poniedziałek, 22 lipca 2024

Kasia "Biała"

 UWAGA! SPOILERY! 

Kasia "Biała"

Debiut
Kuzynka (Slasher 3. Mordercze lato, rozdz.1)
Ostatni występ
Czy boisz się ciemności, Artem? (Slasher 3. Mordercze lato, rozdz.7)
Kill count
0
Wiek
16
Zawód
Uczennica
Miejsce zamieszkania
Staraszewo
Ulubiony slasher
The Midnight Meat Train (2008)
Status
Nie żyje
Relacje Jowita (koleżanka z drużyny)
Kasia (koleżanka z drużyny)
Paulina (koleżanka z drużyny)
Mela (koleżanka z drużyny)
Lidka (koleżanka z drużyny)
Zosia (koleżanka z drużyny)
Adrian (trener) 
Natalia (trenerka)

 

Historia

Slasher 3. Mordercze lato

Należy do drużyny siatkarskiej Glonojadki. Zostaje zamordowana w piątek trzynastego.

Cytaty:

Zosia o dziewczynach z drużyny (Slasher 3. Mordercze lato, rozdz.6):

"W zasadzie to nie lubiła żadnej z Glonojadek i tylko ze względu na Adriana hamowała emocje, w których natłoku miała ochotę ugryźć jedną lub dwie z tych dziewczyn".

Ciekawostki:

W drużynie jest liberto.
Ginie w piątek trzynastego. 

Rozdział 23: Czy boisz się ciemności, Artem?

Piotr, Zosia i Natalia dotarli na posterunek policji w rekordowym czasie. Komendant natychmiast rozdzielił zadania pomiędzy podwładnych, a sam poszedł do swojego gabinetu, aby odsapnąć choć na moment. Było blisko. Nie było wątpliwości, że tym razem Złowrogi przyszykował zasadzkę na niego. Po chwili zreflektował się - nie mógł wykluczyć przypadku. Ofiarą miał być Modest, a on i te dwie dziewczyny znaleźli się tam w złej godzinie. Z trudem przekonał siebie do uwierzenia w taką wersję, a teraz musiał sprawić, aby inni również w nią uwierzyli.
- Jechać na działkę Modesta szukać śladów, robić obławę - grzmiał do słuchawki telefonu. - Kurwa jasna! To już przekracza granice!
W międzyczasie Alicja ściągnęła na komisariat Iwonę i Konrada oszczędzając im makabrycznych szczegółów. Trójka świadków oraz ich bliscy trafili do pokoju przesłuchań i wtedy nastąpił chaos.
Najpierw trajkotała Natalia, a potem Iwona. Konrad wysnuł teorię o zemście, na kim i w jakim celu, nie potrafił wyjaśnić. Zwrócił też uwagę, że ciotka i bratanica są do siebie bardzo podobne, jeśli chodzi o słowotok występujący w stresowych sytuacjach. Zosia nie mówiła nic. Piotr łapał się za głowę, a Alicja rozważała przejęcie artykułów piśmienniczych na swoją stronę biurka dopóki funkcjonariusz Karaś przebywał na plebanii.
Jedyną dobrą rzeczą była możliwość odrzucenia wersji księdza o tym, iż strach na wróble atakuje ludzi przebywających na dawnych ziemiach Złowrogiego. Śmierć Modesta na działce wyłamała się ze wzoru i ostatecznie potwierdziła nieprawdziwość teorii. Alicja z żalem spojrzała na ukochane biurko pod oknem. Przehandlowała je za hipotezę, która dziś okazała się bzdurą.
- Ta sprawa jest bezsensu - stwierdził chłodno Konrad.
- Dlaczego tak uważasz?
- Bo żaden trop nie łączy się z pozostałymi - fuknął poirytowany. - przypadkowe morderstwa, ataki na obóz, cytat z Biblii. A podejrzani? Wszyscy i nikt!
Zapadła cisza.
- Czego szukaliście u Modesta? - zabrała głos Iwona.
Piotr i Natalia spojrzeli po sobie. Policjant nie miał zamiaru tłumaczyć się ze swoich działań, a na samą myśl o powtórce rozmowy jaką odbył z Natalią przed domem wujka cierpła mu skóra.
- No... - ponaglił delikatnie Konrad.
Niespodziewanie sekret uratowała Zosia.
- To wszystko wasza wina! - ryknęła rozgoryczona.
- Jak to moja? - obruszyła się Natalia.
- Idiotka! Mówiłam, żebyśmy wzięły ze sobą jakąś broń! A ty nie lepszy - spojrzała na Czyża. - Kto cię uczył strzelać?! Trzy razy chybiłeś! Nie dziwota, że jakiś wariat morduje ludzi, jeśli każdy tutaj prezentuje koncertowy poziom nieudolności!
Temat spotkania z Modestem nieświadomie zszedł na dalszy plan na rzecz nieudolności. Trudno było powiedzieć na ile świadomie Zosia odwiodła grupę od właściwego tematu. Rzekomy romans policjanta z pocztową nie obchodził jej. Irytował zaś fakt, że nie udało jej się dorwać Złowrogiego, a tylko dlatego fatygowała się z Natalią do Modesta.

***


W międzyczasie obóz Glonojadów żył własnym życiem. Jowita i Leszek oddelegowali młodych obozowiczów do domków A3 i A5 jako tych w najbliższym sąsiedztwie z chatką opiekunów, w której zamierzali czekać na jakiekolwiek wiadomości od Iwony. Po telefonie od Bielak, pani Pawlicka rzuciła wszystko, wsiadła w samochód i odjechała w pośpiechu. Ze strzępkami informacji przybył Adrian Korba. O sprawie wiedział tylko tyle, że chodziło o Zosię, a Konrad miał natychmiast stawić się na komisariacie w Staraszewie. Dominika zaparzyła herbatę, a następnie usiadła w oknie, spoglądając na sąsiedni domek.
- Dzisiaj nie zmrużę oka - powiedziała. - Co jak ten wariat właśnie atakuje dzieciaki?
- Jest za cicho.
- Długo ich nie ma - mruknął Adrian. - Weź, spróbuj zadzwonić raz jeszcze - nakazał, szturchając Leszka.
- Co cię łączy z Artemem? - spytała nagle Dominika.
Jowita, aż podskoczyła na dźwięk jego imienia.
- My... Nic nas nie łączy.
- Nie chcę być złośliwy, ale mam wrażenie, że za tym wszystkim stoi właśnie Artem - zaopiniował Leszek, ukradkiem obserwując reakcję dziewczyny.
Reakcja była żadna.
- Za morderstwami? - wolał upewnić się Adrian.
W Staraszewie działo się wiele. Najważniejszym tematem były morderstwa, okazjonalnie wspominano włamanie na obóz Glonojadów, nieśmiało plotkowano o romansie komendanta i pocztowej, coraz mniej mówiono o kradzieży strachów na wróble z pola Korczaków.
Leszek przytaknął.
- To nie on.
I na potwierdzenie również żadne opowiedziała o zaginionej siostrze Artema. Historii jednak nikt nie potrafił potwierdzić.
- Mam szalony koncept - powiedziała rozweselona Dominika. - A co jeśli Daria jest naszym mordercą? Może na przykład, mści się za coś.
Adrian pokręcił głową.
- Za co? Zresztą to bezsens... Zniknęła kilka miesięcy temu i powróciła?
- Konrad przytoczyłby przykład Jasona Voorheesa - odparł Leszek w obronie swojej dziewczyny.
Jowita zmarszczyła brwi.
- Chyba widziałam ten film - przyznała ostrożnie. - To tam, gdzie morduje chłopiec porzucony w lesie?
- To niekoniecznie głupia myśl - kontynuowała zupełnie poważnie Dominika. - Mogła potrzebować czasu na przygotowanie się do zbrodni.
Korba machnął ręką.
- Jowita, a pamiętasz broń jaką cię zaatakował? - wyrwało się Leszkowi.
- Widły, ale krótkie.
- Trzymał w ręku?
Pokiwała głową.
- A co się pytasz? - zainteresował się Adrian.
Matuszewicz wzruszył ramionami.
- Tak tylko pytam z ciekawości.

***


- Komendancie - zaczęła niepewnie Iwona po wyjściu z pokoju przesłuchań. - Mam do pana ogromną prośbę.
Piotr przystanął w drzwiach i intuicyjnie odczekał, aż Konrad, Zosia i Natalia oddalą się.
- Słucham.
- Jeśli coś mi się stanie... - głos kobiety złamał się.
- Nic pani się nie stanie - powiedział to odruchowo.
W rzeczywistości już dawno stracił panowanie nad czymkolwiek. Przekonywał się, że jest inaczej, że prowadzi śledztwo, a morderca już wkrótce przestanie komukolwiek zagrażać, ale nie miał pewności.
- Tego pan nie wie - mówiła jakby czytając w jego myślach. - Ten potwór już celował w obóz, a jeśli coś mi się przytrafi chciałabym, aby moja córka była bezpieczna. Niech pan mi obieca, że za wszelką cenę ochroni Jowitę.
Co mógł odpowiedzieć? Przytaknął bezmyślnie, a potem odprowadził ją do wzrokiem do samochodu.
- Gdzie jest Karaś? - spytała rozgniewana Alicja.
- Nie wiem, a na co ci on?
Bielak wzruszyła ramionami. Wtedy tchnęło ją pytanie, które miała mu zamiar zadać już dawno temu.
- Pamięta pan komendant Noc Złowrogiego Czynu?
Tym razem to on wzruszył ramionami.
- Miał pan wtedy dyżur na komisariacie - przypomniała pośpiesznie. - Potem zadzwonił pan po mnie od lekarza, że przywieźli młodą Pawlicką.
- Do rzeczy.
- Gdzie pan wtedy był?
Czyż jakby przebudzony z letargu spojrzał na Bielak.
- Jak to gdzie byłem? - warknął poirytowany. - Z Jowitą i tą dwójką dzieciaków w szpitalu!
Alicja poczuła się nieswojo. Nadal nie uzyskała odpowiedzi na swoje pytanie. Czuła, że nie chce i nie powinna drążyć dalej, ale pewna sytuacja, o której zdążyła zapomnieć powracała do niej ze wzmożoną siłą.
- Chodzi mi o to, gdzie pan był wcześniej - odparła i nie dając sobie przerwać kontynuowała. - Miał pan dyżur, a ja zapomniałam mojego notesiku z biurka, no wie pan... tego z Hello Kitty - chociaż teraz nie miała pewności, czy przypadkiem nie chodziło o notesik ze Snoopym - wróciłam, a pana nie było. Gdzie był pan podczas dokonania zbrodni?
Piotr spojrzał na nią litościwie.
- Z Grażynką - odparł bez zastanowienia. - Tak, teraz to już żadna tajemnica i tak wszystkie dzieciaki w okolicy wmawiają sobie, że miałem romans z ofiarą!
- Ja nie...
- Ty nie, ale inni tak. Jak chcesz to mnie aresztuj - odparł trywialnie. - Święty nie jestem, ale zabić jeszcze nikogo nie zabiłem.
Powiedziawszy to wrócił do gabinetu. Alicja jeszcze przez moment zastanawiała się nad jego słowami. Nie zabił nikogo, ale do cholery, co ma z tym wszystkim wspólnego pocztowa?

***


Budynek, w którym mieszkał miał cztery kondygnacje. Była to stara, przedwojenna kamienica o szarych ścianach, dużych oknach i drewnianych drzwiach, zimą wpuszczających chłód na klatkę schodową. Wtedy miasto nosiło inną nazwę. Jako dorosły człowiek był potem w tamtej okolicy może ze dwa razy, ale nigdy nawet nie pomyślał o tym, aby zobaczyć dom, w którym spędził najmłodsze lata. Ciemność przyszła, kiedy zniknął ojciec. Najpierw nieśmiało otoczyła budynek i jego mieszkańców, aby po śmierci babki ostatecznie pożreć pozostałych.
Wizytę u matki przekładał od kilku dni. Gdy ponownie zadzwoniła z prośbą o spotkanie nie mógł dłużej zwlekać, chociaż wątpił w jakiekolwiek rewelacje, w których posiadaniu rzekomo była. Późnym popołudniem przyjechał do domu pochłoniętego przez mrok. Na powrót czuł duszność i atakującą go zewsząd ciemność.
Gdy ojciec odszedł miał około czternastu lat. Pamiętał w przeciwieństwie do Darii. Chyba tylko dzięki temu skrawkowi w pamięci nie pozwolił pożreć się ciemności. Inaczej było z ich matką. Zniknięcie męża przeżyła bardzo mocno, a jej serce z dnia nadzień zaczęło przybierać formę ohydnego kamienia o ostrych krawędziach i chropowatej powierzchni. Gorycz odepchnęła od niej Artema już na zawsze. To samo uczucie sprawiło, że Darię pokochała nad życie.
I dobrze. Mała dziewczynka potrzebuje matki, a ja jestem prawie dorosły - tłumaczył sobie. Poza tym była jeszcze babcia. Mimo osiemdziesiątki energiczna kobieta z dnia na dzień przejęła rolę ojca i matki, a co najważniejsze przysposobiła Artema do dorosłego życia.
Skończył szkołę, poszedł do pracy, ale co najważniejsze opuścił ciemność spowijającą jego rodzinny dom.
Z siostrą nie miał najlepszego kontaktu, co można było tłumaczyć tym, że Daria nadal mieszkała u matki. Spotykali się sporadycznie, aż do stycznia 2009 roku, kiedy to ich więź nabrała nowej, nigdy wcześniej nieznanej siły.
- A ty Artemka, pamiętasz tatę? - spytała któregoś razu.
- Słabo - odparł nie chcąc kontynuować rozmowy.
Nie lubił opowiadać o ojcu. Daria miała matkę, a on jedynie wspomnienie ojca, z którym nie chciał się dzielić z siostrą.
- Mama była inna zanim umarł tata, prawda?
- On nie umarł - pokręcił głową. - Zostawił nas.
Daria nie odezwała się, a Artem kontynuował:
- Dzieciom nie mówi się takich rzeczy, ale on zostawił matkę.
Oczywiście, wiedziała o jego odejściu, a także o tym, że już nigdy nie kontaktował się z rodziną. Chociaż, może pisał do Artema albo dzwonił do żony, ale ona nigdy im o tym nie mówiła. Może ciemność, która otaczała ich rodzinę nie pozwalała mu powrócić do domu? Wtedy w dziewczynie zakiełkowała pewna myśl. A co, gdyby odnalazła tego człowieka? Wkrótce poszukiwania ojca miały stać się jej obsesją, z której zwierzała się wyłącznie bratu.
Artem skończył dwadzieścia jeden lat, gdy Daria opowiedziała mu o swoich planach na przyszłość.
- Wyjeżdżam na studia do Polski.
- Do Polski? - zdziwił się. - A co z Uniwersytetem Medycznym?
- W Katowicach też mogę studiować medycynę.
Brat zmarszczył brwi.
- Dlaczego akurat w Polsce?
Początkowo nie chciała odpowiedzieć, ale pod ciężarem jego wzroku wydusiła z siebie prawdziwy powód: - nasz tata jest w Polsce.
- I co? Chcesz go odszukać?
- Tak.
- Zwariowałaś! - rzucił niespokojny. - Ty nie znasz tego człowieka! Jak chcesz go szukać?! Bzdura jakaś!
- Wiem, że to szaleństwo, ale natrafiłam na ślad i...
- Jaki ślad?!
- Nie mogę tego wyjaśnić, ale to tak jakby ktoś mi wręczył kartkę z adresem - mówiła, nie przejmując się bratem. - Pojadę do Katowic i porozmawiam z nim osobiście.
Artem poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu. Do tej pory żył jedynie wspomnieniem ojca, ale było ono jego wspomnieniem, do którego Daria nie miała dostępu. Teraz jednak, bez względu na wszystko, siostra mogła poznać ich ojca, co oznaczało, że wspomnienie Artema już nigdy nie będzie tylko jego wspomnieniem.
- I co? Liczysz, że wróci z tobą na Ukrainę? - zabrzmiał okropnie złośliwie i pożałował, że nie ugryzł się w język.
- Nie... nie wiem... - zawahała się, naiwnie licząc na bajkowy zwrot akcji, w którym dobry król powraca i rozpędza ciemność wokół królowej. - Chcę tylko zapytać, dlaczego nas opuścił.
- A co na to matka?
- Mama popiera moje studia w Polsce.
- A o twoich poszukiwaniach ojca nie wie, co?
- Artemka - wyszeptała, łapiąc brata za rękę. - Pojadę tam bez względu na wszystko, ale... ale będę czuła się lepiej, jeśli będziesz mnie popierał.
Wzruszył ramionami. Nie potrafił szczerze powiedzieć, co o tym wszystkim myśli.
Po tej rozmowie Daria przestała odwiedzać brata w jego mieszkaniu. Raz, czy dwa minęli się gdzieś w mieście. Na kilka dni przed wylotem do Polski, Artem zadzwonił do siostry życząc udanej podróży. Od tej pory dziewczyna kontaktowała się wyłącznie z matką. Z początkiem roku 2010 kontakt ograniczył się do obowiązkowych telefonów i chłodnych informacji. Potem zabrakło nawet takich rozmów. Daria nie telefonowała, nie pisała. Przestała chodzić na zajęcia, a w końcu wykreślono ją z listy studentów. Po prostu zniknęła. Poszukiwania władz polskich i ukraińskich nie przyniosły żadnych efektów.

***


Natalia nie odwołała treningu. Na ten moment była już tak zdeterminowana i zawzięta, iż powstrzymać Glonojadki przed udziałem w turnieju gminnym mogłoby jedynie wymordowanie wszystkich zawodniczek. Leszek i Konrad z uwagą przypatrywali się treningowi dziewcząt z trybun, od czasu do czasu wymieniając uwagi na temat Adriana w roli trenera przeplatające się z opisem wczorajszych zdarzeń.
- I wtedy moja siostra powiedziała, że to ich wina.
- W sensie Natalii i policjanta? - dopytał ostrożnie Leszek.
Konrad pokiwał głową. Na komisariacie siedzieli do drugiej w nocy. Potem Iwona odwiozła ich na obóz i pozwoliła przenocować w domu opiekunów.
- Dobra, wiem, że nic nie wiem.
- To już jakiś początek,
- Ale kto zabija?
Konrad zamyślił się, ale nie od razu odpowiedział.
- Jowita! - rozległo się.
Na trybuny jednym susem wskoczyła Paulina zajmując miejsce nad chłopakami.
- Wszystko zaczęło się właśnie od niej!
- No... nie wiem...
- Myślę, że to prędzej matka Jowity - stwierdził Konrad.
- Iwona? - zawołali równo z niedowierzaniem.
Konrad na chwilę zamilkł dając sobie czas na zebranie myśli, a im na przetrawienie kandydatury.
- Pomyślcie sami, chciała otworzyć ten cały ośrodek wypoczynkowy.
- Chciała i nie otworzy - dopowiedział Lech. - Utopiła kasę.
- Zgoda, ale co z ubezpieczeniem? - nie dawał za wygraną Konrad. - Pewności nie mam, ale całkiem możliwe, że ubezpieczyła obóz na wypadek czegoś takiego jak...
- Jak morderca? - Leszek nie krył sceptycyzmu.
Paulina milczała ostentacyjnie.
Wszyscy w Staraszewie wiedzieli o jej planach związanych z odbudową obozu i bez względu na sympatie i antypatie kibicowali kobiecie. Obóz Glonojadów miał ożywić miasteczko. Jednak teraz, ale w obecnej sytuacji, zamknięcie wydawało się jedynym rozsądnym działaniem. A odszkodowanie? Każdy człowiek liczy pieniądze. Paulina nie widziała w tym nic podejrzanego. Zresztą już postanowiła mordercą najpewniej jest Leszek albo Konrad. Zabije ich, a potem wszystko wróci do normy.
- Dlaczego akurat Jowita przeżyła spotkanie ze Złowrogim? - Konrad nie dawał za wygraną. - Bo jej córka była doskonałym świadkiem.
- Ale to jednak ciotka Natalii - Leszek nie był już taki pewny swego.
- Każdy wariat jest czyimś krewnym - rzuciła od niechcenia Paulina. - Wiedzieliście, że... - wyszeptała konspiracyjnie - ojciec Jowity jest jakimś tam pra, pra wnukiem Floriana Złowrogiego?
"Jakimś tam" nie do końca przekonało Konrada. Leszek wahał się z racji odbytej rozmowy z Rafałem, w której ten wspomniał o szaleństwie dziedziczonym w genach.
- Modest mógł coś wiedzieć i dlatego zginął - powiedział mimowolnie Leszek, chociaż na myśli miał szalonego Rafała.
- Dlaczego akurat on?
- Bo morderca go zabił.
- I kilka osób przed nim.
- Przestańcie! - nakazała Paulina. - Szczerze, uważam, że zabijacie albo wy...
- My? - Konrad poczuł się wyraźnie dotknięty oskarżeniem.
- No, któreś z przyjezdnych - sprecyzowała - albo glonozjeb. Nie wiem, gdzie szukać dowodów na potwierdzenie moich podejrzeń, ale skoro mówisz, że wuj Modest coś wiedział to pójdziemy tam - zarządziła.
- Dopiero kręciła się u niego policja? - przypomniał Leszek. - Ktoś może uznać, że zacieramy ślady.
- Miejscowy wymiar sprawiedliwości reprezentują idioci - stwierdziła gorzko. - Nikt nic nie uzna.
- To prawda! - przytaknął Konrad mający w pamięci idiotyczne przesłuchanie prowadzone przez Bielak. - Poza tym - dodał z zadowoleniem - to żadne włamanie, a jedynie wizyta.
Paulina spojrzała na przedmówcę z uznaniem. W jednej chwili bardzo jej się spodobał.
- Niech wam będzie - dał za wygraną Leszek. - Paulina stoi na czatach, a my wyjdziemy.
- Nic z tego! Chcę brać czynny udział w poszukiwaniach!
Innego rozwiązania nie brała pod uwagę. Pójdą razem i odkryją tożsamość mordercy, a jeśli nie to przynajmniej spróbuje zabić chłopaków z Lipek.
Z końcem przerwy Paulina wróciła na boisko, gdzie od razu zaczęła wyzywać się z Natalią Kozłowską. Konrad i Leszek odprowadzili ją wzrokiem.
- Co myślisz? - spytał Leszek.
- Chyba mi się podoba - odparł. - Może nawet na równi z Olą.

***


Konrad obszedł dom Modesta. Włamanie, a właściwie wizyta w domu nieboszczyka nie mogła stanowić wielkiego wyzwania.
Działkę otaczał niewysoki druciany płotek, a idąc wzdłuż niego można było dotrzeć do miejsca, w którym stykał on się ze ścianą budynku. Okno na tamtej ścianie, jak mu się zdawało, łazienkowe, było nieznacznie uchylone. Wystarczyło wdrapać się na ogrodzenie i bezpośrednio przejść z niego do okna.
Banalne. Ciekawe, czy tak samo uważały Natalia i Zośka? Nie, one zostały zaskoczone. Konrad pomyślał o swoim samochodzie. Mógłby zaparkować po drugiej stronie ulicy i prowadzić stamtąd obserwacje. Misja szpiegowska wywołała w nim ekscytację, a zaraz po ogromny żal spowodowany brakiem auta.
W końcu wrócił do przyjaciół czekających przed bramą.
- I jak?
- Mogliśmy przyjechać moim samochodem - odparł niezadowolony zwiadowca.
- Od razu rzucilibyśmy się w oczy jakiemuś wścibskiemu sąsiadowi - stwierdził Leszek ostrożnie łapiąc za klamkę od furtki. - Zresztą nie o to pytałem.
- Pusto.
Paulina wspięła się na niewysokie ogrodzenie licząc, że dojrzy coś więcej na podwórku. Jednak nie zauważyła niczego poza szpargałami zdobiącymi przestrzeń i ścieżką prowadzącą do domu. Na myśl o tym, że spogląda na świeże miejsce morderstwa zrobiło jej się nieprzyjemnie.
- Jest bezpiecznie - odparł pocieszająco Konrad.
- Główne drzwi są otwarte - usłyszeli.
Z naprzeciwka nadszedł Artem.
- Co tu robisz? - zapytał mimowolnie Leszek.
- Konrad wspominał, że szukacie u Modesta jakichś dowodów.
Leszek momentalnie spiorunował kolegę wzrokiem. Brzęcki wzruszył ramionami jakby mówiąc: tak jakoś wyszło.
- Chcę wam pomóc - dodał zdecydowanie Artem.
Biła od niego determinacja. Musiał poznać prawdę o Darii. W głowie miał mroczny scenariusz, w którym dziewczyna spotkała się z ich ojcem, a ten w jakiś niezrozumiały sposób połączył jej los ze złowieszczym strachem na wróble. Zbyt wiele osób zginęło, aby mógł wierzyć, że Darii nie przytrafiło się nic złego.
- Moja siostra. Przyjechałem odnaleźć siostrę - rzucił i nie było już odwrotu.
Ponownie opowiedział o Darii kolejny raz przy tym omijając wątek poszukiwań ojca.

***


Dom wujka Modesta był o tyle niekłopotliwy, że składał się z czterech pomieszczeń; salonu oraz sypialni przedzielonych meblościanką, kuchni i niewielkiej łazienki. O ile podwórze tonęło w chaosie, tak wnętrze domu zachowywało pedantyczny porządek. Grupa rozpoczęła od salonu trącącego czymś w rodzaju biura. Konrad zaczął przeszukiwać biurko, zaś Paulina rząd trzech regałów nieznacznie odsuniętych od ściany, za którymi na upartego można było ukryć jakieś ważne dokumenty, jak zasugerował Brzęcki. Leszek i Artem ostrożnie zaczęli ściągać z meblościanki segregatory. Modest z pewnością należał do najbardziej uporządkowanych osób jakie kiedykolwiek spotkali. Pierwszy segregator przeglądany przez Artema zawierał rachunki za prąd i wodę, niektóre liczyły ponad dziesięć lat.
- I ustaliłeś coś w sprawie siostry? - zagaił Leszek, pobieżnie przeglądając jakieś papiery.
- Nie wiele - odparł. - Zaczęła się ta cała sprawa ze Złowrogim, a ja nie miałem, gdzie szukać - odłożył segregator na miejsce i usiadł. - Nie wiedziałem gdzie szukać tego chłopaka Darii.
- Właściwie to nie wiadomo, czy ta jej koleżanka mówiła prawdę odnośnie chłopaka - zauważył Leszek.
- Jowita uważa, że jestem tu jedynym Ukraińcem.
- Tu ma rację - przyznała Paulina. - Miasto jest małe i raczej każda nowa osoba od razu rzuca się w oczy.
- Coraz bardziej podobają mi się te wakacje - stwierdził z odrazą Leszek odkładając na półkę kolejny segregator. - Prześladuje mnie morderca, a teraz włamałem się do nieboszczyka.
- Mam coś... - powiedział ostrożnie Konrad przechylając nieznacznie kosz na śmieci.
Wewnątrz znajdowało się mnóstwo pomiętych kartek papieru. Chłopak wyciągnął kilka i zaczął rozwijać je na biurku, a potem kłaść obok wcześniej odnalezionych notatek.
- Pisał listy?
Konrad ostrożnie sięgnął po jedną z kartek.
- "Lepiej skończ, bo to to źle się dla Ciebie skończy" - odłożył i przeczytał kolejną: - "Wiem, co robisz i kategorycznie żądam zaprzestania, bo inaczej..."
- Wujek szantażował mordercę? - wydusiła z siebie Paulina.
Teraz cała czwórka pochylała się nad notatkami szukając chociaż jednej bardziej precyzującej żądanie lub odbiorcę. Wszystkie były równie krótkie i idiotyczne.
Zaniepokojony Leszek wrócił do segregatorów. Z Artemem i Pauliną przejrzeli już ponad połowę i przerywanie w tym momencie byłoby nierozsądne. Kolejne dwie pozycje katalogowe wydały się dużo ciekawsze. Pierwsza zawierała wycinki z miejscowej gazety podzielone na dwie podgrupy: artykuły o miasteczku ogólnie i odnoszące się w jakiś sposób do Modesta. Druga była czymś w rodzaju dziennika komentującego wydarzenia w Staraszewie. Modest pisał o żniwach i nowym traktorze Korczaków, według niego strasznej chale.
Artem uśmiechnął się na widok komentarza, gdyż miał nieprzyjemność zaglądania do silnika ów maszyny.
Na końcu wpisu był odnośnik do prasowej notatki o żniwach z poprzedniego sezonu, który Leszek odnalazł błyskawicznie. Chłopak przewertował dziennik i przeczytał pierwszy akapit nowej strony:
- "Krzychu chce zostać burmistrzem. Niepojęte, że człowiek bez silnego kręgosłupa moralnego ubiega się o tak poważne stanowisko!".
Na końcu znajdował się odnośnik do informacji o przegranej Wojtkowiaka w wyborach. Na jednej z ostatnich stron znajdował się wpis zachwalający urodę i charakter kuzyneczki Natalki, przypisu brak. Leszek podniósł fotografię wetkniętą pomiędzy strony.
Artem przyjrzał się młodej parze ze zdjęcia i na moment zaniemówił.
- Daria... Skąd?
Konrad i Paulina niczym wygłodniałe sępy rzucili się na fotografię.
- Dostał je ode mnie - powiedział najzwyklej w świecie Brzęcki. - Znalazłem je pod fotelem mojego samochodu - zaczął się tłumaczyć. - Myślałem, że to jacyś krewni Modesta i...
- Nigdy wcześniej jej nie widziałam - przyznała Paulina, gdy wreszcie dostała się do zdjęcia - ale ten chłopak z nią to Mikołaj.
- Chwila... - przerwał Leszek. - Mikołaj? Chłopak Jowity? Ten, który został zabity przez Złowrogiego?
- Żaden chłopak - zaznaczyła Paulina. - Zaprosił glonozjeba na dyskotekę, ale z obowiązku. Co do reszty, zgadza się.
Leszek milczał. Złowrogi, szantaż Modesta, zaginiona dziewczyna, zamordowany nastolatek, samochód. Wszystko nagle z nieokiełznaną siłą zaczęło wirować pomiędzy szalonymi teoriami. Matuszewicz przycisnął do piersi segregator z artykułami.
Nagle spiorunował ich dźwięk otwierających się drzwi domu. Kimkolwiek była ta osoba należało schować się.
Konrad pociągnął za sobą Paulinę w kierunku regałów pod ścianą. Dziewczyna niemal kopnęła opartą o mebel deskę, aby w ostatniej chwili ostrożnie odsunąć przedmiot. Konrad ruszył za nią. Szpara pomiędzy ścianą, a regałem stała się ich punktem obserwacyjnym na fragment drzwi i część biurka.
- Jezu, tam zostały te kartki - wymamrotała Paulina.
Leszek stanął za drzwiami do pokoju cały czas ściskając kurczowo segregator, zaś Artem przeszedł za grubą, zieloną kotarę. Gdyby tamten zorientował się, że ktoś za nią stoi mógłby wyskoczyć oknem.
Wtedy do gabinetu wszedł wysoki mężczyzna. Pomieszczenie wypełnił zapach krwi, potu i słomy.
Leszek nieznacznie pchnął drzwi, aby móc lepiej przyjrzeć się postaci. Wtedy pożałował swojej akcji. Plecami do niego stał Złowrogi. Wystarczyło, że obróciłby się, a stanęliby ze sobą twarzą w twarz.
Morderca podszedł do biurka mrucząc coś pod nosem. Zachłannie zebrał wszystkie anonimy umieszczając je w kieszeni. Matuszewicz złapał za klamkę próbując przyciągnąć drzwi możliwie jak najbliżej siebie.
No to jestem ugotowany - pomyślał Leszek. - Zobaczy mnie jak nic.
Wtedy Artem z pełną premedytacją uchylił okno. Rama okienna uderzyła o ścianę, a do pokoju dostał się powiew świeżego powietrza. Złowrogi momentalnie rzucił się do okna przez które wyskoczył Artem. Leszek wykorzystał szansę na przejście za regał.
Zapadła cisza. Cała trójka jeszcze przez moment siedziała w ukryciu. Pierwszy poruszył się Konrad.
- Poszedł?
- Nie ma go - ogłosił zasapany głos Artema.
Paulina, Leszek i Konrad zaczęli bardzo powoli wychodzić z kryjówki. Mechanik zaglądał do pomieszczenia przez okno, którym chwilę wcześniej wyskoczył.
- Gonił cię?
- Tylko do furtki.
- Dzięki - powiedział z uznaniem Leszek.
Po chwili dotarło do niego, że Złowrogi zabrał o wiele ważniejsze od segregatora rzeczy: anonimy oraz fotografię.
- Co teraz? Idziemy na policję? - spytał Konrad, chociaż znał odpowiedź. - Mogliby zacząć szukać twojej siostry.
- Zabrał zdjęcie - rzucił Leszek. - Anonimy i.... - dziennik z uwagami Modesta również zniknął.
W jednej chwili poczuł ogromną frustrację. Dokonali ważnego odkrycia, a Złowrogi przyszedł i wydarł im znalezisko z rąk. Nie mieli niczego poza niepopartymi niczym tropami.
- Policja zrobi jeszcze większy syf niż my - odparł ponuro. - Zamiast przeszukać dom zostawili wszystko nietknięte, aby Złowrogi mógł sobie po prostu wrócić i zabrać co tam tu było potrzebne - głos Matuszewicza nabierał złości. - Zastanawiam się, czy Czyż i Bielak w ogóle chcą rozwiązać sprawę?!
- Ma rację - zgodził się Artem.
- Czyli lipa - mruknęła Paulina. - Wracam do domu, a wyróbcie co chcecie.
Konrad spojrzał w niebo. Popołudniowe słońce znikało za groźnymi chmurami.
- Pogoda slaszeryczna - mruknął.
- Jaka? - nie zrozumiał Artem.
- Znaczy... deszczowa - wyjaśnił. - W slasherach to idealna pora na atak mordercy. Lepiej wracajmy...

***


Tego dnia Artem odwiedził matkę. Kobieta siedziała w fotelu pod oknem i piła poobiednią herbatę. Mężczyzna usiadł w drugim fotelu i chwilę spoglądał przez okno. Ulica była pusta.
- Skontaktowała się ze mną koleżanka Darii - powiedziała, odstawiając kubek na parapet.
Artem zmarszczył brwi pytająco.
- Musisz jechać do Polski.
- Znaleźli ją?
- Nie.
- W takim razie po co?
- Daj mi wytłumaczyć - matka mówiła ze spokojem. - Ta jej koleżanka wygadała się o Darii. Nie chciała robić sobie i Darii kłopotów, bo ta ją prosiła o milczenie. Chodzi o to, że Daria poznała jakiegoś chłopca - kobieta ciężko podniosła się z fotela i przeszła do komody, na której leżał otwarty list.
Podała kopertę synowi. List od koleżanki zajmował niecałą stronę. Czcionka była prosta i staranna, ale sprawia nieco kłopotów Artemowi.
- Tu wszystko wyjaśniła - dodała matka ponownie siadając na fotelu.
Artem przeczytał pierwszy akapit. Były tam przeprosiny, ogólne wyrażenie niepokoju o przyjaciółkę, prośba ze strony Darii, aby nikomu nie zdradzała miejsca swojego pobytu oraz to, że zamieszka z chłopakiem w jego rodzinnej miejscowości, kochają się i nikt nie powinien wtrącać się do ich życia. Nikt i nigdy.
- Staraz... Stara... sze... wo... Staraszewo - odczytał.
Artem przypomniał sobie ostatnią rozmowę z siostrą na kilka dni przed wyjazdem. Życzył jej miłej podróży, a ona poprosiła, aby za żadne skarby świata nie zdradzał jej prawdziwych powodów. Nikomu i nigdy. Zgodził się zaskoczony, ale nie kwestionował ostatnich słów siostry. Obietnicy zamierzał dotrzymać. Teraz, gdy jednak znikąd pojawił się chłopak, a wraz z nim rzekoma miłość, Darię pochłonęła ciemność.
- Sama pojechałabym, ale zdrowie mi nie pozwala - wzięła do drżącej ręki kubek. - Jedź do tej miejscowości i odszukaj siostrę - nakazała, a potem jakby łagodniej dodała: - ty znasz język. Poradzisz sobie. Przywieź moją córkę z powrotem. Proszę.

***


Noc Złowrogiego Czynu


Wybudzony z niespokojnego snu Artem rozejrzał się dookoła. Siedział w busiku. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że wszystko, co do tej pory go spotkało było koszmarem, ale nie... Siedział w busiku, a nad nim stał tęgi kierowca.
- Kolego, ostatni przystanek.
Artem wyjrzał przez okno. Była noc. Żółty księżyc zwisał na czarnym niebie. Bus stał zaparkowany obok wysepki, na której znajdowała się jedynie ceglana zabudowa rozświetlana mdłym światłem lampy. Kilka metrów od niej szosa krzyżowała się z główną ulicą prowadzącą wzdłuż pól, a dalej lasów.
Jeśli istnieje koniec świata to właśnie do niego dotarłem - pomyślał, wysiadając.
- Staraszewo - rzucił hasło w stronę kierowcy.
- Przespałeś przystanek - odparł kierowca.
- Jak dojadę?
- Powrotnym. Za pięć godzin - pokazał na palcach.
Zupełnie niepotrzebnie, bo Artem zrozumiał każde słowo.
- Daleko?
Kierowca wskazał szosę wchodzącą w las.
- Jesteśmy właściwie na obrzeżach Staraszewa - powiedział pokrzepiająco.
Do miasta kursowały dwie linie; jedna przejeżdżała przez centrum, a druga, pechowo Artem skorzystał właśnie z niej, zatrzymywała się wyłącznie na granicy z miastem, a potem wycofywała do pobliskiej Górki.
Podziękował za informację i ruszył przed siebie.
Jak teraz potrąci mnie samochód to będę miał za swoje - pomyślał, idąc poboczem. - Chociaż lepsze to od dzikiego zwierzęcia.
Wtedy szosę rozświetliły dwa reflektory. Z naprzeciwka nadjechała Kia. Na widok kierowcy samochód zwolnił, a ostatecznie stanął na kilka metrów przed pieszym. Gdy Artem podszedł kierowca Kii uchylił okno.
- Dokąd pan idzie o tej porze? - pytanie z pewnością nie było przyjacielskie.
- Do Staraszewa.
- Nie jest pan stąd, co? - kierowca poświecił mu w oczy. - Proszę przygotować jakiś dokument.
Dopiero wtedy Artem zorientował się, że ma do czynienia z policjantem w nieoznakowanym radiowozie. Nerwowo zaczął przetrząsać torbę w poszukiwaniu portfela z wizą.
- Mamy zgłoszenie - rozbrzmiało z wnętrza auta. - Morderstwo i próba morderstwa. Dziewczyna, która przeżyła jest właśnie w szpitalu w Staraszewie.
Informacja spiorunowała Czyża, ale mimo to zachował pozorny spokój.
- Już tam jadę - odparł do radia.
Policjant okazał jeszcze sekundę zawahania.
- Lepiej, żebym pana nie spotkał ponownie - zapowiedział, ruszając.
Szosa wyprowadziła Artema z lasu. Już świtało, gdy przechodził obok zaniedbanego podwórza Korczaków. Jak miał szukać Darii? Od czego zacząć? Pukać od drzwi do drzwi? Idiotyzm. Może, gdyby zatrudnił się u jakiegoś gospodarza? Miałby na utrzymanie i mógłby poznać ludzi.
Drzwi otworzyła mu Barbara Korczak.
- Słucham.
- Szukam roboty.

***


Pechowe popołudnie musiało nastrojem wpasować się w kulejące szczęście Iwony Pawlickiej. Piątek trzynastego stał się bowiem pierwszym deszczowym dniem tego lata, a zarazem początkiem kolonii na obozie. Rzęsistej ulewie towarzyszył chłodny wiatr, a całość kontrastowała z popołudniową szarugą. Nie było mowy o zabawie lub chociażby spacerze. Dzieciaki wraz z Natalią i Dominiką oglądały jakiś program telewizyjny. Jowita z kolei poszła do kuchni zrobić prowizoryczną obiadokolację. Talentu kucharskiego nie posiadała, ale czy był on potrzebny do zrobienia kilku kanapek?
Wtedy rozległo się agresywne łomotanie. Dziewczyna złapała przedmiot znajdujący się pod ręką - była to chochla - podeszła do drzwi i ostrożnie ściągnęła zasuwkę. Wtedy nastąpiły dwa cudy. Pierwszy, że Jowita nie krzyknęła na widok postaci w szarej kurtce z kapturem, a drugi, że nie zdzieliła jej chochlą w łeb.
- Biała Kasia?
- Tak! - odparła wpychając się niemal siłą do środka. - Leje jak z cebra!
Pawlicka zgodziła się odnośnie pogody. Nie miała jednak sprecyzowanego zdania na temat długiego, rzeźnickiego noża, z którym przyszła koleżanka.
- Po co przyszłaś? - zapytała delikatnie cały czas spoglądając na ściskany przez Kasię nóż.
- Chciałam pogadać.
- Zdejmij kurtkę, usiądź, a ja od razu zaniosę ten nóż do kuchni i przy okazji zrobię herbatę.
Kasia nie spełniła żadnej z tych próśb. Szybkim krokiem podeszła do drzwi odcinając Jowicie jedyną drogę ucieczki.
- Długo zastanawiałam się, pod jaką, kurwa, szczęśliwą gwiazdą musiałaś się urodzić? - rzuciła. - Pochodzisz z bogatej rodziny. Zostajesz kapitanem Glonojadek. Uciekasz Złowrogiemu i wszyscy o tobie mówią - wyliczyła sfrustrowana. - Dlaczego ja nie mogłam być kapitanem?
- Bo jesteś libero.
- I co z tego?!
- Takie są zasady... Nie moja wina... - zaczęła tłumaczyć się. Mocno zdenerwowana byłaby gotowa oddać białej Kasi pałeczkę kapitana, gdyby nie regulamin.
- Sram na takie zasady! - powiedziała, mierząc do Jowity nożem. - Wiem, że ty i twoja matka jesteście morderczyniami! Pora zginąć!
Napastniczka ruszyła kuc galopem w stronę przerażonej Jowity. Wtedy nastąpił trzeci cud. Do chatki wbiegł strach na wróble. Jednym zdecydowanym ruchem odebrał życie wściekłej napastniczce. Pawlicka nie wiedziała, czy ma mu dziękować za ratunek, czy zwyzywać za morderstwo kolejnej Glonojadki. Sprawę rozwiązał Złowrogi rzucając się na nią.
Pawlicka uciekła do kuchni, a stamtąd z powrotem do drzwi wyjściowych. Ucieczka na zewnątrz była znacznie trudniejsza niż wewnątrz domu. Biegła prawie po omacku z trudem utrzymując równowagę na śliskiej i błotnistej ścieżce.
Ostatkiem sił dotarła do domku C2. Poślizgnąwszy się w progu weszła za próg zatrzaskując za sobą drzwi. Opiekunki oraz dzieci dotychczas tępo oglądające film ożywiły się.
- Co ci się stało? - zawołała przerażona matka.
- Zło... Złowrogi! - zawołała, usiłując złapać oddech.
- Czy to krew? - spytała Dominika, wybierając numer na policję.
Dopiero przy świetle lampy Jowita mogła spojrzeć na siebie. Bluzka była rozdarta, a dumny napis "dajonolg" zakrywało błoto i odpryski krwi. Kolana miała posiniaczone, prawdopodobnie, od upadku, którego teraz nie potrafiła sobie przypomnieć.
Zresztą nie było na to czasu. Poczuła potrzebę zabicia tego gnoja choćby chochlą, którą z jakiegoś powodu nadal dzierżyła w dłoni. Mogła go dobić jak w filmiku o zabijaniu łyżką - pomyślała.
- Policja zaraz przyjedzie - oznajmiła Rychlewska.
Wtem dobiegło ich delikatne skrobanie, które przerodziło się w koszmarny łomot. Złowrogi wyważył drzwi. Iwona i Jowita odruchowo odskoczyły, ale strach na wróble zdążył złapać dziewczynę za włosy. Dominika rzuciła w napastnika tym co akurat miała w ręku, nieszczęśliwie był to telefon. Jowita wyszarpnęła się, a matka zaatakowała. Morderca wbił widły w brzuch kobiety. Iwona bezwładnie osunęła się na ziemię.
Dzieci spoglądały na Złowrogiego z bezmyślnym strachem. Dominika i Natalia usiłowały zatamować krwawienie. Jowita na przemian krzyczała i płakała nad ciałem matki. Jedynie śmieszki Adaś i Franek wymieniały się poglądami.
- Co teraz? - spytał Adaś niedoświadczony w byciu slasherową ofiarą.
- Jesteśmy martwym mięsem - odparł beznadziejnie Franek.
Złowrogi wycofał się. Było psychopatycznym mordercą, ale nie świnią do tego stopnia, żeby mordować nieletnich. Postanowił dać im jeszcze z pięć, osiem lat, aż staną się głośnymi i głupimi nastolatkami. Wtedy pomorduje, a póki co wystarczą mu trupy białej i Pawlickiej.

***


Mimo ulewy policja, świadkowie oraz gapie stali na zewnątrz tłocząc się przy dwóch radiowozach i karetce.
- Mówiłem ci, że jeśli raz jeszcze cię zobaczę w mieście... - wrzeszczał czerwony na pysku Piotr Czyż. - Alicja! Zabierz go na przesłuchanie!
Bielak zaprosiła Artema Dotsenko do radiowozu nie szczędząc mu po drodze krytycznych opinii na temat okrutnego zmniejszenia populacji miasteczka. Mechanik nie protestował. Miał zamiar opowiedzieć o wszystkim; Darii, Mikołaju, mordercy i spinającym wszystko klamrą samochodzie. Żałował tylko, że nie zdążył porozmawiać z Jowitą. Miał nieoczywiste przeczucie, że widzą się po raz ostatni. W dalszej kolejności komendant podszedł do dzieciaków z Lipek.
- Artem był z nami... - tłumaczył Konrad.
Piotr przerwał mu gestem ręki.
- A kto powiedział, że wy jesteście wiarygodni? - nikt nie odpowiedział, a on mówił dalej, tym razem bezpośrednio do Leszka i Dominiki: - wy nie macie już czego tutaj szukać. Na jutro zorganizujemy autokar dla dzieci i was - po czym rzucił nieprzyjemne spojrzenie na Natalię. - Ty też możesz się zabrać.
- Nie zostawię kuzynki!- zaprotestowała.
- O Jowitę nie musisz się martwić - uciął. - Obiecałem Iwonie, że zajmę się nią. Jeszcze dzisiaj wywiozę Jowitę ze Staraszewa.

***


W przeciągu godziny Jowita była spakowana. Pożegnała kuzynkę oraz przyjaciół i wraz z Piotrem Czyżem pojechała do nieokreślonej kryjówki. Zdawało się, że początkowo jeżdżą w kółko mijając ulice Szkolną, Wiertniczą, Jeziorną, a potem znowu Szkolną. W końcu skręcili na Kolejową, a dalej przecięli tory. W oddali malował się niewyraźny kontur starego młyna. Był niczym ciemna góra wznosząca się nad szarą polaną. Od tej pory jechali bardzo wolno uważając na każdy wybój. Policjant zdobył się na minimum empatii dla dziewczyny i podał jej termos z herbatą. Zaproponował także herbatniki chomikowane w szufladce przez Bielak.
- Mogę cię o coś zapytać? - zagaił przyjacielsko policjant. - Dlaczego tamtego dnia pojechałaś z Mikołajem?
Nie miała ochoty odpowiadać. Mdliło ją.
- Zaprosił mnie.
- I pomyśleć, że tyle zachodu przez jedną ciebie - westchnął dziwnie spokojny. - Najważniejsze, że będziesz jego ostatnią ofiarą.
- Co było w tej herbacie?
Z pewnością nie dosłyszała odpowiedzi. Wszystko wirowało w zawrotnym tempie. Spała.
Radiowóz zatrzymał się przed zniszczałym budynkiem. Z wnętrza młynu wyszedł strach na wróble.
- Co tak długo?
- Sporo roboty miałem z tą obozową rzeźnią - wyjaśnił, wysiadając z samochodu. - Lepiej pomóż wnieść ją do środka. Mam nadzieję, że ona już naprawdę jest ostatnią ofiarą.
Złowrogi nie odpowiedział. 

środa, 17 lipca 2024

Kasia "Czarna" Sobek

 UWAGA! SPOILERY! 

Kasia "Czarna" Sobek

Debiut
Kuzynka (Slasher 3. Mordercze lato, rozdz.1)
Ostatni występ
Obóz podszyty strachem (Slasher 3. Mordercze lato, rozdz.8)
Kill count
0
Wiek
18
Zawód
Uczennica
Miejsce zamieszkania
Staraszewo
Ulubiony slasher
Scream 3 (2000)
Status
Żyje
Relacje Kamil (brat)
Jowita (koleżanka z drużyny)
Kasia (koleżanka z drużyny)
Paulina (koleżanka z drużyny)
Mela (koleżanka z drużyny)
Lidka (koleżanka z drużyny)
Zosia (koleżanka z drużyny)
Adrian (trener) 
Natalia (trenerka)

 

Historia

Slasher 3. Mordercze lato

Należy do drużyny siatkarskiej Glonojadki.

Cytaty:

Plotkarstwo (Slasher 3. Mordercze lato, rozdz.6):

 "Jego siostra, największa pierduśnica w Staraszewie".

Zosia o dziewczynach z drużyny (Slasher 3. Mordercze lato, rozdz.6):

"Nie polubiła czarnej Kasi od pierwszego wejrzenia. W zasadzie to nie lubiła żadnej z Glonojadek i tylko ze względu na Adriana hamowała emocje, w których natłoku miała ochotę ugryźć jedną lub dwie z tych dziewczyn".

Rozdział 22: Dzieci nie powinny bawić się z martwymi

- Myślałam o twoich sprawach - rzuciła Barbara, gdy tylko Artem wszedł do jej pokoju. - Nie możesz dłużej pracować u mnie.
Ogłosiła to od tak sobie, bezceremonialnie. Informacja nie uderzyła go w pierwszej chwili. Spokojnie przemaszerował od drzwi do niewygodnego krzesła stawionego pod oknem. Wykorzystując te kilka sekund, na ułożenie sobie jakiejś odpowiedzi w głowie. Złapał głęboki oddech. Co miał jej właściwie odpowiedzieć?
- Rozumiem - wydukał. - Dziękuję za wszystko.
- Niestety nie potrafię rozwiązać twoich problemów - mówiła dalej: - dzisiaj rano dzwoniła do mnie Pawlicka. Kto by pomyślał, że będzie miała do mnie prośbę - wycedziła przez zęby.
- Jowita?
- Jej matka, ale z tego co zrozumiałam to na prośbę Jowity - wyjaśniła ze zmęczeniem. - Prosiła, abyś pomógł w naprawie ich samochodu.
Oczywiście chodziło o auto Konrada, ale cały wybieg z pozyskaniem mechanika polegał na tym, aby Barbara nie dowiedziała się o jaki dokładnie samochód chodzi. Uprzedzona do Wojtkowiaka, a co za tym idzie także dzieciaków biwakujących na jego ziemi mogła zwyczajnie rzucić słuchawką.
O wiele bezpieczniej było to zorganizować przez Iwonę. Jej stosunki z Pawlicką przez lata układały się w sposób różnoraki. Były płomienne konflikty, serdeczne przyjaźnie oraz wielkie deklaracje, które umierały niemal tak szybko jak się rodziły. Sąsiedzkie relacje na tyle dobre, a może wsparte zwyczajną chęcią pozbycia się pracownika, pozwoliły na zatrudnienie mechanika.
Artem niewiele rozumiał. Zaskoczony ograniczył dalszy udział w rozmowie do potakiwania.
- To chyba wszystko - oznajmiła chłodno Barbara. - Możesz iść od razu do Pawlickich. Iwona ulokuje cię na tym swoim obozie.
Chłopak ponownie podziękował i raz na zawsze opuścił dom Korczaków.

***

Czarna Kasia wybiegła przed dom z jakimiś szmatami w ręku. Rozejrzała się dookoła, po czym zdroworozsądkowo wróciła do domu. Pierwsza ze szmat miała żywy, niebieski kolor, druga natomiast biały z domieszką tego żywego, niebieskiego. W akcie rozpaczy spowodowanej wyglądem własnej koszulki postanowiła urządzić porządną awanturę właścicielowi farbującej bluzy. Brata nie było ani w domu, ani na podwórzu. Opanowawszy żywioł zniszczenia panujący w jej duszy postanowiła poszukać sprawcy w dobudówce służącej jako pokój telewizyjny.
Winowajca siedział na podłodze przez ogromnym, zaśnieżonym ekranem telewizora.
Kasia straciła na moment cały animusz. Debezet niczym zahipnotyzowany spoglądał w białą pustkę nasłuchując szmerów dobywających się z głośnika.
- Moja bluzka...
Chłopak dotknął monitora ręką.
- Już tu są - ogłosił tryumfalnie.
- Kto?
- Goku i reszta - odparł pierwszy raz odwracając się w stronę siostry. - Mają nadawać powtórki Dragon Balla, a coś się stało z telewizorem.
Kasia usiadła, ściskając w ręku bluzę.
To pewnie antena - pomyślała, po czym wróciła do właściwego tematu:
- Twoja bluza pofarbowała moją koszulkę na trening!
- Trzeba nie było jej wrzucać z kolorami - odpowiedział, wyraźnie bardziej zainteresowany niedziałającym telewizorem. - Poza tym myślałem, że wasze treningi zostały odwołane ze względu na... - nie dokończył.
Na ekranie pojawiła się sylwetka Goku. Kamil nieznacznie ożywił się.
Kasia usiadła na pufie spoglądając litościwie na brata zajętego... Właściwie czym? Naprawą anteny? Oglądaniem powtórek serialu, który znał na pamięć?
- Kuzynka Jowity znalazła nam trenera i nową dziewczynę do Glonojadek - powiedziała od niechcenia. - Od teraz mamy dwa treningi; poranny i popołudniowy - nagle zeskoczyła z pufy i dodała z ekscytacją: - a wiesz, że wprowadzono godzinę policyjną?
- Pewnie Czyż mocno przejął się śmiercią Grażynki - rzucił kąśliwie.
- Niby dlaczego?
- No, bo romansowali - odparł bezwładnie.
W ułamku jednej sekundy pojął, jak wielkiego rozmiaru głupotę strzelił. Zmrożony spojrzał na siostrę w duchu modląc się o to, aby nie dosłyszała jego ostatnich słów.
Kasia milczała. Na jej twarzy wyszły wypieki. Jego siostra, największa pierduśnica w Staraszewie, zachłannie pochłonęła sekret wyczekując na kolejne detale związane z pocztową i policjantem.
- Skąd wiesz... - wymamrotała.
- Podsłuchałem ich na poczcie.
- Ale ona nie żyje! Kiedy niby?! - podniosła głos.
- Z jakieś dwa tygodnie temu... Nie mów nikomu.
- I nic mi nie powiedziałeś?
- Bo to nie... - urwał. - Nie powtarzaj tego dziewczynom!
- Boże, Mela zblednie jak jej o tym powiem!
- Tylko nie mów Meli!
- Nie powiem - rzuciła na odczepne Kasia. - Zadzwonię do Pauliny albo nie... Powiem na treningu... wszystkim!
- Nie waż się! Czyż mnie zabije jak dowie się, że rozgadałem takie coś!
- Zabije to Czyżowa! Jego! Kto by pomyślał, że taki porządny, a na boku ze starą babą! Matko, przecież ona o jakieś sto lat starsza od niego!
Temat pofarbowanej koszulki odszedł w zapomnienie, razem z anteną telewizyjną i treningami Goku u Króla Światów.

***

Wuj Modest był w posiadaniu czterech ważnych informacji. Początkowo nie rozumiał ich wagi oraz znaczenia, nie mówiąc już o powiązaniach między sobą. Dopiero fotografia znaleziona przez Konrada w Krysi dała mu pełny obraz zdarzeń rozgrywających się w Staraszewie. Nadal jednak, zdawało się, nie mających związku z grasującym po okolicy mordercą.
Jakieś dwa lata wcześniej media spiorunowała informacja o kontrabandzie przechwyconej przez katowicką policję. Według prasy jedynie niewielka część przemycanych narkotyków została zarekwirowana. Pozostały towar po prostu zniknął. Aresztowani członkowie szajki mówili mało będąc niezorientowanymi w działaniach całościowych grupy przestępczej. Ogólna wiedza z przesłuchań świadków dawała niejasną informację o przemytach z Polski do Ukrainy i z powrotem. Wtedy na plan pierwszy wyszły spekulacje. Gdzie podziały się narkotyki? Jedna z teorii mówiła o punkcie przeładunkowym mieszczącym się pomiędzy Katowicami, a celem końcowym. Rolę takiego punktu musiała stanowić jakaś boczna droga, koniecznie z magazynem, ale skąd, do cholery, na jakimś bezdrożu wytrzasnąć nieczynny magazyn? Więcej sensu miało ustalić punkt przeładunkowy w jakimś niepozornym miasteczku. Uzbrojone w mroczną przeszłość Staraszewo szybko stało się obiektem żartobliwych anegdot wśród jego mieszkańców o rzekomych powiązaniach z przemytem narkotyków. Potem sprawa przestała kogokolwiek interesować.
Miasteczko żyło swoimi błahostkami, dalekimi od międzynarodowych przestępstw. Na pierwszy plan wyszedł konflikt Barbary i Krzysztofa, w którego centrum piętrzyły się, kolejne znikające strachy na wróble, zaś ksiądz Karaś ukończył kurs wikliniarski. Oba te zdarzenia przyćmiły drugą, ważną informację, w której posiadaniu znalazł się Modest - skradziony samochód pana Arnolda. Rozżalony właściciel skarżył się Modestowi przy każdej możliwej okazji na opieszałość policji.
- Mówię ci... - jęczał przy kieliszku Arnold. - Mają gdzieś moją Krysię! Nie szukają jej! Mówią, że przeparkowałem po pijaku i teraz nie mogę znaleźć!
Wuj Modest słuchał kuzyna i tylko kiwał głową, nie mając pojęcia, ile prawdy było w jego słowach.
Pewnego dnia Modest wracał z miasteczka skracając sobie drogę przez las. Nie miał jednej stałej ścieżki, a rzekomy skrót zwykle wydłużał drogę jako losowo wybrana ścieżka. Wtedy trafił na niewielką polanę w środku lasu, na której stał samochód. W pierwszej chwili nie rozpoznał w nim Krysi; był brudny, zardzewiały oraz częściowo zakryty liśćmi i ziemią. Samochód wyglądał na porzucony. Zaniepokojony znaleziskiem ostrożnie ściągnął z dachu gałęzie. Przed nim znajdowała się niewielka przestrzeń między drzewami otaczającymi polankę będąca jedyną możliwością na wjazd na ten ciasny parking.
Zrobił krok w tył gotowy wrócić do lasu z kilkoma kuzynami.
Wyskoczywszy na szosę ku wielkiej uldze zauważył radiowóz zaparkowany na poboczu. Przed pojazdem stali Piotr Czyż i Mikołaj Gorazda żywo dyskutując na jakiś temat. O maskę samochodu komendanta opierała się młoda dziewczyna. Wyraźnie niezainteresowana dyskusją paliła papierosa spoglądając na drogę przed sobą. Co tu robili? Nie miał pojęcia. Pewnie zapytałby grzecznościowo, gdyby nie poziom zaaferowania swoim znaleziskiem.
- Znalazłem auto Arnolda!
Piotr i Mikołaj pobledli na widok Modesta.
- Tam w lesie - pokazał w nieokreślonym kierunku.
Mikołaj wzruszył ramionami.
- Krychę? - dopytał Piotr.
- Tak!
- Czyli zagadka wyjaśniona - odparł z ulgą policjant. - Arnold zostawił ją w lesie.
- Nie! - Modest nie tracił wigoru. - Tam ktoś ją ukrył! Trzeba wyjaśnić sprawę!
- Wyjaśnić? Właściciel pojazdu dawno nie żyje. Zresztą jeśli to na przykład nie jego samochód...
- Ale...
- Nikt nie zgłosił zaginięcia auta - dokończył komendant. - Gratuluję, możesz zabrać sobie auto.
Wuj poczuł się dotknięty lekceważącym tonem policjanta, ale nie dał tego po sobie poznać. Wtedy zwrócił uwagę na dziewczynę.
- A pani kim jest? - spytał, wyciągając do niej rękę.
- Pani jest przejazdem - odparł Mikołaj. - Zgubiła drogę.
Modest nie drążył tematu. Krysię odholował na swoje podwórze i tam miała stać już zawsze, a przynajmniej do momentu, aż podbije serce Konrada Brzęckiego. Spotkaniem na szosie również nie zaprzątał sobie więcej głowy. Jedna myśl nie dawała mu spokoju, czym przyjechali Mikołaj i dziewczyna? Radiowozem?
Finałową informację stanowiła znaleziona przez Konrada pod siedzeniem auta fotografia. Mikołaj i dziewczyna, którą widział już kiedyś.

***

Modest czekał na Natalię przed furtką na podwórze. Nie odważył się wejść na teren posesji głównie przez Pusię ganiającą luzem. Po kilku chwilach z domu wyszła Kozłowska. Na widok rusałki w stroju kąpielowym zawstydzony wujek rzucił:
- Natalko, jesteś bardzo przystojna.
Dziewczyna zdjęła okulary przeciwsłoneczne ze spokojem i gracją. Zbywając komplement rozłożyła leżak przed domem.
- Mężczyzna może być przystojny, a kobieta piękna - odparła w końcu.
- Gdybyś była moją babą... - zaśmiał się nerwowo. - Jesteś taka dowcipna, żebym z tobą chyba nie wytrzymał!
Natalia spojrzała na dziada, który najzwyklej w świecie czynił jej anonse. Oczywiście, była slasherową pięknością, ale bez przesady. Pozostałe dziewczyny ze Staraszewa też były ładne, a sam Modest nie miał powodów, aby czepiać się właśnie jej. Mimo wszystko z jakimś uporem ciągnął do niej.
- Na szczęście nie jestem i nigdy nie będę twoją babą - odparła niewinnie - bo jesteś moim wujkiem.
Modest po raz pierwszy poczuł nieprzyjemną siłę więzów pokrewieństwa.
- W rodzinie faraonów pokrewieństwo w niczym nie przeszkadzało - rzucił bezmyślnie.
Kozłowska nie odpowiedziała. W obawie przed falą kolejnych, nietrafionych argumentów postanowiła zamilknąć w nadziei, że w ten sposób szybciej pozbędzie się natręta.
- Chciałem z tobą porozmawiać - rzucił nagle.
- Słucham - odparła znużona.
- Nie tutaj! To bardzo delikatna sprawa - zaznaczył półszeptem. - Spotkajmy się po południu w moim domu.
- Nie dam rady - ucięła. - Potem mam kolejny trening Glonojadek.
Modest przeklął pod nosem. Dziewczyna zmieniła pozycję na leżaku, kątem oka spoglądając na rozmówcę.
- Wpadnę do wujka po treningu - oznajmiła ugodowo.
- Doskonale! Będziesz mi potrzebna jako wsparcie moralne - powiedział zadowolony. - Jest pewna osoba, której za wszelką cenę musimy przemówić do rozsądku.
Kozłowska nie słuchała już. Miała dosyć przemawiania do rozsądku Jowicie, pozostałym Glonojadkom, a od czasu do czasu kolegom z Lipek.
Tymczasem Modest miał już wszystko zaplanowane i głęboko wierzył, że jeszcze dzisiaj rozwiąże zagadkę fotografii. Do czego też potrzebował pomocy kuzyneczki Natalki oraz komendanta Czyża. Pierwsze z nich było jedyną osobą z poza Staraszewa, która miała styczność z żywym Mikołajem i mogła potwierdzić jego tożsamość na zdjęciu, zaś policjant tamtego dnia znalazł się w towarzystwie nieboszczyka i nieznajomej. Chociaż początkowo nie dopuszczał do siebie paskudnej myśli, ta z czasem napierała coraz mocniej i mocniej. Dość głupich anonimów i podchodów. Czas skonfrontować Czyża z oskarżeniem - nieznajoma ukradła samochód, a on i Mikołaj pomogli jej w ukryciu śladów zbrodni.

***

Niezwykle uciążliwa duchota jakby zelżała tamtego dnia. Od ostatniej zbrodni minął tydzień. Krwawa atmosfera zastygła w bezruchu w gorącym powietrzu, a wraz z nią wszelakie działania śledcze.
Chłopacy rozłożyli koce nad jeziorem od strony pola namiotowego skąd mieli doskonały widok na obóz Glonojadów. Z ich miejscówki wyglądał na opuszczony.
Adrian leżał na boku z przymkniętymi oczyma, Konrad siedział z nogami podkulonymi pod brodę, zaś Leszek spoglądał na spokojne jezioro i tylko od czasu do czasu odwracał się w stronę szosy.
Tuż za namiotami stał zaparkowany samochód Brzęckiego. Artem chował narzędzia.
- Twój nowy znajomy nie dołączy do nas? - spytał Leszek.
- E... - machnął ręką Konrad. - Śpieszy się do domu. Zresztą, czy tylko mój? - dodał, prostując nogi. - Mieszka z wami na obozie, nie?
Leszek nie odpowiedział.
Artem od kilku dni zajmował domek B1. Na prośbę Iwony pomagał przy jakichś drobnych pracach, którym nastolatkowie nijak mogli sprostać. Trzeba mu było oddać dużą znajomość wszelakich mechanizmów i talent do ich naprawy. Uruchomił starą pompę przy studni, a to wymienił ostrze w kosiarce przed czym akurat Leszek chorobliwie się migał. Mimo to ich kontakt kończył się na grzecznościowych pozdrowieniach. Artem większość czasu spędzał na polu namiotowym usiłując tchnąć życie w stary samochód Konrada. Wychodził rano i wracał wieczorem.
- Nic mi się nie chce - wymamrotał Korba. - Mógłbym zasnąć tu i teraz.
- Jest po pierwszym treningu z Glonojadkami - odparł z uciechą Konrad na niezadane pytanie.
- Nie rozumiem, co cię podkusiło z tą siatkówką?
- Obiecał Natalii.
- A musiałeś się tak bardzo forsować?
- Chciał się popisać przed Natalką.
- Planujecie do siebie wrócić?
- Siedź cicho! - Adrian zbeształ Konrada udając przy tym, że nie dosłyszał ostatniego pytania. - Dzięki mnie masz mechanika.
- Cudotwórcę - poprawił go Brzęcki.
- Kim on właściwie jest? - spytał Leszek odwracając się w stronę kolegów.
- Małomówny, ale zna się na rzeczy - przyznał Adrian.
- Pewnie słabo mówi po polsku.
- Akurat językiem włada doskonale - wszedł mu w słowo Konrad.
Matuszewicz raz jeszcze spojrzał na mechanika.
Ukrainiec spakował plecak, pomachał im na pożegnanie, po czym ruszył szosą w stronę obozu.
Facet przybył do Staraszewa w chwili pierwszego ataku Złowrogiego. Czy możliwe, że był tu wcześniej? Lechowi spokoju nie dawały słowa Rafała odnośnie pierwszej zbrodni. Czy była jeszcze jakaś ofiara, o której nie wiedzieli ani oni, ani policja?
- A jak twoja praca? - Adrian wyrwał go z zamyślenia.
- Nijak - westchnął. - Iwona postanowiła nie otwierać obozu.
Wiadomość spiorunowała słuchaczy.
- A jednak... - wyszeptał Konrad.
- Nie chciałeś otwierać obozu, a więc pewnie jesteś zadowolony.
Leszek ponownie zmienił pozycję. Teraz siedział bokiem do Korby.
- No, prawda, nie chciałem, ale jak teraz sobie pomyślę o tym, ile roboty nam zajęło porządkowanie terenu, malowanie tych chat... - wzdrygnął się nawet nie wspominając o morderczych atrakcjach. - Trochę szkoda.
Zapadła cisza.
- Niech to! Po południu mam kolejny trening Glonojadek. Natalia wymyśliła jakieś psychologiczne ćwiczenia, czy inne bzdety - opowiadał, wyraźnie nie chcąc kontynuować obozowego wątku.
- Nie możesz olać?
- Natalia obraziłaby się - podsunął życzliwie Konrad.
- Stara miłość nie rdzewieje - skwitował drugi z nich.
Korba nie podjął wątku.
- Wpadnijcie na ten trening. W końcu w miasteczku grasuje seryjny morderca, a w grupie powinniśmy być bezpieczni.
Brzęcki spróbował wyobrazić sobie ogrom campowych slasherów, w których morderców zawsze ciągnęło do wielkich skupisk wesołej młodzieży. Wszystkie te uśpione obozy, pechowe piątki, zgrupowania sportowców, zakrapiane alkoholem imprezy, opuszczone chaty, szaleńcy, wymyślne morderstwa, a wszystko dla niewygórowanych oczekiwań widowni.

***

Na widok autokaru szkolnego parkującego przed bramą do obozu Dominika oniemiała.
- To musi być pomyłka - tłumaczyła, ale opiekun dzieci w odpowiedzi wcisnął jej jakiś kwitek do podpisania.
Następne wydarzenia rozegrały się w błyskawicznym tempie. Dzieci wypadły z autokaru niczym fala tsunami, tratując przy tym Rychlewską. Podeptanej i ogłuszonej pozostało jedynie zadzwonić po support w postaci równie zaskoczonych szefowej i chłopaka.
- Zaszła pomyłka - mówiła Iwona stojąc z telefonem przyciśniętym do ucha. - Nie. Oczywiście, że zajmiemy się nimi. Tak, ale... Rozumiem. Do widzenia.
Zakończyła rozmowę.
- W ciągu tygodnia przyjedzie autobus i odwiezie dzieci do domów - poinformowała pracowników. - Zadzwonię po opiekunów. Jestem pewna, że zjawią się, ale do tego czasu...
- Będziemy musieli zająć się nimi - odparł jakoś bezrefleksyjnie Leszek.
- Jest ich chyba z dwadzieścioro, a my nie mamy żadnego przygotowania - przypomniała Dominika.
- I tak mieliśmy wspierać opiekunów.
- Wspierać - podkreśliła nerwowo. - Jako asystenci opiekunów, a nie opiekunowie!
- Musimy jakoś przetrzymać - przyznała Pawlicka. - Trzy, góra pięć dni.
Rychlewska na całe szczęście nie usłyszała zajęta próbą policzenia podopiecznych.
- Może skołujemy znajomych do pilnowania? - rzucił Leszek, tym razem bezrefleksyjność zastąpiła nadzieja w głosie.
- Dowiem się, kiedy Jowita i Natalia mają treningi - podłapała Iwona. - Może pozostałe Glonojadki też mogłyby nam pomóc...
- Czy tylko ja widzę problem wypchany słomą? - zagaiła serdecznie Dominika.
- Jaki problem?
Widocznie pytała niepotrzebnie, a morderczy strach na wróble stanowił dla Leszka i Iwony jakiś wyimaginowany problem.
- Złowrogi - rzuciła.
- Kim jest Złowrogi? - spytał dziesięcioletni Adaś.
- W kontekście zachowania jest katastroficzny, nieludzki, okropny - wyjaśnił Franek.
- To wiem - odparł chłopiec. - Mam jednak wrażenie, że blondzia mówi o Złowrogim w znaczeniu osoby, a nie postępku.
Dominika nie zdążyła skomentować "blondzi", bo głos zabrał Franek:
- Osoba fizyczna zostanie zdefiniowana tymi właśnie cechami. Nie ma znaczenia, czy chodzi o postać fizyczną, czy intencję.
- Nie zgadzam się - przerwał mu kolega - złowróżbne działanie może oznaczać również podłą intencję, a więc zabobon, czyli jest szersze znaczeniowo od osoby fizycznej.
Iwona, Dominika i Leszek nie odzywali się zafascynowani dziwaczną rozmową chłopców.
- Sugerujesz obawę przed zabobonami typu piątek trzynastego?
- Dobra... - Matuszewicz zdobył się na przerwanie dyskusji. - Mamy problem z seryjnym mordercą.
- Nie strasz dzieci - upomniała go delikatnie Iwona.
- Jedyne czego się obawiamy to niedopowiedzenia - oznajmił Adaś.
- Tego też nie musicie się obawiać - zapewniła go pani Pawlicka.
- Powiedzmy wprost: z ludzi leje się keczup, a Złowrogi to zapalony hobbysta patroszenia - rzuciła Dominika.
Iwona nie dosłyszała lub nie chciała usłyszeć ostatniego zdania. Spokojnie zaczęła tłumaczyć zasady nietypowego obozu dzieciom.
- Zauważyłeś, że blondzia jest strasznie sarkastyczna? - zagaił Franio.
- Pewnie to nerwy - usprawiedliwił ją Adaś. - Mnie bardziej ciekawi, jak obecność tego Złowrogiego wpłynie na reorganizację naszych kolonii.

***

Czarna Kasia wbiegła do szatni tratując po drodze kosz z piłkami oraz Melę. Zasapana zatrzymała się dopiero na środku pomieszczenia próbując unormować oddech. Tuż za nią wszedł Kamil ze spuszczoną głową. Biała Kasia i Jowita spojrzały na nią z przestrachem. W ostatnim czasie takiego rodzaju gwałtowność mogła oznaczać tylko jedno: dokonano zbrodni. Rację miały częściową, bo zbrodnia faktycznie miała miejsce. Pierwsza na białej bluzeczce wypranej z kolorami, a druga na pani Czyż.
Natalia pokręciła głową. Postanowiła wszelakie informacje o kolejnych ofiarach stracha na wróble znosić z najwyższym spokojem. Zosia ostentacyjnie trzasnęła drzwiczkami szafki, a następnie bez słowa zajęła miejsce na ławeczce pod ścianą. Nie polubiła czarnej Kasi od pierwszego wejrzenia. W zasadzie to nie lubiła żadnej z Glonojadek i tylko ze względu na Adriana hamowała emocje, w których natłoku miała ochotę ugryźć jedną lub dwie z tych dziewczyn.
- Wszystkie są? - wymamrotała Kaśka łapiąc wreszcie oddech.
Ustawiwszy kosz z piłkami w korytarzu Mela dołączyła do zgromadzenia informując:
- Paulina będzie spóźniona.
- Jeżeli zaraz mi powiesz, że zamordowali Żyrafę... - zapowiedziała Natalia.
Z trudem znalazły zastępstwo na miejsce Lidki. Śmierć kolejnej zawodniczki musiałaby uznać za sabotaż drużyny.
- Piotr Czyż ma romans - powiedziała jednym tchem czarna, po czym zrobiła teatralną pauzę - z pocztową!
Pomieszczenie wypełniła ciężka cisza. Sekundę później nastąpiła eksplozja różnorakich uczuć. Najpierw było niedowierzanie. Kamil żadnym wiarygodnym źródłem niby nie był, ale ponoć widział kochanków razem! Na zarzut odnośnie różnicy wieku Sobek odparł, że Bulmy i Goku przez różnicę wieku na niekorzyść dziewczyny też fani nie łączą w parę, chociaż ci są dla siebie stworzeni. I tak też mogło być z Grażynką i Piotrem. Szok ustąpił potępieniu wymieszanemu ze współczuciem. Jak komendant mógł zdradzić żonę? Bydlak! Miła kobieta i z pewnością nie zasłużyła na takie świństwo! Na chłodno zaczęto spekulować o możliwości połączenia działań Złowrogiego z romansem. Teoria upadła bardzo szybko, bo w innym wypadku wszelkie morderstwa miałyby swój początek i jednocześnie koniec na Grażynie.
- Nie mówcie nikomu - prosił cicho Sobek.
Wtedy do szatni weszła Paulina.
- Cześć, suczłoki - zawołała przyjaźnie.
- Co to są suczłoki? - zapytała zaniepokojona Mela.
- To połączenie słów "sucza" i "wywłoka", czyli wy - wyjaśniła, okazawszy drobne zawahanie postanowiła mówić dalej: - zanim zaczniemy trening... Chciałam was przeprosić, a zwłaszcza Jowitę - kolejne słowa uwierały jej kością w gardle.
Na twarzy Natalii pojawiła się satysfakcja.
- No... słuchamy.
- Chcę też przeprosić staraszewskie Glonojadki twarzą w twarz bez niepotrzebnych świadków.
- Debezet, wynocha! - zarządziła czarna Kaśka.
Chłopak podniósł się ociężale z ławki, ale jego wyjście uprzedziła energiczna reakcja Pauliny:
- Nie! On musi zostać! To znaczy Debezet wiele razy był przy tym jak ciskałam z Jowity, a więc musi usłyszeć moje przeprosiny. Chciałam raczej poprosić o wyjście Natalię i Zosię.
- Jakbyś nie mogła od razu powiedzieć - mruknęła Brzęcka wychodząc.
Gdy Natalia zamknęła za sobą drzwi głos zabrała biała Kasia:
- Nie musisz nas za nic przepraszać. Może jedynie Jowitę za glonozjeba.
- Nie mam zamiaru! Chciałam tylko wyprosić tamte dwie w taki sposób, aby nie nabrały podejrzeń - po krótkiej pauzie Paulina kontynuowała ściszonym głosem: - od ich przyjazdu - miała na myśli lipczan - w Staraszewie zamordowano już cztery osoby. Nie wydaje wam się to dziwne?
- Mordowanie ludzi? - wolał upewnić się Kamil.
- To, że nie zginęło żadne z nich! - ponownie odniosła się do przyjezdnych. - Jestem przekonana, że jedno z nich lub wszyscy są mordercami i uważam, że powinniśmy coś z tym zrobić!
- Na przykład co? - zapytała ostrożnie Jowita.
- Mecz siatkarski Staraszewo kontra Lipki! - podrzuciła podekscytowana Mela.
Paulina złapała się za głowę.
- Nie! - ryknęła. - Myślałam o morderstwie!
- Jak to? - podniosła głos Jowita.
- Jedno z nich jest Złowrogim, a więc wybijemy wszystkich i znowu będzie bezpiecznie.
Plan Pauliny był prosty, nieco morderczy, ale ogólne założenie było dobre. Należało zawiązać sojusz i wspólnymi siłami pozbyć się stracha na wróble.
- To trochę... - zaczęła Pawlicka - kontrowersyjne działanie, a co z drużyną? Zosia, Natalia i Adrian są teraz jej częścią.
- A niedługo będą częścią jej historii - ucięła Paulina.
Jowita wróciła myślami do Nocy Złowrogiego Czynu; śmierci Mikołaja, spotkaniu ze Złowrogim i jego zapowiedzi krwawych żniw. Dlaczego morderca nie został jeszcze złapany? Paulina miała rację. Pierwszej zbrodni dokonano po przyjeździe Natalii i jej znajomych do Staraszewa, ale wtedy także pojawił się Artem. Myśl o ukrywającym się pod maską stracha na wróble Artemie zatrwożyła ją. On nie mógł być mordercą, bo za bardzo... za wiele dla niej znaczył. Musiała poznać odpowiedź. Najlepiej pójść i zapytać go podczas rozmowy w cztery oczy. Najwyżej ją zadźga. Co jej szkodzi? Jeśli Artem okaże się mordercą to niech ją zabije i zakończy całą farsę.

***

- Coś długo ich przeprasza - rzuciła kąśliwie Kozłowska.
- Wierzysz w tę skruchę? - spytała Zosia.
- Jasne, że nie! Buntuje dziewczyny przeciwko mnie! - zawołała z ożywieniem.
W jednej chwili Natalia odbiła się od ściany i zrobiła krok w stronę drzwi do szatni. Chciała tam natychmiast wparować, ale powstrzymał ją zdrowy rozsądek. Była przekonana, że Paulina kopie pod nią dołki, ale z Jowitą z pewnością jej nie skłóci. Co do pozostałych dziewczyn nie mogła mieć takiej pewności, dlatego należało zachować spokój i nie pozwolić wyprowadzić się z równowagi.
- Najchętniej udusiłabym Żyrafę - przyznała Zosia.
Kozłowska uśmiechnęła się. W jednej chwili obie, zdawałoby się tak różne, dziewczyny połączyła niechęć do Żyrafy i jej intryg.
- Dolicz ten zmarnowany czas do treningu - upomniała ją Brzęcka. - Nie będę siedziała dłużej tylko dlatego, bo ona nas obgaduje!
- Prawda - przytaknęła. - Muszę jeszcze dzisiaj zajrzeć do wuja Modesta.
- Do tego oszołoma? Po co? - zapytała zniesmaczona Zosia.
Natalia nie wiedziała w jakim celu. Enigmatyczne tłumaczenia wujka niewiele wyjaśniały, ale mogło to mieć jakiś związek ze Złowrogim, a przynajmniej w to chciała wierzyć.
- On może coś wiedzieć na temat stracha na wróble.
- To niech idzie na policję!
Trudno było nie przyznać racji Małej Mi. Wszelkie informacje należało przekazywać policji i niech prowadzą śledztwo. Gdyby to był Burski z pewnością powiedziałaby mu wszystko, ale Czyż nie budził zaufania.
- Albo jest Złowrogim i cię zaszlachtuje - gdybała w dalszym ciągu.
Tym razem Zosia podeszła pod drzwi sali gimnastycznej, a następnie zrobiła krok w stronę trenerki.
- Pójdę z tobą - zaoferowała. - Jeśli facet okaże się mordercą to możesz zacząć mu współczuć.
Wyobrażenie walki Małej Mi z rosłym chłopem wywołało na twarzy Natalii uśmiech. Widząc jednak skwaszoną minę Zochy natychmiast spoważniała.
- Może wtedy lepiej uciec z krzykiem?
- Wykluczone. Zabiję go - postanowiła.

***

Artem leżał na łóżku odwrócony w stronę okna, za którym bawiły się dzieci. Ich przyjazd ożywił obóz Glonojadów, chociaż słyszał, że kolonie miały zostać odwołane. Nie miał jednak ochoty zagłębiać się w temat i wywiadywać się dokładnych przyczyn zmiany planów. Pomyślał, że to nie rozsądne przywozić dzieci do miasteczka, w którym pada trup za trupem.
Był bardzo zmęczony po dzisiejszym dniu. Ciężkie powieki opadły. Znowu śnił mu się salon w ich starym mieszkaniu. Przy stole siedział on, rodzice i siostra. Taka ani podobna scena nigdy nie miała miejsca, gdyż ojciec zostawił ich, gdy Daria była bardzo mała. Tutaj oboje byli dorośli, a rodzice szczęśliwi ze wspólnego życia. Śnił o przyszłości, która miała nigdy nie nastać.
- A co jeśli królewicz uratuje królewnę przed złą wiedźmą? Czy to dobre zakończenie?
- Artem... - usłyszał głos połączony z delikatnym szturchaniem.
Na łóżku obok niego siedziała Jowita.
- Przepraszam - odparła speszona. - Nie chciałam cię budzić, ale muszę z tobą pilnie porozmawiać. Mama powiedziała, że jesteś w domku i...
Artem wstał z łóżka i odruchowo spojrzał w okno. Robiło się szaro.
- O co chodzi?
Dziewczyna nie odpowiedziała od razu.
- Nie wiem, czy w ogóle zdajesz sobie z tego sprawę - zaczęła nerwowo. - W życiu nie mówiłam takich rzeczy żadnemu chłopakowi, ale jesteś dla mnie wyjątkowy.
Znowu zamilknęła. Artem nie przerywał zaskoczony nagłym wyznaniem.
- Siatkówka, glonojady i te straszne rzeczy, które dzieją się wokoło przestają mieć znaczenie, bo ty jesteś obok - mówiła dalej niechętnie przechodząc do krytycznej części - ale potrafisz być też tajemniczy i nie wiem, czy mogę ci zaufać skoro nie znam twoich intencji. Dlatego bez kręcenia - zaznaczyła - powiedz mi, dlaczego przyjechałeś do Staraszewa?
Artem wyraźnie walczył ze sobą. Czy jakiekolwiek tajemnice miały teraz znaczenie? Wygadał się przed Barbarą, ale dlaczego nie przychodziło mu to tak łatwo przed Jowitą?
Wstał z łóżka i przemaszerował do szafki, w której trzymał rzeczy. Z pomiędzy upchanych ubrań wyciągnął zgiętą na pół fotografię, którą bez słowa podał Jowicie.
Na zdjęciu był Artem w towarzystwie młodej, ładnej dziewczyny.
- Tse moya sestra, Daria - powiedział.
- Siostra?
- W zeszłym roku wyjechała do Polski na studia - dodał, siadając na łóżku, ale w większej odległości od przyjaciółki. - Od kilku miesięcy nie ma z nią kontaktu.
Dziewczyna nie odrywała wzroku od zdjęcia.
- Ostatni ślad prowadził do waszego miasteczka.
- Nie przypominam sobie innych Ukraińców w Staraszewie - odparła z powątpiewaniem. - Wiesz czego mogła tutaj szukać?
Artem westchnął ciężko w odpowiedzi.
- Jej koleżanka wspominała o jakimś chłopaku. To dłuższa historia - dodał z wyraźnym rozdrażnieniem.
- Próbowałeś go odszukać? No tego chłopaka.
Odpowiedział coś pod nosem, co mogło równie dobrze znaczyć i tak i nie.
- Czy Daria mogła mieć coś wspólnego ze Złowrogim?
Dotsenko znowu spoglądał w okno, jakby wypatrując czegoś w ciemnym pejzażu.
- Myślę, że ją zabił.
Jowita otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Podeszła do okna i również zaczęła spoglądać w ciemność.

***

Mimo wprowadzenia godziny policyjnej w Staraszewie wyjście po zmroku okazało się banalnie łatwe. W domu Pawlickich nie było nikogo. Iwona załatwiała jakąś katastrofę związaną z obozem, a Jowita wyszła na spotkanie z Artemem. Natalia mogła wyjść bez wzbudzania jakichkolwiek podejrzeń. Przed posesją czekała na nią zniecierpliwiona Zosia. Kozłowska otworzyła drzwi wypuszczając na zewnątrz Pusię, po czym sama ruszyła przez podwórko do furtki. Dziewczyny bez słowa pomaszerowały wzdłuż szosy i było to jedyne miejsce, w którym mogły zostać złapane na szwendaniu przez policjantów. Po krótkim spacerze skręciły i dalej poruszały się polną ścieżką pomiędzy polami.
- Twój brat pozwolił ci wyjść? - zaciekawiła się Natalia.
- A spróbowałby nie.
Wkrótce trafiły na ogrody działkowe. Minęły zaniedbany dom Ernesta i już po chwili ich oczom ukazało się zagracone podwórze wuja Modesta. Posesję otaczał wysoki, druciany płot. Natalia złapała za uchwyt furtki i pociągnęła. Jękliwy odgłos zardzewiałej bramy powiadomi Modesta o przybyciu gości. Zosia zauważyła ruch na podwórku.
- Tam jest! - rzuciła, wyrywając się do przodu.
Wuj stał pod ścianą w wąskim przejściu między kubłami na śmieci, a samochodem, który zamiast na kołach stał na popękanych pustakach. Modest ruszył do przodu całym ciężarem opadając na filigranową Zosię. Jego głowa odpadła od korpusu i potoczyła się pod nogi Natalii. Z wąskiego korytarza wyłonił się Złowrogi. Dziewczyna zrobiła krok do przodu chcąc wyciągnąć spod zwłok koleżankę, ale oświeciło ją - morderca nie zauważył Zosi i jak na ironię, przygnieciona trupem była bezpieczna.
Strach na wróble ruszył na Kozłowską. Dziewczyna rzuciła się do ucieczki pomiędzy gratami Modesta. Wrzasnęła, wpadając w ramiona zaskoczonego Czyża.
- Co ty tutaj robisz... - zapytał zdziwiony widokiem dziewczyny.
- On! Złowrogi! Złowrogi mnie ściga! Tam jest Zosia! - wołała.
Czyż intuicyjnie rzucił się do przodu zostawiając Natalię pod bramą. Złowrogi na widok policjanta z bronią zaczął ostrożnie wycofywać się, ale komisarz nie miał zamiaru odpuszczać mu. Podobnie zresztą, jak Zosia. Dziewczynka zdołała zrzucić z siebie denata i popędziła za Czyżem. Natalia usłyszała wystrzał z broni. Dźwięk spiorunował ją. Jeden. Drugi. Trzeci. Po chwili zza domu wyłonili się Czyż i Zosia. Trudno było powiedzieć, które z nich było bardziej niezadowolone z wyniku pościgu.
- Uciekł, bydlak - mruknął Piotr spoglądając na nastolatki z mieszanymi uczuciami.
Natalia zbierała myśli. Dotąd jeszcze nigdy nie bała się tak naprawdę. Różni wariaci ją straszyli, ale dopiero wystrzał z broni zrobił na niej tak ogromne wrażenie.
Wtedy ją olśniło. Te głupoty, które gadała czarna Kasia o romansie policjanta i pocztowej musiały być prawdą. To z ich powodu miała spotkać się z Modestem, aby wspólnie z nim wybić policjantowi romansowanie z denatką.
- A więc to prawda? - przemówiła półszeptem.
- Co? Z czym?
- No pański romans z babą z poczty.
Piotr pobladł.
- To o to chodziło, racja? - nie otrzymując potwierdzenia mówiła dalej: - Modest chciał, abyśmy przemówili komuś do rozsądku.
Czyż nie zaprzeczył. Nawet w półmroku na jego twarzy dostrzec można było wstyd.
- Nie rozgadujcie o tym nikomu.
- Będzie trudno - zaśmiała się nerwowo. - Kasia Sobek wypaplała to całej drużynie.
Piotrowi pociemniało przed oczyma.
Kwestią czasu było kiedy fałszywa plotka dojdzie do jego żony. Teraz pozostawało mu już tylko zaprzeczać. Grażynka nie żyła, a Sobek nie musiał o niczym wiedzieć. Coś usłyszał, resztę sobie dopowiedział i chwała mu za ten wymysł z romansem, bo taką bzdurę mógł obalić z łatwością.
- Odwiozę was - powiedział, spoglądając na leżącą na trawniku głowę Modesta.
Dziewczyny nie protestowały.

wtorek, 16 lipca 2024

Ernest

 UWAGA! SPOILERY! 

Ernest

Debiut
Lato mulistych glonojadów (Slasher 3. Mordercze lato, rozdz.5)
Ostatni występ
Lato mulistych glonojadów (Slasher 3. Mordercze lato, rozdz.5)
Kill count
0
Wiek
29
Zawód
Rolnik
Miejsce zamieszkania
Staraszewo
Ulubiony slasher

Status
Nie żyje
Relacje Złowrogi (wróg)

 

Historia

Przed Slasher 3. Mordercze lato

Zaatakowany przez morderców. Jego ciało zostaje podłożone w miejsce "pierwszej ofiary" Złowrogiego. 

Cytaty:

Lenistwo (Slasher 3. Mordercze lato, rozdz.5):

"nic nie chciało mu się robić – chociaż wypadało. (...) obiecał dobrze zagospodarować. Od tamtego czasu mijało osiem lat. Co poradzić, że mu się nie chciało"?

Rozdział 21: Lato mulistych glonojadów

Piotr skrócił sobie drogę do samochodu przecinając niewielki placyk za komisariatem policji. W wąskiej uliczce pomiędzy dwoma budynkami jak zwykle stał jego samochód. Spod wycieraczki wyciągnął świstek papieru.

WIEM CO ROBISZ I KATEGORYCZNIE ŻĄDAM ZAPRZESTANIA, BO INACZEJ...

Wiadomość zakończyła się złowieszczym trzykropkiem. Piotr zgniótł papierek w dłoni. W jednej chwili przepełniło go przemożne poczucie strachu. Lęk kiełkował w nim od dawna, ale teraz, gdy Złowrogi zamordował Grażynę, a on miał pewność, że ktoś zna sekret przeobraził się on w ponury, niekończący się koszmar. Teraz tylko on odpowiadał za zdarzenia z przeszłości. W tej samej chwili strach nabrał butności, a jego groza przeobraziła się w złość.

***

Siedział na krześle z nogami opartymi o murek, a właściwie o jego pozostałości. Rozłożysta czereśnia dawała mu cień, a wiatr przyjemną ochłodę. Przed sobą miał widok na dziką łąkę, a w oddali na stary młyn i dalsze sąsiedztwo. Było upalne lato i nic nie chciało mu się robić – chociaż wypadało. W końcu odziedziczył po rodzicach kilka hektarów ziemi (właśnie na nie spoglądał), którymi ze łzami w oczach, obiecał dobrze zagospodarować. Od tamtego czasu mijało osiem lat. Co poradzić, że mu się nie chciało?
Westchnął melancholijnie.
- Czy pan to Ernest?
Ernest uniósł głowę. Pytanie zadał mu elegancki mężczyzna – zadbany, wysoki, o miłej, chociaż chłodnej, aparycji. Nie znał faceta, ale było to zrozumiałe. Nie zapuszczał się do miasta i nie kojarzył twarzy wielu staraszewian.
- To pilne – ponaglił. - Muszę wiedzieć, czy pan to pan?
Skinieniem głowy Ernest przypieczętował swój los. Zdecydowane pchnięcie nożem między żebra odebrało mu głos. Dopiero po sekundzie zakwilił przeciągle. W naturalnym odruchu grozy ofiara zrobiła krok do przodu, ale morderca blokował jej drogę ucieczki.
Cofnąć się, cofnąć się – pomyślał spanikowany.
Tuż zza jego pleców wyrósł drugi napastnik. Pchnął Ernesta na swojego wspólnika, a ten raz jeszcze dźgnął go nożem. Ofierze pozostało już tylko zejść z tego świata.
I na tym rola Ernesta w tej historii dobiegła końca. Morderca starannie wytarł ostrze noża. Na trupa już nikt nie zwracał uwagi.
Nieopodal w krzakach dzikiej róży siedział szalony Rafał. Nie były one najprzyjemniejszą kryjówką, ale w chwili obecnej miał do wyboru znosić swędzenie lub konfrontację z morderczym duetem.
- To miejsce jest skąpane we krwi – wymamrotał szaleńczo, drapiąc się po tyłku.

***

Tydzień minął Jowicie na popołudniowych spacerach w okolicy gospodarstwa Korczaków, a przy okazji spotkaniach z Artemem, a i on zdążył przyzwyczaić się do codziennych wizyt dziewczyny. Po tygodniu Pawlicka postanowiła wykonać kolejny krok i zaprosić go do domu. Zakładała, że pewnie jej odmówi, bo od rana do wieczora harował u Barbary wykonując wszelakie prace, do których wcześniej naganiany był Maciuś, ale postanowiła nie ustępować.
- Artem, a może wpadniesz do mnie dzisiaj na kawę? - zaproponowała.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Mam robotę.
Dziewczyna rzuciła pogardliwe spojrzenie w kierunku domu Korczaków, przed którym siedział Maciuś. No właśnie... siedział i zarastał lenistwem.
- A on nie może ci pomóc?
- E... - machnął ręką. - Lepiej żeby nie pomagał, bo zawada.
Maciuś miał dwie lewe ręce do jakichkolwiek prac. Z każdą rzeczą niemiłosiernie ociągał się. Spoglądając na niego z odległości można było odnieść wrażenie, że to posąg, w którego naturze jest bezruch. Przenieść, nie przyniesie, bo nie wie, gdzie leży. Potrzymać, nie potrzyma, bo za ciężkie. Koniec końców zaczął udawać, że nie rozumie Artema. Z maciuśowej strony płynęło więcej uciążliwości niż pomocy. Dlatego Dotsenko postanowił odesłać syna szefowej na ławkę i już samemu dokończyć naprawę płotu.
- W każdym razie – zagadnęła Jowita. - Przyjdź dzisiaj, a! - ożywiła się nieznacznie, że nawet Maciuś spojrzał w ich stronę. – Mam coś, co chcę ci koniecznie pokazać!

***

Szalony Rafał był w zasadzie dalekim sąsiadem Pawlickich. Idąc wzdłuż ich działki, a przecinając sobie drogę obok pola Korczaków można było dostać się na niewielkie skupisko małych domków letniskowych, gdzie mieszkał Rafał.
Priorytetem Leszka było nieinformowanie o swoich zamiarach Dominiki, która z pewnością pierwsza rzuciłaby się na nowy trop niczym wygłodniała harpia. W kościach czuł, że włamanie na obóz Glonojadów znacząco przybliżyło ich do Złowrogiego. Nie chciał nawet myśleć o tym, że Domino może zginąć z ręki seryjnego mordercy, a o wyjeździe ze Staraszewa Rychlewska nawet nie chciała słyszeć.
- Nie! Nie zgadzam się! - mówiła twardo. - Wczoraj byłam zdenerwowana moim dziennikiem, ale dziś to dziś, a ja nie pozwolę mu się stąd przepędzić!
W takiej sytuacji jedynym co mógł zrobić dla bezpieczeństwa ukochanej było odkrycie tożsamości włamywacza mogącego być również mordercą.
Nad wymówką nie musiał się specjalnie głowić. Najpierw pojechał do Iwony z zapytaniem o wymianę, ewentualnie pranie zasłon z letniskowych chatek, potem skręcił do Rafała.
Starszy pan akurat znajdował się w domu. Mieszkał w niewielkiej chałupie łączącej pokój z kuchnią i łazienką. Drzwi wejściowe nie domykały się, ale pomyślał, że to dobrze. Rafał wśród sąsiadów miał opinię wariata i jeśli już miał z nim dyskutować wewnątrz to lepiej przy otwartych drzwiach.
Gospodarz siedział w kuchni paląc papierosa. Leszek przywitał się grzecznie, a Rafał odpowiedział przyjaznym skinieniem głowy.
Chyba jest w lepszym nastroju niż podczas naszego ostatniego spotkania – pomyślał z ulgą.
- Ty jesteś gówniarzem z obozu skąpanego we krwi.
- Nie jestem gówniarzem, ale reszta zgadza się – odparł z urazą. - Dlaczego obóz skąpany we krwi?
- Bo tam doszło do zbrodni – i tu rozpoczął opowieść o Złowrogim.
Według Rafała posiadłość hrabiego Floriana znajdowała się nad jeziorem, mniej więcej tam, gdzie stoi teraz obóz.
- Ostatnio wspomniał pan, że Złowrogi będzie zabijał dalej – spróbował zmienić kierunek rozmowy. - Kto nim jest? Jakiś jego potomek?
Rafał uznał najwidoczniej, że wystarczy normalności na jeden raz i dla zachowania balansu pora na szaleństwo. Złapał za haczyk leżący obok kaflowego piecyka i wycelował nim w rozmówcę.
- Wszyscy umrzecie, bo to klątwa tego miejsca! Szaleństwo dziedziczy się w genach!
Najwyraźniej chcąc wyręczyć mordercę rzucił w chłopaka haczykiem. Ten uniknął ciosu bez trudu. Spokojnie opuścił dom Rafała pozbawiony nadziei na zdobycie jakiegoś tropu. Staruszek wybiegł zaraz za nim wymachując w powietrzu haczykiem.
- On chce być taki jak jego dziadek! Zabije wszystkich, którzy mają czelność stąpać między rzędami kukurydzy!
Słowo "dziadek" utkwiło młodemu detektywowi w pamięci. W głowie Leszka zaczął formować się motyw. Pierwszy, chociaż nie ostatni, tamtego dnia.
Tymczasem rozochocony słuchaczem Rafał wskoczył na rower. Miał zamiar okrążyć całe Staraszewo zapowiadając wszystkim rychłą śmierć.

***

Jowita i jej matka mieszkały w ogromnym domu podzielonym na dwa mieszkania. Na parterze mieściły się trzy pokoje, kuchnia, łazienka, łączący wszystko, przestronny korytarz oraz czwarty pokój, a właściwie niedokończona dobudówka. Jej powstanie zainicjował pan Pawlicki, ale ze względu na chorobę pozostawił surowe ściany, które stworzyły prowizoryczny taras. Iwona nigdy nie chciała kończyć projektu zmarłego męża.
Gdyby mój dziadek planował czwarty pokój to by go postawił – mówiła zagniewana, ilekroć ktoś zwracał uwagę na pomieszczenie.
Piętro zajmowane obecnie przez Natalię stanowiło mniejsze mieszkanie z sypialnią, salonem, aneksem kuchennym, niewielką toaletą, a także suszarnią obecnie pełniącą funkcję składziku na rupiecie.
Dom postawił pradziadek Jowity i Natalii z założeniem, że będzie on służył licznej gromadzie dzieci oraz wnuków. Z szóstki jego potomków dwoje zmarło przedwcześnie, jedno podczas wojny, a z pozostałej trójki tylko babcia dziewczynek doczekała się dzieci; najpierw na świat przyszedł ojciec Natalii – Władzio, a kilka lat po nim Iwonka. Władzio Kozłowski wyjechał w świat zostając jakimś przedsiębiorcą od opon albo hamulców. Niestety ani babka, ani siostra nie były pewne czym dokładnie się zajmuje. Iwona wyszła za mąż za Bartosza Pawlickiego i tu jako ciekawostkę można dodać, że ów człowiek był dalekim krewnym hrabiego Złowrogiego.
Artem przyszedł punktualnie o piętnastej. Od wejścia przywitało go wesołe szczebiotanie Jowity oraz Pusia nie mogąca odmówić sobie skoku na gościa.
- Będziesz pracował u Korczaków do końca lata? - zawołała z kuchni
- Możliwe. Zależy od Barbary.
- A co potem?
- Wrócę do siebie.
- Czym zajmowałeś się na Ukrainie?
- Byłem mechanikiem, a wcześniej kierowcą. Pół roku.
- Kierowcą? Przewoziłeś przez granicę towary i pewnie stąd tak dobrze znasz język polski – dopowiedziała sobie.
- Nie – pokręcił głową. - Moja babka była polką. Uczyła mnie i siostrę.
Jowita wyciągnęła z biurka książkę i podała ją Artemowi.
- Uczysz się ukraińskiego? - spytał wyraźnie zaintrygowany.
- Dopiero zaczęłam – odparła, wertując strony. - Chcę się nauczyć... dla ciebie.
- Dla mnie?
- Bo pewnie tęsknisz za domem – mówiła zakłopotana – myślałam, że będzie ci miło, jeśli ktoś porozmawia z tobą w ojczystym języku.
- E, nie trzeba – powiedział, a po chwili zreflektował się, rozumiejąc miły gest. - Dziękuję.
- Wiem jak to jest jedyną osobą w obcym miejscu – westchnęła. - Gdy zmarł mój ukochany tata – głos Jowity zadrżał – mama zajęła się pracą, a ja musiałam nauczyć się żyć bez niego.
Zapanowało milczenie.
- Siedem lat temu nasz ojciec odszedł. Nigdy potem go nie widziałem. Nie nauczyłem się żyć bez niego, ale nauczyłem się być dobrym człowiekiem bez niego. Ty też się nauczysz.
Jowita pomyślała o chłopaku jako o kimś więcej jak tylko znajomym. I było to o tyle dziwne, że nie znała go długo, a miała wrażenie, że nikt nie jest jej bliższy.
Spojrzeli sobie prosto w oczy. Dziewczyna złapała go za rękę. Artem nieznacznie zacisnął swoją dłoń. Czuła coraz szybsze bicie serca, a jej usta dotknęły jego ust. I wtedy drzwi wejściowe trzasnęły. W jednej chwili wszystko ustało. Do pokoju jak huragan wbiegła Natalia.
- Dzień dobry... - powiedziała zaskoczona widokiem nieznajomego.
- Dzień dobry – odpowiedział Dotsenko.
- Nie chciałam przeszkadzać – zaczęła odzyskując werwę – ale opracowałam plan ratowania Glonojadek i jesteś mi potrzebna.
Artem pośpiesznie wstał z kanapy.
- Muszę już iść.
Jowita mogła już tylko odprowadzić gościa do drzwi. Przepełniała ją euforia, a serce na powrót zaczynało przyśpieszać.
- Co to za facet? - spytała podejrzliwie Natalia zaraz po wyjściu gościa.
- Artem. Pracuje u Korczaków.
- Jako kto?
- Mechanik.
Kozłowska pokręciła głową z dezaprobatą.
- Jak dobrze go znasz? Do cholery! Kilka dni temu na poczcie zamordowano jakąś babę, a ty spraszasz pod nieobecność moją i ciotki jakichś podejrzanych typów?
Jowita westchnęła głośno.
- Nieważne! Ubieraj się! - zarządziła. - Musimy ratować drużynę!
- Dokąd idziemy?
- Do Adriana!

***

Kuzynki dotarły na pole namiotowe w mgnieniu oka. Środek transportu w postaci rowerów pozostawiły ukryte za przyczepą ciecia, gdzie po raz ostatni omówiły plan działania.
- Dobra - wyszeptała konspiracyjnie Kozłowska. - Pogadam z Adrianem na osobności, a ty zaczekaj z Małą Mi. Strzeże go jak pies kości - dodała niezadowolona na myśl o siostrze Konrada.
Porobienie Zosi w konia wbrew pozorom nie okazało się trudne. Jowita zakręciła ją pytaniem o jakieś chwasty rosnące przy namiotach i mała Brzęcka nie zauważyła Natalii ciągnącej miłość jej życia do łódki, a następnie odbijającej od brzegu.
- Powiem tak - przeszła do rzeczy Kozłowska - Glonojadki to najgorsza drużyna pod słońcem. Potrzebują trenera z prawdziwego zdarzenia, ale mamy tylko ciebie, a więc nie będę wybrzydzać. Musisz pomóc mi stworzyć z nich drużynę z prawdziwego zdarzenia.
- Dzięki - odparł ogłuszony propozycją - ale ja nic nie wiem o siatkówce.
- One też nie - przyznała. - Teorię zostaw mi. Sam zajmiesz się treningiem kondycyjnym.
Niespodziewanie złapała go za rękę i przysunęła się bliżej.
- Mogę na ciebie liczyć?
Adriana Korbę coś zakuło w środku. Pierwszy raz od dawna był z Natalią sam na sam. Była bardzo ładna. Już zdążył zapomnieć jak wielkim uczuciem darzył ją w szkole. Nie, nadal pamiętał. To była jego odrobina szczęścia. Ich rozstanie było gwałtowne i czuł się winny tamtej sytuacji, ale potem ona dołożyła swoich trzech groszy i o jakiejkolwiek zgodzie nie mogło być mowy. W tamtej chwili chciał powiedzieć, że zawsze będzie mogła na niego liczyć, ale ostatecznie nie powiedział nic. Po kolejnym ponagleniu wydobył z siebie chłodne "tak".
Świadkiem scenki była Zosia. Adrian i wstrętny babsztyl w jednej łodzi! Najgorszym była świadomość, iż był to jego eks-babsztyl, a nie jakiś tam przypadkowy. Musiała interweniować! W oczach dziewczynki pojawiła się żądza mordu! Wściekła ruszyła kuc galopem zostawiając Jowitę podziwiającą jakieś chwasty. Wbiegając na krótki pomost nabrała rozpędu, odbiła się i wystrzeliła wzwyż. Przez chwilę wisiała w powietrzu majestatycznie, pozą przypominając latającą wiewiórkę. Lot nie był długi, bo grawitacja prędko dała o sobie znać. Tym gorzej dla Brzęckiej, bo źle wyliczyła moment upadku. Zamiast spaść na siedzącą w łódce Natalię uderzyła w taflę wody dając nura w mętnym jeziorze Glonojadów.
Adrian wychylił się za burtę spoglądając jak fale na jeziorze powoli uspokajają się. Mała Mi zniknęła pod wodą. Nastała złowroga cisza.
Nagle Zosia wynurzyła się z wody niczym Jason Voorhees w finale Piątku trzynastego. Próbując wejść do łodzi przychyliła ją. Łódka wykonała pełny obrót, a cała trójka wylądowała w wodzie.
- Świetny skok - pochwaliła dziewczynkę Jowita, gdy tylko przemoczona trójka wydostała się na brzeg.
- Świetny? Prawie nas utopiła! - rozzłościła się Natalia.
Zosia zbyła uwagę wstrętnego babsztyla.
- Chcę ci zaproponować miejsce w drużynie! - rzuciła Pawlicka.
- Protestuję!
- Milcz! - zawrzała Zosia. - Mam gdzieś drużynę!
- Byłabyś świetna - przyznał Korba wczuwając się w rolę trenera.
- Adrian zostanie naszym trenerem - dodała podekscytowana Jowita.
- Jeszcze się nie zgodziłem - zaznaczył. - Obiecałem Konradowi pomoc w naprawie auta.
- To on ma samochód? - zainteresowała się Natalia.
- Złom, a nie samochód - zaznaczyła naburmuszona Zosia.
- A poza tym... - dodała wyciskając brudną wodę z włosów - ty nie znasz się na samochodach.
Adrian poczuł się urażony, chociaż musiał przyznać Natalii rację. Jego cały wkład mógł zakończyć się na wymianie opon, na które Konrada zresztą i tak nie było stać. Całą nadzieję pokładali w wuju Modeście, częściowo zaangażowanym w pomoc.
- Chyba że... - dodała z nadzieją spoglądając na kuzynkę. - Mówiłaś, że ten twój znajomy jest mechanikiem.
Jowita przytaknęła.
- Przekonaj go, żeby pomógł Konradowi naprawić auto, a Adrian w tym czasie pomoże mi trenować drużynę. Pasuje wam taki układ?
Jowita i Adrian pokiwali głowami z nową energią.
- Zgadzam się - dodała znikąd Zosia. - Dołączę do drużyny.
- Oj, ale przecież nie chciałaś. Czyżbyś zmieniła zdanie ze względu na Adriana? - spytała kąśliwie Kozłowska.
Zosia zarumieniła się. Najchętniej ugryzłaby Natalię, ale nie mogła pozwolić sobie na takie zachowania w obecności Adriana.
Ostatecznie drużyna Glonojadek zyskała nowego trenera i zawodniczkę. Na jeszcze niepewną przyszłość drużyny spadło kilka promieni światła.

***

Istniał taki zwyczaj pielęgnowany przez Barbarę od dziesięciu lat. W każdą niedzielę odwiedzała stary cmentarz za probostwem, gdzie spoczywali wszyscy jej bliscy. Robiła to w milczeniu i z gracją. Była zupełnie inna niż Barbara, która na co dzień wykłócała się o wszystko, z każdym. Jej niedzielny rytuał znali wszyscy staraszewianie i nikt nie śmiał zakłócać jego porządku. Równie co znany był im najprawdopodobniej obojętny. Wszakże każdy miał prawo wybrać się z kwiatami i zniczem na cmentarz.
Dwóm osobom jej zwyczaj nie był obojętny. I pojawiły się na cmentarzu z nadzieją zastania na nim Korczakowej. Pierwszą był Rafał, który za cel obrał sobie wyprowadzenie kobiety z równowagi, a drugą Złowrogi, rzecz jasna, chciał zabić. Każda kolejna zbrodnia była bardziej interesująca od poprzedniej. Ofiary zachowywały się w sposób różnoraki, a kolejność, sposób morderstwa nie miały większego znaczenia. Chodziło o chęć mordu, a nie plan, którego tak sztywno i kurczowo trzymał się kretyn.
- Nie będziemy zabijać dzieciaków z obozu - wyraził sprzeciw wspólnik.
- My? - zaciekawił się ubierając maskę Złowrogiego. - Jak dotąd ty jeszcze nikogo nie zabiłeś!
- Nie udawaj, że to ci się nie podoba - wypomniał mu. - Widzę jak lubisz te przebieranki i mordowanie ludzi. Cały ten planowany finał... - zakpił.
- A do jego czasu ubiję parkę z obozu Glonojadów.
- Ściągniesz podejrzenia na mnie! Włamię się i przeszukam ich domek! Znajdę to!
- Ale jeśli nie znajdziesz to ja się nimi zajmę.
Rafał zaparkował rower przed wejściem głównym na cmentarz. W oddali dostrzegł Korczakową. Prędko minął kapliczkę i stojącego obok niej Złowrogiego. Na widok mordercy zachichotał. Jak ktoś mógł bać się faceta w stroju stracha na wróble? Nie rozumiał. Zwykła szmaciana lalka postawiła w stan gotowości całe Staraszewo. Ciekawe, czy byliby równie przerażeni znając jego tożsamość?
Złowrogi wycofał się do cmentarnej bramy. Z pomocą łańcucha zablokował wyjście. Od teraz jedyną drogą ucieczki z cmentarza był mały przesmyk pomiędzy płotem, a kapliczką, przy której czatował. Mógł ruszać na polowanie.
Tymczasem Rafał zatrzymał się w połowie dystansu pomiędzy Barbarą, a kapliczką. Nie miał siły gonić Korczakowej dlatego postanowił wołać:
- Barbaro! Barbaro!
Kobieta spojrzała w stronę Rafała z niechęcią, ale stojącego obok budynku Złowrogiego już nie zauważyła. Nie mając ochoty na pustą rozmowę z szalonym sąsiadem Pawlickich ruszyła ścieżką w dół na obrzeża cmentarza.
Rafał dogonił kobietę mówiąc złowróżbnie:
- Dorwą cię, Barbaro...
- Przestań! Zachowujesz się jak idiota!
- Oni idą po ciebie, Barbaro.
- Przestań z tymi dziecinnymi wygłupami! - mówiła, kontynuując spacer w dół cmentarza.
- Idą po ciebie! - zawołał rozentuzjazmowany. - On, tam jest jeden z nich! - wskazał na stracha na wróble coraz szybciej maszerującego w ich stronę.
Barbara wykazując się niespotykanym refleksem skręciła w alejkę wymijając Złowrogiego, zatrzymując się dopiero przy cmentarnej bramie. Ku jej najgorszemu przeczuciu żelazne drzwi były oplecione łańcuchem. Szarpnęła, ale bez efektu. Nie tracąc więcej czasu zaczęła wspinaczkę po wysokim ogrodzeniu. Będąc na szczycie bramy skoczyła, lądując na chodniku obok roweru Rafała. Zakwiliła.
Rafał z radością przyglądał się scence zupełnie nie zwracając uwagi na Złowrogiego, który stał tuż obok. Z jakiegoś powodu szalony staruszek czuł się nietykalny. Morderca mógł zbierać krwawe żniwo, ale w żadnym wypadku nie widział siebie jako jednej z tych ofiar.
- Wiem kim jesteście! Obaj! - zawołał Rafał.
Strach na wróble uderzył Rafała ostrzem prosto w twarz. Mężczyzna opadł bezwładnie na jeden z grobów majacząc coś o obozie.

***

Leszek postanowił działać metodycznie korzystając z wcześniejszych doświadczeń. Morderca był człowiekiem z krwi i kości i nie było bata, aby w jakiś tajemniczy sposób materializował się w różnych miejscach, był, zabijał i znikał. Musiał mieć jakąś bazę, w której planował ataki, zmieniał strój, a od biedy również odpoczywał. Dla Kapturnika taką miejscówkę stanowił nawiedzony dom, Rypany Drań upodobał sobie nieużywaną część hotelu.
Późnym wieczorem, kiedy Dominika już spała, Matuszewicz wymknął się do domku A2, który jak dotąd służył im jako schowek na narzędzia. Przy świetle lampki rozłożył na stole dwie mapki. Pierwszą, dziewiętnastowieczną, znalezioną w internecie i drugą, bardziej aktualną, liczącą około piętnastu lat. Wyjął ołówek i zaczął delikatnie prowadzić go po granicach miasta nowszej z mapek. Miała ona niewielkie zagięcia w rogach i pożółkły środek, ale to w żadne sposób nie przeszkadzało. Mapa miasteczka była czytelna. Przede wszystkim chciał określić różnice pomiędzy Staraszewem obecnym, a tym, które należało do Złowrogiego. Na wschodniej części rozlewał się las, a za nim zaczynało się pole Korczaków. Kiedyś całość zajmowały drzewa. Dalej - tereny probostwa - na obu wersjach mapy mniej więcej takie same. Na wschód od pola Barbary była działka Pawlickich, obóz, jezioro, posesja Wojtkowiaka, stary młyn, rzeczka, a za nią ogrody działkowe. Na chwilę zatrzymał się przy młynie kreśląc ołówkiem w miejscu oznaczenia. Dzisiaj młyn stanowił zabytek, a rzeczka bagnisty rowek.
- Do sprawdzenia - powiedział.
Ziemia, która dzisiaj należała do Iwony sto lat wcześniej była własnością Złowrogiego. Czy możliwe, że jego wnuk upominał się o te tereny w tak krwawy sposób? Leszek pomyślał o wcześniejszej wizycie u Rafała. Od południa rozciągały się łąki, pole namiotowe. Sercem miasteczka był rynek, wokół którego tłoczyły się domy oraz szkoła. W starej mapie zajmowały one mniejszą część. Lasy na południu łączyły się z lasami na wschodzie zamykając miasto w kształcie sierpa.
Leszek wziął głęboki oddech.
Co łączy Złowrogiego z tym wszystkim? To jakiś random, czy faktycznie chodzi o przodka? Gdzie leży w tym wszystkim chęć mordu, do diaska?! Pocztowa nie była związana ze Staraszewem, a dwójka licealistów?
Robiło się bardzo późno. Ziewnął przeciągle, a w akompaniamencie zaskrzypiała podłoga. W pełnej chwili grozy Leszek zrozumiał, że w pomieszczeniu poza nim jest jeszcze ktoś. Ostrożnie przesunął lampkę na krawędź stołu. Niewielkie światło padło na postać stojącą przy oknie. Był to strach na wróble. Jego masywna łapa wzięła zamach, a krótkie ostrze kosy przeleciało tuż nad głową Matuszewicza. Leszek intuicyjnie odepchnął stół blokując mordercy drogę do siebie. Złowrogi kopnął mebel nie zauważywszy, że ostrze przymocowane do jego ręki wbiło się w drewniany blat. Napastnik chwilę siłował się z meblem dając ofierze czas na ucieczkę na zewnątrz.

***

Strach na wróble okazał się mało konfrontacyjny. Po wydostaniu ostrza ze stołu postanowił nie ścigać Leszka. Nim zjawiła się policja po morderczym strachu na wróble nie było już śladu.
- A więc... - zaczął szeregowy Karaś - pani nic nie widziała.
- Spałam - odparła uprzejmie Dominika.
- A może była pani w przebraniu mordercy? - spytał podejrzliwie ksiądz policjant.
- W piżamie.
- A może twoja piżama wygląda jak kurtka Złowrogiego?- rzucił zachęcająco.
- Co, proszę?
- No taka linia piżam seryjnych morderców - wyjaśnił. - To na topie. Wiem, bo zajmowałem się projektowaniem ubrań. Te piżamy są bardzo wygodne.
- To niedorzeczne - skomentował Leszek z nadzieją wpatrujący się w Czyża.
Komendant miejscowej policji milczał. Miał większe zmartwienia niż kolejne, tym razem nieudane, morderstwo.
- Dominika jest drobna, a Złowrogi był potężnej postury - wyjaśnił zirytowany niedbalstwem policji Leszek.
- A może ona chce, abyś tak myślał? - zasugerował Karaś rzucając porozumiewawcze spojrzenia na Czyża. Piotr westchnął głośno.
- Nic tu po nas - powiedział wreszcie. - Dla waszego dobra lepiej będzie jeśli wyjedziecie jutro z samego rana.
- Spoko - rzucił Matuszewicz.
W tamtym momencie chciał już tylko pozbyć się policji.
Odnośnie wygody ubrań Leszek zauważył jedną ciekawą rzecz. Napastnik miał broń przytwierdzoną do dłoni za pomocą jakiegoś drutu. Pomijając już zakładanie maski, koszuli, spodni, kurtki, butów złowrogi musiał przytwierdzić niewielki sierp do dłoni, a następnie obwiązać ją, aby ten pozostał stabilny.
- Efekciarskie - wymamrotał - ale mało praktyczne.
- Co mówisz? - spytała Dominika.
- Nie, nic - mruknął ponuro.
Dopiero teraz mógł zastanowić się nad logistyką działań Złowrogiego. Ile czasu mogło mu zajmować zakładanie broni? Dlaczego Jowita nie wspomniała nic o tak charakterystycznym narzędziu zbrodni?
Tymi informacjami postanowił nie dzielić się z nikim. Zwłaszcza, że do głowy przyszła mu pewna szalona koncepcja...

***

Zaraz po wejściu do domu ojciec Damian Karaś wzrokiem uciekł w sufit. Nad nim znajdowała się sypialnia Barbary, z której emanowało zło władające domostwem. Nogi ugięły się pod skromnym sługą bożym. Maciuś i Artem gotowi byli łapać proboszcza. Wtem usłyszeli zachrypnięty głos Barbary:
- Karaś!
Diabelska siła dawała o sobie znać. Tego nie uczyli na kursie psychologii. Zaparł się w duchu i ruszył do sypialni Korczakowej po ciągnących się w nieskończoność schodach.
Gospodyni wyglądała nieciekawie. Miała na sobie różową halkę. Sianowate włosy stały na wszystkie możliwe strony, oczy lśniły gniewem, a blada cera przypominała trupa.
- Żądam spowiedzi, bo prawie zginęłam na cmentarzu!
Karaś mógł udzielić spowiedzi.
- Wyznaj swoje grzechy - powiedział w nerwach siadając obok łóżka.
- Nie! To ty się spowiadaj odnośnie bezpieczeństwa na cmentarzu!
Proboszcz zacietrzewił się.
- Jest bezpiecznie!
- Uważamy inaczej.
My? Barbarę opętały szatańskie moce - teraz miał pewność. Na szczęście przed laty ukończył kurs egzorcystyczny i wiedział jak postępować z opętanym.
- Ilu was jest? - zapytał dyplomatycznie.
- Wielu - odpowiedziała. - Wszyscy podpisali się na petycji o poprawienie jakości bezpieczeństwa na cmentarzu.
- Skandal!
- Zaatakował mnie Złowrogi i mam powody myśleć, że to ty.
- A w życiu! - obruszył się.
- Nie kłam - pouczyła go. - Dobrze wiem, że ukończyłeś kurs aktorski.
- Teatralny - poprawił ją z urazą.
- Od czasu pojawienia się mordercy ludzie są bardziej pobożni - zaczęła insynuować. - Wrzucają ci na tace i pogrzeby organizują częściej - mówiąc to usiadła bokiem do księdza przeglądając zawartość szafki nocnej.
Karaś przeszedł do obrony.
- Przemawia przez ciebie pycha. Pomagam policji jako specjalny konsultant do spraw duchowych, bo w kościele nic nie zarabiam - odparł z rozbrajającą szczerością.
- W takim razie ja rezygnuję z usług kościelnych - powiedziała stanowczo.
- Mama jest na lekach i wygaduje głupoty - zainterweniował Maciuś.
- Ona zawsze wygaduje głupoty - odparł surowo ksiądz.
Basia odwróciła głowę bardzo wolno. Gdyby mogła z pewnością wykonałaby pełny obrót wokół własnej osi.
- Won mi stąd - syknęła.
Ojciec Karaś wyszedł wolno i z godnością manifestując, że robi to z własnej woli, a nie przymusu.
W duchu dziękował Bogu, że skończył rozmowę.
Artem i Maciuś spoglądali na Barbarę. Kobieta była wściekła, ale w inny sposób niż zwykle.
- Synku, muszę porozmawiać z Artemem - oznajmiła oschle. - Zostaw nas samych.
Maciusia nie trzeba było prosić drugi raz. Opuścił pokój, ale w przeciwieństwie do księdza nie ukrywał ulgi z tego powodu. Dotsenko usiadł na krześle obok łóżka Korczakowej.
- Po co naprawdę przyjechałeś do Staraszewa, Artem?
- Do roboty - odparł, próbując nie stracić pewności siebie.
- Szczerze. Nie pytałam cię o nic wcześniej, chociaż pojawiłeś się w bardzo trudnym okresie dla miasteczka - mówiła z nieprawdopodobnym dla siebie spokojem. - Nie wspomniałam słowem o tobie tej nierozgarniętej policjantce, bo twoje powody zwyczajnie mnie nie obchodziły. Tak jak nie obchodzi mnie, że latasz za młodą Pawlicką, albo raczej ona za tobą. Niestety mam wrażenie, że Złowrogi jest z tobą w jakiś sposób powiązany i muszę wiedzieć jak, skoro próbował mnie zabić.
- Tego nie wiem - przyznał. - Ma pani racje. Nie przyjechałem tutaj do pracy i cokolwiek teraz powiem, chciałbym prosić panią o dyskrecję.
I wtedy opowiedział jej całą swoją historię.