Komendant Piotr Czyż uważał się za szczęściarza. Sukcesy notował zarówno na polu prywatnym jak i zawodowym. Poślubił wspaniałą pod każdym względem kobietę, a ich dwójka dzieci, w wieku pięć i osiem, nie przysparzała żadnych trudności wychowawczych. Z kolei praca policjanta w Staraszewie nie generowała większych stresów. Raporty pisały się same, podwładni nie byli problematyczni, a przestępstw brakowało jak na lekarstwo. Niezmącona idylla trwała do owej feralnej nocy, później ochrzczonej Nocą Złowrogiego Czynu, gdy to zadzwonił telefon. Odebrała zastępczyni Czyża, aspirant Alicja Bielak.
- Ja więcej nie pamiętam, proszę pana – odparła Jowita.
Alicja zapowietrzyła się. Obdarowała dziewczynę lodowatym spojrzeniem i podeszła do Czyża. Ten prawie nie zwrócił uwagi na nią. Z niepokojem przyglądał się Jowicie oraz dwójce towarzyszących jej ludzi. Myśli kołatały się wokół niejasnej zbrodni. Kto dopuścił się tak ohydnego czynu, pytał i zaraz sam sobie udzielał odpowiedzi, w takich miejscach jak Staraszewo, nie dochodzi do morderstw.
- Co powiedziała? - spytał wreszcie.
- Wzięła mnie za faceta – oznajmiła obrażona Alicja. - Powiedziała, "proszę pana".
- Pytałem o zeznania.
- Jowita Pawlicka, lat siedemnaście i Mikołaj Gorazda, lat osiemnaście, po dyskotece szkolnej wybrali się za miasto – mówiła automatycznie. – Tam... - mechaniczny głos zawiesił się na chwilę – według zeznań dziewczyny, zaatakował ich strach na wróble.
- Przepraszam, co?
- Powiedziała, że napastnik miał na sobie kostium stracha na wróble i przedstawił się jako Złowrogi – sprecyzowała.
Piotr milczał. Na przebierańcu postanowił chwilowo się nie skupiać. Bardziej interesowała go para, która przywiozła młodą Pawlicką na posterunek.
- A ci dwoje?
- Dominika Rychlewska i Leszek Matuszewicz – przeczytała z notatek. - Odrestaurowują Obóz Glonojadów. Wyszli na wieczorny spacer i wpadli na Jowitę. O sprawie wiedzą tyle, co zdążyła wypaplać im niedoszła ofiara czyli... w sumie... tyle co my.
Czyż pokręcił głową. W Staraszewie doszło do zbrodni, a teraz w jego obowiązku było tę zbrodnię wyjaśnić.
***
Do Jowity świadomość o morderstwie docierała w różnorakim tempie. W drodze na posterunek zrelacjonowała zdarzenie z detalami nowo poznanej parze. Przy policjantach zacięła się chwilowo, ale w końcu opowiedziała historię od tyłu. Alicja nie maglowała jej zbyt długo, ale za to wyjątkowo starannie. Teraz nastolatka siedziała na prostym krzesełku i czekała na mamę. Już nic nie mówiła. Spoglądała na rozdartą sukienkę. Zniszczyła się w lesie. Pamiętała nawet moment, w którym materiał zaczepił o jakąś gałąź. Mikołaj, przypomniała sobie leżącego na ziemi chłopaka. Zrobiło jej się niedobrze. Powinna była zawrócić, a co jeśli Mikołaj jeszcze żył?
W tym samym momencie na komendę wpadły mama i kuzynka. Jowita rzuciła się w objęcia matki, a Leszek i Dominika zawołali z zaskoczeniem:
- Iwona?
- To wy znaleźliście moją córeczkę? Dziękuję za pomoc – odparła słabo.
- Leszek? Dominika? - zza pleców pani Pawlickiej wyłoniła się Natalia. - Co wy tutaj robicie?
- Pracujemy na Obozie Glonojadów – wyjaśnił chłopak i szybko zreflektował się zapytaniem: - Czy ty przypadkiem nie miałaś być w Sztokholmie?
Natalia zagryzła wargi. Swój wyjazd do Szwecji zdążyła roztrąbić wszem i wobec, gdy ojciec wypalił ze Staraszewem. Przyznawać się nie zamierzała, bo to wstyd. Udawać przejęzyczenie? Stokholm brzmiał prawie jak Staraszewo. Tu i tam daleko, ale nadal wstyd. Nie! Postanowiła nikogo nie wyprowadzać z błędu. Do ostatniego dnia zarzekała się, że wyjeżdża za granice. Dla lepszego kamuflażu wzięła nawet kurtkę, szalik i czapkę. Kto mógł przewidzieć, że Matuszewicz przyjedzie na wakacje akurat tam, gdzie ona?
- Jestem w drodze – odparła niechętnie.
- Zaraz... to wy się znacie? - zainteresowała się ciotka.
- Niech ciocia niczym się nie martwi – powiedziała z nową energią. - Leszek i Dominika to moi dobrzy przyjaciele i niejedną krwawą aferę razem wyjaśniliśmy. Tym razem też wytropimy tego gnoja – mówiąc to, uniosła się nieznacznie w złości, ale pierwszy raz od przyjazdu poczuła się znajomo.
Kiedy trupy i morderstwa stały się dla niej normalnością? Świadomość o kolorowym, a właściwie krwisto-czerwonym życiu jakie ostatnimi czasy wiedzie wprawiło ją w ponowne przygnębienie. Nie dała jednak tego po sobie poznać i przeszła do zasadniczego pytania:
- Kto to zrobił?
- Złowrogi.
***
- Złowrogi – przeczytała w notesiku Alicja Bielak. - Kto to ten Złowrogi?
- A - machnął ręką Piotr – tutejsza legenda. Był szalonym hrabią, który zamordował amanta córki.
- W takim razie może morderstwa dokonał ojciec tej dziewczyny?
- Wykluczone – mruknął z niezadowoleniem. - Pawlickiego znałem osobiście i osobiście byłem na jego pogrzebie.
- W takim razie matka.
- W życiu nie uwierzę.
- Kuzynka?
Kuzynka nawet mu pasowała, ale po chwili koncept wydał mu się idiotyczny. Chwilę wcześniej rozmawiał z Natalią Kozłowską. Dziewczyna paplała jakieś bzdury o fatum i kolejnym bydlaku, co mu się mordować zachciewa. Psychiczna, ale z pewnością nie morderczyni. Dzieciaki, które przywiozły na komisariat Jowitę wykluczył z miejsca. Obóz znajduje się cztery kilometry w linii prostej od pola kukurydzy. Młoda Pawlicka biegła przez las. Żeby na nią ponownie natrafić i odwieźć musieliby przewidzieć,w którą stronę biegnie, a następnie wyprzedzić ją. Wszystko to z użyciem samochodu, nocą, a oni nie są stąd. Całą czwórkę należało wykreślić z listy podejrzanych.
Miejsce zbrodni znaleźli bez problemów. Na styku szosy i pola kukurydzy stał zaparkowany samochód, a obok niego leżał trup. Wokoło rozciągały się ślady lichej walki. Alicja poświeciła latarką na denata. O Mikołaju można było powiedzieć tylko to, że został zamordowany w wyjątkowo brutalny sposób. Częściowo usunięte, prawdopodobnie przez mordercę, ślady prowadziły od tyczki wyrastającej ponad pole kukurydzy. Wydawało jakby strach na wróble faktycznie ożył, stoczył walkę z Gorazdą, a potem ruszył w stronę lasu, gdzie ślad się urywał.
- Czy ona nie zeznała, że go uderzyła tą tyczką? - spytała Bielak, spoglądając w notatki.
Komendant w milczeniu spoglądał na pole. Bywał tu często. Barbara Korczak zawiadamiała policję o zuchwałych kradzieżach strachów na wróble. Ostatnia ze szmacianych lalek najwidoczniej sama zdecydowała się uciec, a przy okazji zabić licealistę.
- Porozmawiaj z Korczakową – wydał polecenie. - Chcę wiedzieć, czy ktoś tutaj się kręcił. Jeśli tak, to kiedy i po co, swój, czy obcy. Bez różnicy.
***
Alicja porozmawiała z Basią jak kobieta z kobietą. Pani Korczak wyjaśniła, że nikogo podejrzanego na swoim polu nie widziała. Zresztą, nie siedzi po nocach i nie obserwuje jak kukurydza rośnie. Zniknięcie stracha na wróble mocno ją zdenerwowało, a oskarżenie go o morderstwo wprowadziło w szał. Od razu podzieliła się swoimi domysłami odnośnie zbrodni i to one poprowadziły Piotra na pole namiotowe. I mimo wszelakich próśb pana Wojciechowskiego, policjant miał zamiar przesłuchać biwakujących tam nastolatków. Miał szczęście złapać całą czwórkę. Młodsza z dziewczyn siedziała na kocyku i spoglądała na Obóz Glonojadów po drugiej stronie jeziora. Jej brat z widocznym znudzeniem wpatrywał się w telefon, a pozostała dwójka opalała się na molo. Czyż rozpoczął przyjacielsko i delikatnie.
- Nic nie słyszeliśmy – odparł zgodnie z prawdą Adrian Korba.
- Poszliśmy spać około północy, no... może chwilę po – dodał Konrad. - A kogo zamordowali?
Policjant poczerwieniał.
- Skąd wiecie, że kogoś zamordowano?
- Pan Krzysiu się wygadał – wyjaśnił Brzęcki. - Bał się, że uciekniemy, gdy tylko dowiemy się o morderstwie i wolał nas uprzedzić przed policją.
Komendant stłumił złość.
- To ktoś z Obozu Glonojadów, tak? - Zosia po raz pierwszy oderwała wzrok od domków po drugiej stronie jeziora.
- Dlaczego tak myślisz?
- Bo przyjechał pan tu do nas. Szuka pan świadków, a tych, na logikę, zwykle szuka się blisko miejsca zbrodni.
Sposób myślenia dziewczyny spodobał mu się. Może w ten sposób upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu? Młodzi byli skorzy do pomocy, a on nie miał nic przeciwko. Jako podejrzanych wykluczył ich niemalże od razu, a teraz wyłącznie z ciekawości przysłuchiwał się ich opiniom.
Zaraz po odejściu policjanta wybuchła żywiołowa dyskusja na temat mordercy.
- Źle robimy siedząc tutaj – podsumował stanowczo Konrad. - Od dwóch dni jesteśmy nad jeziorem i w ogóle nie znamy Staraszewa.
- Co proponujesz? - zaciekawiła się Angelika.
- Wycieczkę. Poznamy miejscowych.
***
Artem Dotsenko miał dwadzieścia dwa lata. Fizycznie prezentował się przeciętnie. Był średniego wzrostu, szczupły. Włosy miał ciemne, gęste, zarost, oczy szare i tak naprawdę poza ukraińskim akcentem nie różnił się niczym od mieszkańców Staraszewa. Urodził się w Winnicy i tam też spędził większość swojego życia. To była jego pierwsza wizyta w Polsce, w ogóle pierwsza zagraniczna podróż. Mimo to po polsku mówił znakomicie, co było zasługą babci z pochodzenia polki, która swój język ojczysty wbijała najpierw dzieciom, a potem wnukom. Uczył się, chociaż sensu większego w tej edukacji nie widział, bo do Polski nie zamierzał jechać. Angielski, niemiecki, rosyjski, zgoda, ale polski? Na co to mu potrzebne? Dopiero teraz docenił babcine nauki, które spłynęły na niego niczym peany anielskie.
Przed wejściem na posesje zgasił papierosa. Jeszcze chwilę wahał się. Wejść, nie wejść. Nie cierpiał bezczynności. Bardziej zdecydowanym krokiem przeszedł przez zaśmiecone podwórze i trafił do drzwi. Dzwonka nie było, a więc zapukał. Korczak otworzyła energicznie przekonana, że to policjantka czegoś zapomniała i znowu ją niepokoi.
- Słucham.
- Szukam roboty.
- Niby tutaj? - złość ustąpiła podejrzliwości.
- Tutaj – powtórzył. - Nazywam się Artem Dotsenko.
Podejrzliwość ustąpiła standardowemu niezadowoleniu.
- Może i mam pracę – oznajmiła, rozglądając się ostrożnie. - Niech pan wejdzie do środka – zaprosiła go usilnie starając się, aby nie brzmiało to jak rozkaz.
Usiedli przy stole kuchennym. Gospodyni zaparzyła herbatę, popatrzyła na zegarek i rozpoczęła rozmowę.
- Kolega ustawił mi pracę w Katowicach, ale zmył się – zaschło mu w gardle. - Zostałem bez niczego. Ktoś poradził mi, żeby spróbować zatrudnić się na wsi przy żniwach.
Na samą myśl o żniwach Barbara poczuła złość. Nigdy wcześniej nie potrzebowała pomocy przy zbiorach, ale przez morderstwo złapała opóźnienie.
Zamieszała łyżeczką w filiżance i wyjrzała przez kuchenne okno. Podwórze wyglądało jak pobojowisko. Nic nowego.
- Pracował pan na wsi?
- Jestem z zawodu mechanikiem – odparł – ale nie boję się ciężkiej pracy.
Gospodyni odłożyła łyżeczkę.
- Wczoraj zamordowali człowieka – powiedziała obojętnie. - Stąd nawet widać to miejsce.
Artem spojrzał na pole zaczynające się za szosą. Nic nie odpowiedział.
- To nie najlepszy okres na wizyty w Staraszewie – ciągnęła – zatrudnię pana, jeśli się jeszcze nie rozmyślił.
Pani Korczak odstąpiła mu mały pokój przy kuchni, a właściwie, niewielki kąt z kanapą, który mógł oddzielić od reszty pomieszczenia parawanem. Nie był to luksus, ale wystarczył. Usiadł na kanapie. Twarz ukrył w dłoniach i głęboko westchnął. Po chwili sięgnął po portfel. Ze środka wyciągnął wymięte zdjęcie młodej kobiety.
- Jestem blisko – wyszeptał.
***
- Wojciechowski jak ta dziennikarka – stwierdził z przekonaniem Adrian.
- Wojtkowiak – obstawała przy swoim Angelika.
Konrad bardziej przychylał się do wersji koleżanki. Z kolei Zosi było wszystko jedno. Mógł być nawet Wojtek, jeśli tylko pole namiotowe będzie jej odpowiadało, a na razie nie odpowiadało. Już pierwszej nocy obudził ją krzyk jakiejś dziewuchy. Sąsiadów nie mieli żadnych, jeśli nie liczyć ciecia pilnującego pola. Z ciecia był jeszcze jeden pożytek – posiadał czajnik elektryczny i użyczał go biwakowiczom w potrzebie.
Inaczej sprawy miały się z tym całym "Wojtkowiczem"... Był wstrętny z charakteru i wyglądu. Wpadał na pole codziennie, niby to sprawdzić, czy goście mają się dobrze, ale niemal od razu przechodził do części informacyjnej.
- Pole na początku dzierżawiłem od Korczakowej – opowiadał.
Adrian kiwał głową, a Konrad leżał na kocu i nawet nie udawał, że słucha.
W rzeczywistości czuł się rozczarowany wakacjami. Od powrotu z praktyk czas mijał bardzo szybko. Nie wiedzieć kiedy, skończył szkołę, zdał prawo jazdy, Gustaw ogłosił zaręczyny z panną Olą, a on ma im świadkować na ślubie we wrześniu, a w październiku miał rozpocząć szkołę filmową. Na myśl o ślubie brata ścisnęło go w dołku. Cieszył się, ale z drugiej jego serce nadal wzdychało do wyzbytej z emocji Aleksandry. Pocieszeniem była heca związana ze zbrodnią w miasteczku. Może chociaż ujmą kolejnego sprawcę, jeśli tym razem nie zginą. Ostatnio był bardzo blisko śmierci.
- Potem sprzedała mi ten kawałek ziemi – ciągnął. - Interesu nie ma żadnego jak widzicie...
- To po co pan kupił – spytała zgryźliwie Zosia.
- Bo lubię kontakt z młodzieżą – w jego głosie falowało niezadowolenie.
Dziewczynka nie uwierzyła. Gdyby nie miał mamony, nie prowadziłby interesu. Mimo czternastu lat młodsza siostra Konrada głupia nie była. W sprawach finansowych nikt nie mógł jej oszukać, a już na pewno nie jakiś stary krętacz.
- Coś dużo jej nie ma – pociągnęła temat.
- Wy jesteście, a na dni młodzieży ksiądz sprowadza zwykle pielgrzymki i jest jak na Lednicy.
Straciła zainteresowanie tematem. Pan Krzysio sam się wygadał. Potem opowiedział jeszcze o drogim samochodzie i domu, też drogim, co go wnuczce zostawi.
- Tym morderstwem w ogóle się nie przejmujcie – uspokoił ich. - Znam ludzi w ratuszu i od policji wiedzą, że sprawca jest już znany. Złapią go do jutra.
- Wcale się tym nie przejmujemy – odparł w zamyśleniu Konrad. - Bardziej zastanawia mnie, kiedy i kto zginie następny.
Pan Wojtkowiak pobladł. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. W ogóle, co to znaczy, kto i kiedy? Przecież dopiero im powiedział... Nastolatki musiały być głupie. Zamordowano człowieka, a oni jak gdyby nigdy nic. Oczywiście nie miał pojęcia, że dzieciaki miały za sobą już pewne mordercze doświadczenia i kolejny trup przestał stanowić jakąkolwiek atrakcję. Za to wyrobił się pewien ogólny tok myślenia. Jeśli sprawca zadaje sobie trud, aby zabijać w przebraniu, to chce być widoczny. Pytanie, dlaczego, stanowiło zagadkę, którą należy rozwiązać jak najszybciej, bo kolejne krwawe zbrodnie są kwestią czasu.
***
Pogrzeb Mikołaja Gorazdy okazał się atrakcją niebanalną, a to za sprawą wuja Modesta. Człowiek ten znany był z drygu organizacyjnego i w tej materii żadna uroczystość w Staraszewie nie mogła odbyć się bez jego udziału. I tu zdecydował się na organizację marszu pogrzebowego. Żałobników poinstruował następująco:
- Rząd liczy cztery osoby. Rzędy idą w odstępach półmetrowych, zaczynając od prawej nogi. Rytm: prawa, raz, dwa. Lewa, trzy. Prawa, raz, dwa... Skręcacie przy brzózce – wskazał palcem lichą wiecheć.
Pochód ruszył. Natalia, Iwona, Jowita i Dominika szły w jednym rzędzie, a tuż za nimi, dokładnie w półmetrowym odstępie, Leszek i trzy inne osoby. Natalia w wysokich obcasach ledwie nadążała za swoją grupą. Dodatkowe problemy sprawiało piaszczyste podłoże. Przed zakrętem zwolniła i wtedy wlazł na nią Leszek. Zdenerwowana złapała się drzewa i z rozpędu wystrzeliła na przód procesji przed księdza. Zdarzenie to nie umknęło uwadze wuja Modesta.
- A pani to w ogóle nie potrafi chodzić – skomentował zgryźliwie na koniec pogrzebu.
- Ważne jak zapamiętam tego chłopaka, a nie jak szłam na jego pogrzebie – odparła w roztargnieniu.
Modest zapowietrzył się, ale nic nie odpowiedział.
- No, no... Kuzynka naszej Jowitki, moja krew – powiedział potem z zadowoleniem na stypie.
Od tamtej chwili Natalia stała się jego ulubioną bratanicą.
Czy łączyło ich jakiekolwiek powinowactwo? Trudno stwierdzić. Wuj Modest był bliskim krewnym wszystkich i nikogo. Niby nie było to żadną nowiną w miasteczku, gdzie więzy krwi łączą większość. Modest kazał na siebie wołać wujkiem lub kuzynem w zależności od wieku swojego rozmówcy. Sam był starym kawalerem. Mieszkał w centrum Staraszewa, żył z emerytury wojskowej. Świadomość bycia czyimś krewnym wprowadzała go w dobry nastrój.
- Wszyscy obwiniają mnie o śmierć Mikołaja – powiedziała podczas stypy Jowita.
Leszek pokiwał głową w zamyśleniu. Większość żałobników spoglądała na nich wrogo, co było dla niego niecodzienne. Za pierwszym razem znalazł się po prostu w złym miejscu i czasie, nikt z Lipczan nie obwiniał go i pozostałych o znalezienie zwłok. Kolejna zagadka miała miejsce w hotelu. Podejrzani byli wszyscy, a teraz? Na pierwszy plan wysunęła się Jowita. Czy faktycznie było tak jak mówiła? Mogła przecież być wariatką i zabić dla sztuki szaleństwa, a potem wymyślić całą historię o Złowrogim. Oni z kolei byli przyjezdni, a w dodatku znaleźli niedoszłą ofiarę mordercy. Teraz nie tylko morderca działał na ich niekorzyść, ale także nieufni mieszkańcy miasteczka.
- Pamiętasz coś jeszcze? - spytał Leszek.
- Może jak go zabijałaś? - zasugerował życzliwie kelner.
- Zamknij się, facet – warknęła Natalia.
Jowita westchnęła. To nie był taki zwykły strach na wróble, bo zwykły siłą rzeczy siedzi na polu i swojej roboty pilnuje, a ten zlazł z pala. No i tu pojawiły się pierwsze dwa wnioski. On miał nogi. Kukły Korczaków były zaś zbudowane do pasa, zaś nogę stanowił wbity w ziemię kij. Napastnik nie posiadał też kapelusza. Maską był brudno szary worek z otworami na oczy i usta. Koloru oczu nie potrafiła określić, bo było ciemno, a i jakoś niechętnie spoglądała na jego gębę. Miał widły, ale krótkie, praktycznie sam trzonek i niewielki kawałek patyka.
- Głos wydawał mi się znajomy na początku, ale potem sama nie wiem – mówiła zakłopotana.
- Może to głos w twojej głowie – skomentował ze sztuczną troską kelner.
Natalia rozważała zamordowanie dziada. Niby to zbierał naczynia, ale za każdym razem, gdy tylko usłyszał fragment rozmowy, wtrącał się.
- Czy on przypadkiem nie prowadził mszy? - spytała ostrożnie Dominika.
Natalia i Leszek spojrzeli na nią w zaskoczeniu. Natalia przypomniała sobie księdza, przed którego wybiegła na pogrzebie. Grubasek serwujący jedzenie wyglądał niemal identycznie.
- Bliźniacy? Nie może być – wymamrotała.
- Jestem ojciec Damian Karaś – przedstawił się, podchodząc do stolika.
- Dlaczego ksiądz sprząta ze stołu?
- Przez osiem miesięcy w trakcie seminarium dorabiałem sobie jako kelner – odparł lekko. - Uwielbiam tę pracę.
- Ale czy ksiądz nie pracuje jako... - Natalia chciała ostrożnie podjąć temat.
- Kapłaństwo to powołanie, a kelnerstwo to praca – wyjaśnił i na chwilę odszedł.
Dominika kontynuowała temat Złowrogiego, cały czas obserwując księdza-kelnera, czy przypadkiem nie podsłuchuje. Podsłuchiwał.
- Dobra – uciął krótko Leszek. - Ja i Dominika spróbujemy dowiedzieć się czegoś o tym całym hrabim. Może ma jakichś potomków, czy innych ludzi, którzy mogliby zabijać w jego imieniu, a wy tymczasem postarajcie się nie rozdzielać.
- A ja z ambony przeklnę tego zbrodniarza! - wtrącił ksiądz-kelner, który już nawet nie starał się udawać, że sprząta ze stołu.
***
To nie było zdenerwowanie ani też lęk. Czuł niezwykłą ekscytację. Jakby niemożność doczekania się tej chwili. Przygotowanie do wyjścia traktował jak magiczny rytuał, a przynajmniej tak postanowił podchodzić do swoich łowów.
- To będzie obrządek jak medytacja albo modlitwa.
W przeszłości zamordował już dwie osoby i obie zbrodnie uszły mu na sucho. Pierwszy raz zabił dość mimowolnie, nieco spazmatycznie, chociaż teraz, myśląc o tym, to było bardzo dobre morderstwo.
- Takie klasyczne - pomyślał.
Za drugim razem poszło rutynowo i chociaż zdawał się być podczas tej zbrodni pozbawiony emocji był wtedy bardzo przejęty. Dziś po raz pierwszy występował w roli Złowrogiego.
- Mój święty obowiązek.
Najpierw założył brudną koszulę i spodnie, a potem maskę (mimo początkowych obaw nie ograniczała widoczności). Kostium śmierdział, ale to nie była żadna przeszkoda. Mógł wyprać łachmany, ale obawiał się, że wtedy cała magia wypłucze się z zapachem krwi. Zarzucił płaszcz. Na samym końcu wziął do ręki krótkie widły.
Plan działania musieli ułożyć wcześniej. Kretyn nalegał, bo nie daj boże ktoś go zauważy, a na to za wcześnie.
- Na razie poszła fama, że młoda Pawlicka cię widziała – mówił kretyn. - Tyle wystarczy. Następne ofiary mają się po prostu znaleźć.
- To po co mi kostium?
- Na wszelki wypadek. Byłby problem, gdyby ktoś cię zauważył.
Kretyna słuchać nie chciał. Nie znosił go, ale musiał tolerować. Póki co...
Ofiarę wytypował wcześniej. Kretyn pozwolił mu samemu dokonać wyboru. Poszło gładko. W tamtej chwili Złowrogi poczuł ogromne rozczarowanie. Trup leżał i nawet nie wyglądał dramatycznie. Zakradł się od tyłu i zabił ją. Po krótkim namyśle przeniósł zwłoki za kantorek, gdzie nie od razu rzucą się w oczy. Pozostała jeszcze jedna rzecz, o której marzył przy każdej wcześniejszej zbrodni. Zostawić wiadomość...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz