Piotr skrócił sobie drogę do samochodu przecinając niewielki placyk za komisariatem policji. W wąskiej uliczce pomiędzy dwoma budynkami jak zwykle stał jego samochód. Spod wycieraczki wyciągnął świstek papieru.
WIEM CO ROBISZ I KATEGORYCZNIE ŻĄDAM ZAPRZESTANIA, BO INACZEJ...
Wiadomość zakończyła się złowieszczym trzykropkiem. Piotr zgniótł papierek w dłoni. W jednej chwili przepełniło go przemożne poczucie strachu. Lęk kiełkował w nim od dawna, ale teraz, gdy Złowrogi zamordował Grażynę, a on miał pewność, że ktoś zna sekret przeobraził się on w ponury, niekończący się koszmar. Teraz tylko on odpowiadał za zdarzenia z przeszłości. W tej samej chwili strach nabrał butności, a jego groza przeobraziła się w złość.
***
Siedział na krześle z nogami opartymi o murek, a właściwie o jego pozostałości. Rozłożysta czereśnia dawała mu cień, a wiatr przyjemną ochłodę. Przed sobą miał widok na dziką łąkę, a w oddali na stary młyn i dalsze sąsiedztwo. Było upalne lato i nic nie chciało mu się robić – chociaż wypadało. W końcu odziedziczył po rodzicach kilka hektarów ziemi (właśnie na nie spoglądał), którymi ze łzami w oczach, obiecał dobrze zagospodarować. Od tamtego czasu mijało osiem lat. Co poradzić, że mu się nie chciało?
Westchnął melancholijnie.
- Czy pan to Ernest?
Ernest uniósł głowę. Pytanie zadał mu elegancki mężczyzna – zadbany, wysoki, o miłej, chociaż chłodnej, aparycji. Nie znał faceta, ale było to zrozumiałe. Nie zapuszczał się do miasta i nie kojarzył twarzy wielu staraszewian.
- To pilne – ponaglił. - Muszę wiedzieć, czy pan to pan?
Skinieniem głowy Ernest przypieczętował swój los. Zdecydowane pchnięcie nożem między żebra odebrało mu głos. Dopiero po sekundzie zakwilił przeciągle. W naturalnym odruchu grozy ofiara zrobiła krok do przodu, ale morderca blokował jej drogę ucieczki.
Cofnąć się, cofnąć się – pomyślał spanikowany.
Tuż zza jego pleców wyrósł drugi napastnik. Pchnął Ernesta na swojego wspólnika, a ten raz jeszcze dźgnął go nożem. Ofierze pozostało już tylko zejść z tego świata.
I na tym rola Ernesta w tej historii dobiegła końca. Morderca starannie wytarł ostrze noża. Na trupa już nikt nie zwracał uwagi.
Nieopodal w krzakach dzikiej róży siedział szalony Rafał. Nie były one najprzyjemniejszą kryjówką, ale w chwili obecnej miał do wyboru znosić swędzenie lub konfrontację z morderczym duetem.
- To miejsce jest skąpane we krwi – wymamrotał szaleńczo, drapiąc się po tyłku.
***
Tydzień minął Jowicie na popołudniowych spacerach w okolicy gospodarstwa Korczaków, a przy okazji spotkaniach z Artemem, a i on zdążył przyzwyczaić się do codziennych wizyt dziewczyny. Po tygodniu Pawlicka postanowiła wykonać kolejny krok i zaprosić go do domu. Zakładała, że pewnie jej odmówi, bo od rana do wieczora harował u Barbary wykonując wszelakie prace, do których wcześniej naganiany był Maciuś, ale postanowiła nie ustępować.
- Artem, a może wpadniesz do mnie dzisiaj na kawę? - zaproponowała.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Mam robotę.
Dziewczyna rzuciła pogardliwe spojrzenie w kierunku domu Korczaków, przed którym siedział Maciuś. No właśnie... siedział i zarastał lenistwem.
- A on nie może ci pomóc?
- E... - machnął ręką. - Lepiej żeby nie pomagał, bo zawada.
Maciuś miał dwie lewe ręce do jakichkolwiek prac. Z każdą rzeczą niemiłosiernie ociągał się. Spoglądając na niego z odległości można było odnieść wrażenie, że to posąg, w którego naturze jest bezruch. Przenieść, nie przyniesie, bo nie wie, gdzie leży. Potrzymać, nie potrzyma, bo za ciężkie. Koniec końców zaczął udawać, że nie rozumie Artema. Z maciuśowej strony płynęło więcej uciążliwości niż pomocy. Dlatego Dotsenko postanowił odesłać syna szefowej na ławkę i już samemu dokończyć naprawę płotu.
- W każdym razie – zagadnęła Jowita. - Przyjdź dzisiaj, a! - ożywiła się nieznacznie, że nawet Maciuś spojrzał w ich stronę. – Mam coś, co chcę ci koniecznie pokazać!
***
Szalony Rafał był w zasadzie dalekim sąsiadem Pawlickich. Idąc wzdłuż ich działki, a przecinając sobie drogę obok pola Korczaków można było dostać się na niewielkie skupisko małych domków letniskowych, gdzie mieszkał Rafał.
Priorytetem Leszka było nieinformowanie o swoich zamiarach Dominiki, która z pewnością pierwsza rzuciłaby się na nowy trop niczym wygłodniała harpia. W kościach czuł, że włamanie na obóz Glonojadów znacząco przybliżyło ich do Złowrogiego. Nie chciał nawet myśleć o tym, że Domino może zginąć z ręki seryjnego mordercy, a o wyjeździe ze Staraszewa Rychlewska nawet nie chciała słyszeć.
- Nie! Nie zgadzam się! - mówiła twardo. - Wczoraj byłam zdenerwowana moim dziennikiem, ale dziś to dziś, a ja nie pozwolę mu się stąd przepędzić!
W takiej sytuacji jedynym co mógł zrobić dla bezpieczeństwa ukochanej było odkrycie tożsamości włamywacza mogącego być również mordercą.
Nad wymówką nie musiał się specjalnie głowić. Najpierw pojechał do Iwony z zapytaniem o wymianę, ewentualnie pranie zasłon z letniskowych chatek, potem skręcił do Rafała.
Starszy pan akurat znajdował się w domu. Mieszkał w niewielkiej chałupie łączącej pokój z kuchnią i łazienką. Drzwi wejściowe nie domykały się, ale pomyślał, że to dobrze. Rafał wśród sąsiadów miał opinię wariata i jeśli już miał z nim dyskutować wewnątrz to lepiej przy otwartych drzwiach.
Gospodarz siedział w kuchni paląc papierosa. Leszek przywitał się grzecznie, a Rafał odpowiedział przyjaznym skinieniem głowy.
Chyba jest w lepszym nastroju niż podczas naszego ostatniego spotkania – pomyślał z ulgą.
- Ty jesteś gówniarzem z obozu skąpanego we krwi.
- Nie jestem gówniarzem, ale reszta zgadza się – odparł z urazą. - Dlaczego obóz skąpany we krwi?
- Bo tam doszło do zbrodni – i tu rozpoczął opowieść o Złowrogim.
Według Rafała posiadłość hrabiego Floriana znajdowała się nad jeziorem, mniej więcej tam, gdzie stoi teraz obóz.
- Ostatnio wspomniał pan, że Złowrogi będzie zabijał dalej – spróbował zmienić kierunek rozmowy. - Kto nim jest? Jakiś jego potomek?
Rafał uznał najwidoczniej, że wystarczy normalności na jeden raz i dla zachowania balansu pora na szaleństwo. Złapał za haczyk leżący obok kaflowego piecyka i wycelował nim w rozmówcę.
- Wszyscy umrzecie, bo to klątwa tego miejsca! Szaleństwo dziedziczy się w genach!
Najwyraźniej chcąc wyręczyć mordercę rzucił w chłopaka haczykiem. Ten uniknął ciosu bez trudu. Spokojnie opuścił dom Rafała pozbawiony nadziei na zdobycie jakiegoś tropu. Staruszek wybiegł zaraz za nim wymachując w powietrzu haczykiem.
- On chce być taki jak jego dziadek! Zabije wszystkich, którzy mają czelność stąpać między rzędami kukurydzy!
Słowo "dziadek" utkwiło młodemu detektywowi w pamięci. W głowie Leszka zaczął formować się motyw. Pierwszy, chociaż nie ostatni, tamtego dnia.
Tymczasem rozochocony słuchaczem Rafał wskoczył na rower. Miał zamiar okrążyć całe Staraszewo zapowiadając wszystkim rychłą śmierć.
***
Jowita i jej matka mieszkały w ogromnym domu podzielonym na dwa mieszkania. Na parterze mieściły się trzy pokoje, kuchnia, łazienka, łączący wszystko, przestronny korytarz oraz czwarty pokój, a właściwie niedokończona dobudówka. Jej powstanie zainicjował pan Pawlicki, ale ze względu na chorobę pozostawił surowe ściany, które stworzyły prowizoryczny taras. Iwona nigdy nie chciała kończyć projektu zmarłego męża.
Gdyby mój dziadek planował czwarty pokój to by go postawił – mówiła zagniewana, ilekroć ktoś zwracał uwagę na pomieszczenie.
Piętro zajmowane obecnie przez Natalię stanowiło mniejsze mieszkanie z sypialnią, salonem, aneksem kuchennym, niewielką toaletą, a także suszarnią obecnie pełniącą funkcję składziku na rupiecie.
Dom postawił pradziadek Jowity i Natalii z założeniem, że będzie on służył licznej gromadzie dzieci oraz wnuków. Z szóstki jego potomków dwoje zmarło przedwcześnie, jedno podczas wojny, a z pozostałej trójki tylko babcia dziewczynek doczekała się dzieci; najpierw na świat przyszedł ojciec Natalii – Władzio, a kilka lat po nim Iwonka. Władzio Kozłowski wyjechał w świat zostając jakimś przedsiębiorcą od opon albo hamulców. Niestety ani babka, ani siostra nie były pewne czym dokładnie się zajmuje. Iwona wyszła za mąż za Bartosza Pawlickiego i tu jako ciekawostkę można dodać, że ów człowiek był dalekim krewnym hrabiego Złowrogiego.
Artem przyszedł punktualnie o piętnastej. Od wejścia przywitało go wesołe szczebiotanie Jowity oraz Pusia nie mogąca odmówić sobie skoku na gościa.
- Będziesz pracował u Korczaków do końca lata? - zawołała z kuchni
- Możliwe. Zależy od Barbary.
- A co potem?
- Wrócę do siebie.
- Czym zajmowałeś się na Ukrainie?
- Byłem mechanikiem, a wcześniej kierowcą. Pół roku.
- Kierowcą? Przewoziłeś przez granicę towary i pewnie stąd tak dobrze znasz język polski – dopowiedziała sobie.
- Nie – pokręcił głową. - Moja babka była polką. Uczyła mnie i siostrę.
Jowita wyciągnęła z biurka książkę i podała ją Artemowi.
- Uczysz się ukraińskiego? - spytał wyraźnie zaintrygowany.
- Dopiero zaczęłam – odparła, wertując strony. - Chcę się nauczyć... dla ciebie.
- Dla mnie?
- Bo pewnie tęsknisz za domem – mówiła zakłopotana – myślałam, że będzie ci miło, jeśli ktoś porozmawia z tobą w ojczystym języku.
- E, nie trzeba – powiedział, a po chwili zreflektował się, rozumiejąc miły gest. - Dziękuję.
- Wiem jak to jest jedyną osobą w obcym miejscu – westchnęła. - Gdy zmarł mój ukochany tata – głos Jowity zadrżał – mama zajęła się pracą, a ja musiałam nauczyć się żyć bez niego.
Zapanowało milczenie.
- Siedem lat temu nasz ojciec odszedł. Nigdy potem go nie widziałem. Nie nauczyłem się żyć bez niego, ale nauczyłem się być dobrym człowiekiem bez niego. Ty też się nauczysz.
Jowita pomyślała o chłopaku jako o kimś więcej jak tylko znajomym. I było to o tyle dziwne, że nie znała go długo, a miała wrażenie, że nikt nie jest jej bliższy.
Spojrzeli sobie prosto w oczy. Dziewczyna złapała go za rękę. Artem nieznacznie zacisnął swoją dłoń. Czuła coraz szybsze bicie serca, a jej usta dotknęły jego ust. I wtedy drzwi wejściowe trzasnęły. W jednej chwili wszystko ustało. Do pokoju jak huragan wbiegła Natalia.
- Dzień dobry... - powiedziała zaskoczona widokiem nieznajomego.
- Dzień dobry – odpowiedział Dotsenko.
- Nie chciałam przeszkadzać – zaczęła odzyskując werwę – ale opracowałam plan ratowania Glonojadek i jesteś mi potrzebna.
Artem pośpiesznie wstał z kanapy.
- Muszę już iść.
Jowita mogła już tylko odprowadzić gościa do drzwi. Przepełniała ją euforia, a serce na powrót zaczynało przyśpieszać.
- Co to za facet? - spytała podejrzliwie Natalia zaraz po wyjściu gościa.
- Artem. Pracuje u Korczaków.
- Jako kto?
- Mechanik.
Kozłowska pokręciła głową z dezaprobatą.
- Jak dobrze go znasz? Do cholery! Kilka dni temu na poczcie zamordowano jakąś babę, a ty spraszasz pod nieobecność moją i ciotki jakichś podejrzanych typów?
Jowita westchnęła głośno.
- Nieważne! Ubieraj się! - zarządziła. - Musimy ratować drużynę!
- Dokąd idziemy?
- Do Adriana!
***
Kuzynki dotarły na pole namiotowe w mgnieniu oka. Środek transportu w postaci rowerów pozostawiły ukryte za przyczepą ciecia, gdzie po raz ostatni omówiły plan działania.
- Dobra - wyszeptała konspiracyjnie Kozłowska. - Pogadam z Adrianem na osobności, a ty zaczekaj z Małą Mi. Strzeże go jak pies kości - dodała niezadowolona na myśl o siostrze Konrada.
Porobienie Zosi w konia wbrew pozorom nie okazało się trudne. Jowita zakręciła ją pytaniem o jakieś chwasty rosnące przy namiotach i mała Brzęcka nie zauważyła Natalii ciągnącej miłość jej życia do łódki, a następnie odbijającej od brzegu.
- Powiem tak - przeszła do rzeczy Kozłowska - Glonojadki to najgorsza drużyna pod słońcem. Potrzebują trenera z prawdziwego zdarzenia, ale mamy tylko ciebie, a więc nie będę wybrzydzać. Musisz pomóc mi stworzyć z nich drużynę z prawdziwego zdarzenia.
- Dzięki - odparł ogłuszony propozycją - ale ja nic nie wiem o siatkówce.
- One też nie - przyznała. - Teorię zostaw mi. Sam zajmiesz się treningiem kondycyjnym.
Niespodziewanie złapała go za rękę i przysunęła się bliżej.
- Mogę na ciebie liczyć?
Adriana Korbę coś zakuło w środku. Pierwszy raz od dawna był z Natalią sam na sam. Była bardzo ładna. Już zdążył zapomnieć jak wielkim uczuciem darzył ją w szkole. Nie, nadal pamiętał. To była jego odrobina szczęścia. Ich rozstanie było gwałtowne i czuł się winny tamtej sytuacji, ale potem ona dołożyła swoich trzech groszy i o jakiejkolwiek zgodzie nie mogło być mowy. W tamtej chwili chciał powiedzieć, że zawsze będzie mogła na niego liczyć, ale ostatecznie nie powiedział nic. Po kolejnym ponagleniu wydobył z siebie chłodne "tak".
Świadkiem scenki była Zosia. Adrian i wstrętny babsztyl w jednej łodzi! Najgorszym była świadomość, iż był to jego eks-babsztyl, a nie jakiś tam przypadkowy. Musiała interweniować! W oczach dziewczynki pojawiła się żądza mordu! Wściekła ruszyła kuc galopem zostawiając Jowitę podziwiającą jakieś chwasty. Wbiegając na krótki pomost nabrała rozpędu, odbiła się i wystrzeliła wzwyż. Przez chwilę wisiała w powietrzu majestatycznie, pozą przypominając latającą wiewiórkę. Lot nie był długi, bo grawitacja prędko dała o sobie znać. Tym gorzej dla Brzęckiej, bo źle wyliczyła moment upadku. Zamiast spaść na siedzącą w łódce Natalię uderzyła w taflę wody dając nura w mętnym jeziorze Glonojadów.
Adrian wychylił się za burtę spoglądając jak fale na jeziorze powoli uspokajają się. Mała Mi zniknęła pod wodą. Nastała złowroga cisza.
Nagle Zosia wynurzyła się z wody niczym Jason Voorhees w finale Piątku trzynastego. Próbując wejść do łodzi przychyliła ją. Łódka wykonała pełny obrót, a cała trójka wylądowała w wodzie.
- Świetny skok - pochwaliła dziewczynkę Jowita, gdy tylko przemoczona trójka wydostała się na brzeg.
- Świetny? Prawie nas utopiła! - rozzłościła się Natalia.
Zosia zbyła uwagę wstrętnego babsztyla.
- Chcę ci zaproponować miejsce w drużynie! - rzuciła Pawlicka.
- Protestuję!
- Milcz! - zawrzała Zosia. - Mam gdzieś drużynę!
- Byłabyś świetna - przyznał Korba wczuwając się w rolę trenera.
- Adrian zostanie naszym trenerem - dodała podekscytowana Jowita.
- Jeszcze się nie zgodziłem - zaznaczył. - Obiecałem Konradowi pomoc w naprawie auta.
- To on ma samochód? - zainteresowała się Natalia.
- Złom, a nie samochód - zaznaczyła naburmuszona Zosia.
- A poza tym... - dodała wyciskając brudną wodę z włosów - ty nie znasz się na samochodach.
Adrian poczuł się urażony, chociaż musiał przyznać Natalii rację. Jego cały wkład mógł zakończyć się na wymianie opon, na które Konrada zresztą i tak nie było stać. Całą nadzieję pokładali w wuju Modeście, częściowo zaangażowanym w pomoc.
- Chyba że... - dodała z nadzieją spoglądając na kuzynkę. - Mówiłaś, że ten twój znajomy jest mechanikiem.
Jowita przytaknęła.
- Przekonaj go, żeby pomógł Konradowi naprawić auto, a Adrian w tym czasie pomoże mi trenować drużynę. Pasuje wam taki układ?
Jowita i Adrian pokiwali głowami z nową energią.
- Zgadzam się - dodała znikąd Zosia. - Dołączę do drużyny.
- Oj, ale przecież nie chciałaś. Czyżbyś zmieniła zdanie ze względu na Adriana? - spytała kąśliwie Kozłowska.
Zosia zarumieniła się. Najchętniej ugryzłaby Natalię, ale nie mogła pozwolić sobie na takie zachowania w obecności Adriana.
Ostatecznie drużyna Glonojadek zyskała nowego trenera i zawodniczkę. Na jeszcze niepewną przyszłość drużyny spadło kilka promieni światła.
***
Istniał taki zwyczaj pielęgnowany przez Barbarę od dziesięciu lat. W każdą niedzielę odwiedzała stary cmentarz za probostwem, gdzie spoczywali wszyscy jej bliscy. Robiła to w milczeniu i z gracją. Była zupełnie inna niż Barbara, która na co dzień wykłócała się o wszystko, z każdym. Jej niedzielny rytuał znali wszyscy staraszewianie i nikt nie śmiał zakłócać jego porządku. Równie co znany był im najprawdopodobniej obojętny. Wszakże każdy miał prawo wybrać się z kwiatami i zniczem na cmentarz.
Dwóm osobom jej zwyczaj nie był obojętny. I pojawiły się na cmentarzu z nadzieją zastania na nim Korczakowej. Pierwszą był Rafał, który za cel obrał sobie wyprowadzenie kobiety z równowagi, a drugą Złowrogi, rzecz jasna, chciał zabić. Każda kolejna zbrodnia była bardziej interesująca od poprzedniej. Ofiary zachowywały się w sposób różnoraki, a kolejność, sposób morderstwa nie miały większego znaczenia. Chodziło o chęć mordu, a nie plan, którego tak sztywno i kurczowo trzymał się kretyn.
- Nie będziemy zabijać dzieciaków z obozu - wyraził sprzeciw wspólnik.
- My? - zaciekawił się ubierając maskę Złowrogiego. - Jak dotąd ty jeszcze nikogo nie zabiłeś!
- Nie udawaj, że to ci się nie podoba - wypomniał mu. - Widzę jak lubisz te przebieranki i mordowanie ludzi. Cały ten planowany finał... - zakpił.
- A do jego czasu ubiję parkę z obozu Glonojadów.
- Ściągniesz podejrzenia na mnie! Włamię się i przeszukam ich domek! Znajdę to!
- Ale jeśli nie znajdziesz to ja się nimi zajmę.
Rafał zaparkował rower przed wejściem głównym na cmentarz. W oddali dostrzegł Korczakową. Prędko minął kapliczkę i stojącego obok niej Złowrogiego. Na widok mordercy zachichotał. Jak ktoś mógł bać się faceta w stroju stracha na wróble? Nie rozumiał. Zwykła szmaciana lalka postawiła w stan gotowości całe Staraszewo. Ciekawe, czy byliby równie przerażeni znając jego tożsamość?
Złowrogi wycofał się do cmentarnej bramy. Z pomocą łańcucha zablokował wyjście. Od teraz jedyną drogą ucieczki z cmentarza był mały przesmyk pomiędzy płotem, a kapliczką, przy której czatował. Mógł ruszać na polowanie.
Tymczasem Rafał zatrzymał się w połowie dystansu pomiędzy Barbarą, a kapliczką. Nie miał siły gonić Korczakowej dlatego postanowił wołać:
- Barbaro! Barbaro!
Kobieta spojrzała w stronę Rafała z niechęcią, ale stojącego obok budynku Złowrogiego już nie zauważyła. Nie mając ochoty na pustą rozmowę z szalonym sąsiadem Pawlickich ruszyła ścieżką w dół na obrzeża cmentarza.
Rafał dogonił kobietę mówiąc złowróżbnie:
- Dorwą cię, Barbaro...
- Przestań! Zachowujesz się jak idiota!
- Oni idą po ciebie, Barbaro.
- Przestań z tymi dziecinnymi wygłupami! - mówiła, kontynuując spacer w dół cmentarza.
- Idą po ciebie! - zawołał rozentuzjazmowany. - On, tam jest jeden z nich! - wskazał na stracha na wróble coraz szybciej maszerującego w ich stronę.
Barbara wykazując się niespotykanym refleksem skręciła w alejkę wymijając Złowrogiego, zatrzymując się dopiero przy cmentarnej bramie. Ku jej najgorszemu przeczuciu żelazne drzwi były oplecione łańcuchem. Szarpnęła, ale bez efektu. Nie tracąc więcej czasu zaczęła wspinaczkę po wysokim ogrodzeniu. Będąc na szczycie bramy skoczyła, lądując na chodniku obok roweru Rafała. Zakwiliła.
Rafał z radością przyglądał się scence zupełnie nie zwracając uwagi na Złowrogiego, który stał tuż obok. Z jakiegoś powodu szalony staruszek czuł się nietykalny. Morderca mógł zbierać krwawe żniwo, ale w żadnym wypadku nie widział siebie jako jednej z tych ofiar.
- Wiem kim jesteście! Obaj! - zawołał Rafał.
Strach na wróble uderzył Rafała ostrzem prosto w twarz. Mężczyzna opadł bezwładnie na jeden z grobów majacząc coś o obozie.
***
Leszek postanowił działać metodycznie korzystając z wcześniejszych doświadczeń. Morderca był człowiekiem z krwi i kości i nie było bata, aby w jakiś tajemniczy sposób materializował się w różnych miejscach, był, zabijał i znikał. Musiał mieć jakąś bazę, w której planował ataki, zmieniał strój, a od biedy również odpoczywał. Dla Kapturnika taką miejscówkę stanowił nawiedzony dom, Rypany Drań upodobał sobie nieużywaną część hotelu.
Późnym wieczorem, kiedy Dominika już spała, Matuszewicz wymknął się do domku A2, który jak dotąd służył im jako schowek na narzędzia. Przy świetle lampki rozłożył na stole dwie mapki. Pierwszą, dziewiętnastowieczną, znalezioną w internecie i drugą, bardziej aktualną, liczącą około piętnastu lat. Wyjął ołówek i zaczął delikatnie prowadzić go po granicach miasta nowszej z mapek. Miała ona niewielkie zagięcia w rogach i pożółkły środek, ale to w żadne sposób nie przeszkadzało. Mapa miasteczka była czytelna. Przede wszystkim chciał określić różnice pomiędzy Staraszewem obecnym, a tym, które należało do Złowrogiego. Na wschodniej części rozlewał się las, a za nim zaczynało się pole Korczaków. Kiedyś całość zajmowały drzewa. Dalej - tereny probostwa - na obu wersjach mapy mniej więcej takie same. Na wschód od pola Barbary była działka Pawlickich, obóz, jezioro, posesja Wojtkowiaka, stary młyn, rzeczka, a za nią ogrody działkowe. Na chwilę zatrzymał się przy młynie kreśląc ołówkiem w miejscu oznaczenia. Dzisiaj młyn stanowił zabytek, a rzeczka bagnisty rowek.
- Do sprawdzenia - powiedział.
Ziemia, która dzisiaj należała do Iwony sto lat wcześniej była własnością Złowrogiego. Czy możliwe, że jego wnuk upominał się o te tereny w tak krwawy sposób? Leszek pomyślał o wcześniejszej wizycie u Rafała. Od południa rozciągały się łąki, pole namiotowe. Sercem miasteczka był rynek, wokół którego tłoczyły się domy oraz szkoła. W starej mapie zajmowały one mniejszą część. Lasy na południu łączyły się z lasami na wschodzie zamykając miasto w kształcie sierpa.
Leszek wziął głęboki oddech.
Co łączy Złowrogiego z tym wszystkim? To jakiś random, czy faktycznie chodzi o przodka? Gdzie leży w tym wszystkim chęć mordu, do diaska?! Pocztowa nie była związana ze Staraszewem, a dwójka licealistów?
Robiło się bardzo późno. Ziewnął przeciągle, a w akompaniamencie zaskrzypiała podłoga. W pełnej chwili grozy Leszek zrozumiał, że w pomieszczeniu poza nim jest jeszcze ktoś. Ostrożnie przesunął lampkę na krawędź stołu. Niewielkie światło padło na postać stojącą przy oknie. Był to strach na wróble. Jego masywna łapa wzięła zamach, a krótkie ostrze kosy przeleciało tuż nad głową Matuszewicza. Leszek intuicyjnie odepchnął stół blokując mordercy drogę do siebie. Złowrogi kopnął mebel nie zauważywszy, że ostrze przymocowane do jego ręki wbiło się w drewniany blat. Napastnik chwilę siłował się z meblem dając ofierze czas na ucieczkę na zewnątrz.
Robiło się bardzo późno. Ziewnął przeciągle, a w akompaniamencie zaskrzypiała podłoga. W pełnej chwili grozy Leszek zrozumiał, że w pomieszczeniu poza nim jest jeszcze ktoś. Ostrożnie przesunął lampkę na krawędź stołu. Niewielkie światło padło na postać stojącą przy oknie. Był to strach na wróble. Jego masywna łapa wzięła zamach, a krótkie ostrze kosy przeleciało tuż nad głową Matuszewicza. Leszek intuicyjnie odepchnął stół blokując mordercy drogę do siebie. Złowrogi kopnął mebel nie zauważywszy, że ostrze przymocowane do jego ręki wbiło się w drewniany blat. Napastnik chwilę siłował się z meblem dając ofierze czas na ucieczkę na zewnątrz.
***
Strach na wróble okazał się mało konfrontacyjny. Po wydostaniu ostrza ze stołu postanowił nie ścigać Leszka. Nim zjawiła się policja po morderczym strachu na wróble nie było już śladu.
- A więc... - zaczął szeregowy Karaś - pani nic nie widziała.
- Spałam - odparła uprzejmie Dominika.
- A może była pani w przebraniu mordercy? - spytał podejrzliwie ksiądz policjant.
- W piżamie.
- A może twoja piżama wygląda jak kurtka Złowrogiego?- rzucił zachęcająco.
- Co, proszę?
- No taka linia piżam seryjnych morderców - wyjaśnił. - To na topie. Wiem, bo zajmowałem się projektowaniem ubrań. Te piżamy są bardzo wygodne.
- To niedorzeczne - skomentował Leszek z nadzieją wpatrujący się w Czyża.
Komendant miejscowej policji milczał. Miał większe zmartwienia niż kolejne, tym razem nieudane, morderstwo.
- Dominika jest drobna, a Złowrogi był potężnej postury - wyjaśnił zirytowany niedbalstwem policji Leszek.
- A może ona chce, abyś tak myślał? - zasugerował Karaś rzucając porozumiewawcze spojrzenia na Czyża. Piotr westchnął głośno.
- Nic tu po nas - powiedział wreszcie. - Dla waszego dobra lepiej będzie jeśli wyjedziecie jutro z samego rana.
- Spoko - rzucił Matuszewicz.
W tamtym momencie chciał już tylko pozbyć się policji.
Odnośnie wygody ubrań Leszek zauważył jedną ciekawą rzecz. Napastnik miał broń przytwierdzoną do dłoni za pomocą jakiegoś drutu. Pomijając już zakładanie maski, koszuli, spodni, kurtki, butów złowrogi musiał przytwierdzić niewielki sierp do dłoni, a następnie obwiązać ją, aby ten pozostał stabilny.
- Efekciarskie - wymamrotał - ale mało praktyczne.
- Co mówisz? - spytała Dominika.
- Nie, nic - mruknął ponuro.
Dopiero teraz mógł zastanowić się nad logistyką działań Złowrogiego. Ile czasu mogło mu zajmować zakładanie broni? Dlaczego Jowita nie wspomniała nic o tak charakterystycznym narzędziu zbrodni?
Tymi informacjami postanowił nie dzielić się z nikim. Zwłaszcza, że do głowy przyszła mu pewna szalona koncepcja...
***
Zaraz po wejściu do domu ojciec Damian Karaś wzrokiem uciekł w sufit. Nad nim znajdowała się sypialnia Barbary, z której emanowało zło władające domostwem. Nogi ugięły się pod skromnym sługą bożym. Maciuś i Artem gotowi byli łapać proboszcza. Wtem usłyszeli zachrypnięty głos Barbary:
- Karaś!
Diabelska siła dawała o sobie znać. Tego nie uczyli na kursie psychologii. Zaparł się w duchu i ruszył do sypialni Korczakowej po ciągnących się w nieskończoność schodach.
Gospodyni wyglądała nieciekawie. Miała na sobie różową halkę. Sianowate włosy stały na wszystkie możliwe strony, oczy lśniły gniewem, a blada cera przypominała trupa.
- Żądam spowiedzi, bo prawie zginęłam na cmentarzu!
Karaś mógł udzielić spowiedzi.
- Wyznaj swoje grzechy - powiedział w nerwach siadając obok łóżka.
- Nie! To ty się spowiadaj odnośnie bezpieczeństwa na cmentarzu!
Proboszcz zacietrzewił się.
- Jest bezpiecznie!
- Uważamy inaczej.
My? Barbarę opętały szatańskie moce - teraz miał pewność. Na szczęście przed laty ukończył kurs egzorcystyczny i wiedział jak postępować z opętanym.
- Ilu was jest? - zapytał dyplomatycznie.
- Wielu - odpowiedziała. - Wszyscy podpisali się na petycji o poprawienie jakości bezpieczeństwa na cmentarzu.
- Skandal!
- Zaatakował mnie Złowrogi i mam powody myśleć, że to ty.
- A w życiu! - obruszył się.
- Nie kłam - pouczyła go. - Dobrze wiem, że ukończyłeś kurs aktorski.
- Teatralny - poprawił ją z urazą.
- Od czasu pojawienia się mordercy ludzie są bardziej pobożni - zaczęła insynuować. - Wrzucają ci na tace i pogrzeby organizują częściej - mówiąc to usiadła bokiem do księdza przeglądając zawartość szafki nocnej.
Karaś przeszedł do obrony.
- Przemawia przez ciebie pycha. Pomagam policji jako specjalny konsultant do spraw duchowych, bo w kościele nic nie zarabiam - odparł z rozbrajającą szczerością.
- W takim razie ja rezygnuję z usług kościelnych - powiedziała stanowczo.
- Mama jest na lekach i wygaduje głupoty - zainterweniował Maciuś.
- Ona zawsze wygaduje głupoty - odparł surowo ksiądz.
Basia odwróciła głowę bardzo wolno. Gdyby mogła z pewnością wykonałaby pełny obrót wokół własnej osi.
- Won mi stąd - syknęła.
Ojciec Karaś wyszedł wolno i z godnością manifestując, że robi to z własnej woli, a nie przymusu.
W duchu dziękował Bogu, że skończył rozmowę.
Artem i Maciuś spoglądali na Barbarę. Kobieta była wściekła, ale w inny sposób niż zwykle.
- Synku, muszę porozmawiać z Artemem - oznajmiła oschle. - Zostaw nas samych.
Maciusia nie trzeba było prosić drugi raz. Opuścił pokój, ale w przeciwieństwie do księdza nie ukrywał ulgi z tego powodu. Dotsenko usiadł na krześle obok łóżka Korczakowej.
- Po co naprawdę przyjechałeś do Staraszewa, Artem?
- Do roboty - odparł, próbując nie stracić pewności siebie.
- Szczerze. Nie pytałam cię o nic wcześniej, chociaż pojawiłeś się w bardzo trudnym okresie dla miasteczka - mówiła z nieprawdopodobnym dla siebie spokojem. - Nie wspomniałam słowem o tobie tej nierozgarniętej policjantce, bo twoje powody zwyczajnie mnie nie obchodziły. Tak jak nie obchodzi mnie, że latasz za młodą Pawlicką, albo raczej ona za tobą. Niestety mam wrażenie, że Złowrogi jest z tobą w jakiś sposób powiązany i muszę wiedzieć jak, skoro próbował mnie zabić.
- Tego nie wiem - przyznał. - Ma pani racje. Nie przyjechałem tutaj do pracy i cokolwiek teraz powiem, chciałbym prosić panią o dyskrecję.
I wtedy opowiedział jej całą swoją historię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz