lato.
- Jowita... Jowita... - wyszeptał w nadziei, że zbiry go nie usłyszą.
Dziewczyna uniosła głowę. Piotr wstał z miejsca i spokojnym krokiem podszedł do leżącego na ziemi chłopaka. - Długo oboje spaliście - zauważył.
Ukucnął nad Matuszewiczem i zdecydowanym szarpnięciem poprawił supeł na jego nogach. Złowrogi w dalszym ciągu nie zmieniał pozycji ostrząc ostrza przymocowane do ręki.
- Czego od nas chcecie? - zadała pytanie Jowita.
- Chodzi o kontrabandę, prawda? - odpowiedział pogardliwie Leszek. - Ty, Daria, Grażyna i Mikołaj zajmowaliście się szmuglerką przez granicę. Wyrąbałeś pozostałych z nowym wspólnikiem - spojrzał na stracha na wróble.
Nie miał zamiaru dłużej ukrywać swojej wiedzy. Pozostawało im grać na zwłokę.
- A więc jednak miałeś ten list - westchnął Piotr. - To już bez znaczenia - machnął ręką.
Złowrogi podszedł do Jowity. Z największą delikatnością pogładził dziewczynę po policzku po lewym policzku, zaś dłonią przysposobioną w broń, tak bardzo nasuwającą skojarzenie ze szponami Freda Kruegera przycisnął do jej ramienia. Nie chciał jej jeszcze zabijać. Najpierw musiała poznać prawdę.
Zaczął odpinać maskę. Szara, workowata twarz spadła na ziemię ujawniając tożsamość mordercy.
Dziewczyna usiadłaby z wrażenia, gdyby już nie siedziała.
- No co tak się gapisz? - spytał z rozbawieniem Złowrogi. - Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.
Istotnie. Stał przed nią duch Mikołaja Gorazdy.
- Wtedy widziałaś tylko to, co chcieliśmy ci pokazać - Piotr udzielił pokrętnej odpowiedzi.
Jowita po raz kolejny wróciła pamięcią do Nocy Złowrogiego Czynu. Widziała jak Mikołaj walczy z napastnikiem, potem uciekła. Nie widziała już jak ofiara wstaje, jej miejsce zajmują zmasakrowane zwłoki Ernesta, a w końcu jak Piotr zmienia kostium mordercy na mundur.
- Jako pierwsza ofiara Złowrogiego byłem poza wszelkimi podejrzeniami - wyjaśnił. - Mogłem zabijać kolejne osoby, a w razie jakichś obsuw Piotrek zawsze mógł sprowadzić śledztwo na manowce.
- Tylko po co? - odezwał się Leszek, który zdążył przemienić pozycję z leżącej na siedzącą.
- Dla odwrócenia uwagi - wyjaśnił Gorazda. - Grażynka chciała się wycofać, a więc należało ją wyeliminować z układu.
- Z tym, że to mała miejscowość i ktoś od razu powiązałby nas z jej śmiercią.
- Dlaczego akurat ja?
- Mówiłem prawdę - przyznał. - Uważam cię za wyjątkowo ważną i chciałem, abyś to ty stanęła na świeczniku. Studiując historię Staraszewa dowiedziałem się kilku ciekawostek. Twoim pradziadkiem był Florian Złowrogi, a moim chłopak, którego zamordował. Pomyśl o tym szalonym zwrocie akcji - mówił z fascynacją. - Potomek ofiary zabija wnuczkę mordercy.
- Prosty scenariusz trochę się pokomplikował - przyznał Czyż. - Rusek miał przyznać się do bycia Złowrogim w odwecie za śmierć siostry. Miał zamordować Pawlicką, a następnie miał zginąć z mojej ręki. Tym samym zostałbym bohaterem, a krwawe żniwa zostałyby ukrócone. Niestety chwilowo uciekł i potrzebujemy nowego planu.
- Darię też zabiliście?
- To był wypadek - przyznał Mikołaj. - Bo wiecie... Ja i ona spotykaliśmy się ze sobą. Daria nam pomagała, ale w pewnym momencie postanowiła odejść, gadała coś o ojcu, a ja nie mam cierpliwości do takich bredni i udusiłem ją.
Po tych słowach o pomieszczenia wpadł Artem. Wykorzystując kilka sekund przewagi nad zaskoczonymi mordercami powalił policjanta na ziemię. Mikołaj z rozbawieniem spoglądał na walczących i wszystko wskazywało na to, że nie ma zamiaru interweniować. Leszek rozpoczął rozwiązywanie sznura. Był już wolny, gdy wystrzeliła broń.
Czyż użył resztek sił, aby zepchnąć z siebie Artema. Mechanik zachwiał się i upadł na plecy tuż obok Jowity. Nie było więcej czasu. Matuszewicz zerwał się na równe nogi.
- Wrócę z pomocą - krzyknął do Jowity i popędził do drzwi.
Piotr usiłował wstać, ale nie mógł. Kurczowo ściskał brzuch, a spod rąk wyciekała krew.
- Do cholery! On ucieka! - wrzasnął przez zęby.
Mikołaj z najwyższym spokojem wymierzył wspólnikowi cios widłami. Ostre szpony przeszyły jego szyję na wylot. Policjant przestał ściskać ranę. Bezwładne ciało opadło na ziemię.
- Już cię nie potrzebuję - stwierdził Złowrogi i ruszył za uciekinierem.

***


Leszek wybiegł z młyna. Intuicyjnie uznał za dobry pomysł schować się i odczekać chwilę, niż biec prosto do samochodu Czyża. Spokojnym krokiem obszedł młyn klejąc się do ścian. Wtedy z mroku wyłonił się Mikołaj. Gdyby nie przeraźliwy krzyk prawdopodobnie dopadłby ofiarę bez problemu. Leszek gwałtownie skoczył do tyłu, poślizgnął się na trawie i upadł na kolana. Tuż nad jego głową przeleciało ostrze. Nie tracąc czasu na wstawanie zaczął brnąć do przodu po czworakach. W pewnym momencie jego dłoń ugrzęzła w błotnistym stawku. To był koniec drogi. Przed nim rozpościerało się błotniste bagno, a za nim szedł Mikołaj.
Mógł zaryzykować, rzucić się na Złowrogiego albo spróbować przeprawy przez ohydne, szlamowe jeziorko.
- Zdechniesz na tym obozie! - powiedział ze satysfakcją Mikołaj. - Jakie jest twoje ostatnie słowo? Bądź bardziej oryginalny od swoich poprzedników!
Matuszewicz zamilkł, najwyraźniej obmyślając ostatnie słowo.
- Pusia - wyszeptał.
- Co tam pieprzysz?
- Pusia! Pusia, do nogi!
Dwa razy nie musiał tego powtarzać. Wielkie monstrum uwiązane do lichego płotu zerwało się. Sto kilogramów żywego szczęścia pędziło w kierunku Leszka nie zważając na fakt, że w linii prostej stał Złowrogi. Uradowana widokiem kija do aportowania (tak postrzegała broń uniesioną do góry) wyskoczyła do góry. Bernardynka złapała za rękę i mocno szarpnęła do dołu.
Mikołaj zawył z bólu czując jak szczęki rozrywają kruchą dłoń. Wyrwawszy się z uścisku skoczył do przodu i tracąc równowagę zanurkował w bagnie. Zachłystując się brudną wodą zniknął z tego świata po raz drugi. Tym razem na zawsze.
Przeszczęśliwa Pusia polizała Leszka, a potem dostojnie wdreptała do młyna, gdzie czekali Jowita i Artem.

***


Pod wieczór następnego dnia udało się zgromadzić wszystkich zainteresowanych morderczym latem w domu Pawlickich. Pusia jako bohaterka wyciągnęła się na honorowym miejscu na kanapie. Jowita nie miała serca zganiać psa. Sama bernardynka nie rozumiała zamieszania wokół własnego jestestwa, ale z zadowoleniem przyjmowała pochwały od każdej przychodzącej w gości osoby.
Barbara z synem usiadła przy stoliku do kawy, obok księdza Karasia. Oboje mimo śmiertelnego pogniewania z czasem zaczęli wymieniać się spostrzeżeniami na temat krwawych wydarzeń. Korczakowa wysunęła propozycję likwidacji policji i zastąpienia jej strażą sąsiedzką, zaś proboszcz przyznał, nie chwaląc się, iż od początku podejrzewał komendanta Czyża oraz martwego Mikołaja.
Obolały Artem został usadowiony przez Jowitę w fotelu, zaś ona sama usiadła na ramieniu fotela, co jakiś czas upewniając się, czy Artemowi jest wygodnie. Kasia i Mela dopiero po dłuższej chwili zauważyły, że trzymają się za ręce.
Spotkanie opóźniło się o kwadrans przez Zosię, Konrada, Adriana i ciecia.
- Coraz mniej podoba mi się ten samochód - stwierdził na wstępie Brzęcki zajmując miejsce przy stole obok Pauliny i jej ojca.
- Od razu mówiłam, że to gruchot! - nastroszyła się siostra.
Korba wykorzystał moment nieuwagi i wślizgnął się za stół pomiędzy Alicję i ciecia. Zosi pozostało jedyne wolne miejsce obok Debezeta.
- Zaczekaj, aż się dowiesz kilku szczegółów - odparła obiecująco Dominika.
Konrad spojrzał pytająco na Paulinę. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami. Do staraszewian dotarły szczątkowe informacje większość wzięła za głupi żart. Mikołaj Gorazda, pierwsza ofiara morderczego lata, miał zmartwychwstać. Na następny dzień plotki przybrały na sile; pojawiła się osoba komendanta uwikłanego w aferę oraz Złowrogi.
- Wszystko wyjaśnię - obiecał Leszek. - Niech tylko wszyscy się zbiorą w domu Jowity.
- Artem - zagaiła Natalia. - A ty wracasz na Ukrainę?
- Muszę jechać, porozmawiać z matką, ale wkrótce wrócę - zapewnił.
Natalia przyjrzała mu się badawczo. Nieusatysfakcjonowana odpowiedzią była gotowa drążyć dalej, gdyby nie Dominika:
- Zostaw ich. Oni świata nie widzą poza sobą.
- Czy możemy wreszcie porozmawiać o tej aferze? - wtrąciła zniecierpliwiona Alicja. - Wiele rzeczy nie daje mi... nam - rozejrzała się po salonie - spokoju, a mam wrażenie, że ty rozwiązałeś zagadkę.
Leszek wyjął łyżeczkę z kawy. Chciał filozoficznie westchnąć, ale zamiast tego uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową.
- Zaczęło się od grupy przemytników, do której należeli Grażyna, Piotr i Mikołaj. Szajka przewoziła narkotyki z Polski na Ukrainę i z powrotem. Początkowo przewozili je w skradzionym samochodzie
- Krysia? - wymamrotał Konrad.
Leszek przytaknął. Fakt pierwszy został przedstawiony.
- Nie wiem dlaczego, ale zmienili sposób przekazywania towaru - kontynuował - któreś z nich ukrywało narkotyki w strachach na wróble Korczaków. Potem przychodził kurier i zabierał jego zawartość, często z całą kukłą.
- Ha! Mówiłem, że nie ja kradłem i niszczyłem te twoje głupie strachy! - zawołał z satysfakcją Krzysztof. - Teraz powinienem ci proces wytoczyć o zniesławienie!
Barbara zagrzała się w środku, ale za prośbą księdza nie odpowiedziała.
- W czerwcu zginął ostatni strach na wróble, a więc wtedy poszła ostatnia partia narkotyków - przypomniała sobie Bielak.
Maciuś pokiwał głową na potwierdzenie.
- Dlaczego akurat strachy na wróble? - spytał zaintrygowany Adrian.
Na pytanie nie znaleźli jednoznacznej odpowiedzi. Według Pauliny Mikołaj miał obsesję na punkcie historii miasteczka, a brutalna legenda Złowrogiego mogła mu posłużyć za wzór. Jednak większość uczestników dyskusji opowiedziała się za praktycznymi aspektami kryjówki na widoku będącej poza wszelkimi podejrzeniami.
- Interes kwitnął, aż do przyjazdu Darii - mówił i w tym miejscu pałeczkę przejęła Jowita:
- Ona zakochała się w Mikołaju i zaczęła mu pomagać. Dokładnie nie wiemy na czym ta pomoc polegała, ale...
- Chwila! - przerwała Bielak. - W pierwszej kolejności, skąd ona się tu wzięła? Rozumiem, że szukała waszego ojca - spojrzała na Artema - ale jakim sposobem dotarła właśnie tutaj!
Wywołany do tablicy Dotsenko podjął wątek:
- Nasz ojciec był, tak myślę, poważnym elementem tej grupy, dawno. Był kierowcą, ale zarabiał bardzo dużo. W tamtych czasach nigdy nam niczego nie brakowało. Możliwe, że Daria odkryła prawdę i chcąc go odszukać przyłączyła się do tej grupy. Nie wiem, czy tak było... Mogę przypuszczać.
- W pewnym momencie Daria postanowiła odejść - kontynuował Leszek. - Napisała list do matki, w którym wyjaśniła wszystkie okoliczności, o których opowiedziałem.
- Ale ten list nie dotarł - przypomniał Artem.
Leszek wyjął z kieszeni złożoną na pół kopertę, a następnie podał ją Artemowi. Ukrainiec ścisnął ją w dłoni, ale nie odważył się otwierać jej przy wszystkich. Jeszcze nie teraz. Może lepiej po prostu przekaże go matce.
- Daria nie miała pojęcia, że Grażynka jest częścią grupy. Pocztowa przekazała list Mikołajowi, a ten napadzie szału zabił dziewczynę.
- Dobra! To jedno morderstwo sprzed roku, a co z resztą? - przerwał mu Adrian.
- Grażyna wiedząc o morderstwie dokonanym przez Mikołaja postanowiła przyznać się do wszystkiego - opowiadał Matuszewicz. - Dlatego panowie postanowili pozbyć się także jej, ale nie mogli zrobić tego od tak sobie, bo ktoś od razu powiązałby ich z jej śmiercią, a może i kontrabandą. Wszystko, co nastąpiło potem było częścią ich teatrzyku; Jowita miała być świadkiem zabójstwa Mikołaja, potem ginęły kolejne osoby i śmierć pocztowej stała się numerkiem w statystyce zgonów.
- Idioci - skomentowała gorzko Natalia.
- A cytat z Biblii? - dopytał Karaś.
- Kolejne odwrócenie uwagi - machnęła ręką Zosia.
- Czyli Piotr przebrał się za Złowrogiego i zabił Mikołaja na niby, a potem podłożyli zwłoki Ernesta? - podsumowała Barbara. Z uznaniem wymieszanym z trwogą spojrzała na księdza.
- Przyznam, że coś mi nie spasowało w pewnym momencie - Leszek postanowił podzielić się z grupą swoją największą wątpliwością. - Podczas ataku na mnie Złowrogi miał broń przymocowaną do dłoni za pomocą jakiegoś drutu. Ubranie tego musiało zajmować sporo czasu. Czyż nie miał czasu na takie ceregiele i w noc złowrogiego czynu trzymał broń w ręku - tłumaczył. - Albo Jowita kłamała, albo musiało być ich dwóch. I wybacz, Artem, myślałem, że jednym z nich jesteś ty.
Niespecjalnie przejęty podejrzeniami mechanik pojednawczo skinął głową.
- Bezsensowny plan - zaopiniował Konrad. - W tym miejscu Mikołaj był już trupem i nie mógł cudownie wrócić do życia.
- A kto powiedział, że chciał? Z pewnością swoje zarobił na szmuglerce.
- Ważne, że wszystko skończyło się dobrze - westchnęła Mela.
- Chciałabym jeszcze wiedzieć, jak znalazłeś się w posiadaniu listu Darii - przypomniała Dominika. - I czy to miało związek z włamaniem na obóz?
Po prawdzie Leszek liczył, że uda mu się przemilczeć dowód własnego, bezdennego idiotyzmu, który w tak piękny sposób ustawił go na celowniku Złowrogiego.
- Ludzie roztargnieni - rzucił hasło.
Widząc, że to nie wystarczy jako tłumaczenie postanowił rozwinąć wątek:
- List Darii był cały czas na poczcie. Grażyna, nie wiem dlaczego, ale trzymała go na wierzchu. Omyłkowo sprzedała mi list wraz z kopertami, a ja... - zaciął się - no, nie zwróciłem uwagi i wysłałem go do brata.
Zapadło milczenie.
- Lechu - odezwał się Konrad. - Nie chcę nic mówić, ale przez ciebie znowu czepiał się nas morderca.
- Posłuchajcie dalej - powiedział zachęcająco - Grażyna zorientowała się w swojej pomyłce i powiedziała o tym Piotrowi.
- Ja! Ja! To ja ich na tym przyłapałem! - ożywił się Debezet.
- Złowrogi pozbył się Grażyny, ale pojawił się kolejny problem czyli szantażysta. Łatwo było domyślić się, że anonimowe listy do Czyża wysyłałem ja, bo kto inny mógł znać ich sekret? Najpierw włamali się do nas w poszukiwaniu listu, a potem postanowili usunąć mnie raz na zawsze.
- A tymczasem za anonimowe wiadomości był odpowiedzialny wuj Modest - skwitowała Natalia.
- Szkoda, że nie znalazłem tego listu wcześniej - przyznał. - Chętnie zabawiłbym się w szantażystę dla zabicia czasu i zawsze to jakaś rekompensata za próby uśmiercenia mnie.
- Czego byś zażądał?
- Darmowych znaczków - odparł z powagą.
- Skąd Modest dowiedział się o tym gangu? - zapytała Paulina.
- Czy w ogóle posiadał jakieś sensowne informacje? - wtrąciła Kozłowska.
- Tego już się nie dowiemy - westchnął Leszek. - Te anonimy były o kant dupy potłuc, "proszę zaprzestać działań" - zacytował. - To mogło tyczyć się wszystkiego, ale spanikowani mordercy uznali, że ktoś odkrył ich sekret.
- Mógł faktycznie coś wiedzieć - przerwał Konrad. - Pod siedzeniem Krysi znalazłem fotografię. Myślałem, że para ze zdjęcia to jakaś rodzina wujka, dlatego mu ją oddałem. Być może - teoretyzował - powiązał Mikołaja i Darię z większą aferą.
Spotkanie przedłużyło się do późnych godzin nocnych. Ostatni goście wyszli nad ranem.

***


Mordercze lato dobiegło końca. Reszta sierpnia upłynęła spokojnie. Mieszkańcy miasteczka z czasem pchną w niepamięć zbrodnie dokonane przez Złowrogiego. Zaczną cieszyć się codziennością i przypominać sobie te dobre rzeczy. Jednak gdzieś tam na w cieniu zawsze będzie istniał nieuzasadniony lęk przed potworem. Staraszewo, tak jak wcześniej Lipki i Bursztynowo, zostało naznaczone ciężką zbrodnią i już zawsze w ustach będzie czuło posmak krwi.
Alicja Bielak została nowym komendantem policji, zaś ksiądz Karaś awansował na starszego posterunkowego, co sam ogłosił na niedzielnej mszy. Korczakowa i Wojtkowiak zaczęli spoglądać na siebie przychylniej i chociaż co jakiś czas nieposkromiona natura pani Barbary domagała się kłótni, zgoda wracała szybko. Artem wyjechał na Ukrainę, ale już po kilku tygodniach wrócił do Polski, za pracą jak potem mawiał. Nie musiał więcej obawiać się ciemności, bo ta zniknęła bezpowrotnie. Kochał Jowitę, a ona jego.
Drużyna Glonojadek nie odpuściła. Brakującą, szóstą, zawodniczkę w ostatniej chwili zastąpiła Natalia. Cel Jowity został spełniony - siatkarki wygrały turniej gminny.
- Do boju, Glonojadki! - zawołała Jowita. - W przyszłym roku sięgniemy po puchar powiatu!