- Myślałam o twoich sprawach - rzuciła Barbara, gdy tylko Artem wszedł do jej pokoju. - Nie możesz dłużej pracować u mnie.
Ogłosiła to od tak sobie, bezceremonialnie. Informacja nie uderzyła go w pierwszej chwili. Spokojnie przemaszerował od drzwi do niewygodnego krzesła stawionego pod oknem. Wykorzystując te kilka sekund, na ułożenie sobie jakiejś odpowiedzi w głowie. Złapał głęboki oddech. Co miał jej właściwie odpowiedzieć?
- Rozumiem - wydukał. - Dziękuję za wszystko.
- Niestety nie potrafię rozwiązać twoich problemów - mówiła dalej: - dzisiaj rano dzwoniła do mnie Pawlicka. Kto by pomyślał, że będzie miała do mnie prośbę - wycedziła przez zęby.
- Jowita?
- Jej matka, ale z tego co zrozumiałam to na prośbę Jowity - wyjaśniła ze zmęczeniem. - Prosiła, abyś pomógł w naprawie ich samochodu.
Oczywiście chodziło o auto Konrada, ale cały wybieg z pozyskaniem mechanika polegał na tym, aby Barbara nie dowiedziała się o jaki dokładnie samochód chodzi. Uprzedzona do Wojtkowiaka, a co za tym idzie także dzieciaków biwakujących na jego ziemi mogła zwyczajnie rzucić słuchawką.
O wiele bezpieczniej było to zorganizować przez Iwonę. Jej stosunki z Pawlicką przez lata układały się w sposób różnoraki. Były płomienne konflikty, serdeczne przyjaźnie oraz wielkie deklaracje, które umierały niemal tak szybko jak się rodziły. Sąsiedzkie relacje na tyle dobre, a może wsparte zwyczajną chęcią pozbycia się pracownika, pozwoliły na zatrudnienie mechanika.
Artem niewiele rozumiał. Zaskoczony ograniczył dalszy udział w rozmowie do potakiwania.
- To chyba wszystko - oznajmiła chłodno Barbara. - Możesz iść od razu do Pawlickich. Iwona ulokuje cię na tym swoim obozie.
Chłopak ponownie podziękował i raz na zawsze opuścił dom Korczaków.
Ogłosiła to od tak sobie, bezceremonialnie. Informacja nie uderzyła go w pierwszej chwili. Spokojnie przemaszerował od drzwi do niewygodnego krzesła stawionego pod oknem. Wykorzystując te kilka sekund, na ułożenie sobie jakiejś odpowiedzi w głowie. Złapał głęboki oddech. Co miał jej właściwie odpowiedzieć?
- Rozumiem - wydukał. - Dziękuję za wszystko.
- Niestety nie potrafię rozwiązać twoich problemów - mówiła dalej: - dzisiaj rano dzwoniła do mnie Pawlicka. Kto by pomyślał, że będzie miała do mnie prośbę - wycedziła przez zęby.
- Jowita?
- Jej matka, ale z tego co zrozumiałam to na prośbę Jowity - wyjaśniła ze zmęczeniem. - Prosiła, abyś pomógł w naprawie ich samochodu.
Oczywiście chodziło o auto Konrada, ale cały wybieg z pozyskaniem mechanika polegał na tym, aby Barbara nie dowiedziała się o jaki dokładnie samochód chodzi. Uprzedzona do Wojtkowiaka, a co za tym idzie także dzieciaków biwakujących na jego ziemi mogła zwyczajnie rzucić słuchawką.
O wiele bezpieczniej było to zorganizować przez Iwonę. Jej stosunki z Pawlicką przez lata układały się w sposób różnoraki. Były płomienne konflikty, serdeczne przyjaźnie oraz wielkie deklaracje, które umierały niemal tak szybko jak się rodziły. Sąsiedzkie relacje na tyle dobre, a może wsparte zwyczajną chęcią pozbycia się pracownika, pozwoliły na zatrudnienie mechanika.
Artem niewiele rozumiał. Zaskoczony ograniczył dalszy udział w rozmowie do potakiwania.
- To chyba wszystko - oznajmiła chłodno Barbara. - Możesz iść od razu do Pawlickich. Iwona ulokuje cię na tym swoim obozie.
Chłopak ponownie podziękował i raz na zawsze opuścił dom Korczaków.
***
Czarna Kasia wybiegła przed dom z jakimiś szmatami w ręku. Rozejrzała się dookoła, po czym zdroworozsądkowo wróciła do domu. Pierwsza ze szmat miała żywy, niebieski kolor, druga natomiast biały z domieszką tego żywego, niebieskiego. W akcie rozpaczy spowodowanej wyglądem własnej koszulki postanowiła urządzić porządną awanturę właścicielowi farbującej bluzy. Brata nie było ani w domu, ani na podwórzu. Opanowawszy żywioł zniszczenia panujący w jej duszy postanowiła poszukać sprawcy w dobudówce służącej jako pokój telewizyjny.
Winowajca siedział na podłodze przez ogromnym, zaśnieżonym ekranem telewizora.
Kasia straciła na moment cały animusz. Debezet niczym zahipnotyzowany spoglądał w białą pustkę nasłuchując szmerów dobywających się z głośnika.
- Moja bluzka...
Chłopak dotknął monitora ręką.
- Już tu są - ogłosił tryumfalnie.
- Kto?
- Goku i reszta - odparł pierwszy raz odwracając się w stronę siostry. - Mają nadawać powtórki Dragon Balla, a coś się stało z telewizorem.
Kasia usiadła, ściskając w ręku bluzę.
To pewnie antena - pomyślała, po czym wróciła do właściwego tematu:
- Twoja bluza pofarbowała moją koszulkę na trening!
- Trzeba nie było jej wrzucać z kolorami - odpowiedział, wyraźnie bardziej zainteresowany niedziałającym telewizorem. - Poza tym myślałem, że wasze treningi zostały odwołane ze względu na... - nie dokończył.
Na ekranie pojawiła się sylwetka Goku. Kamil nieznacznie ożywił się.
Kasia usiadła na pufie spoglądając litościwie na brata zajętego... Właściwie czym? Naprawą anteny? Oglądaniem powtórek serialu, który znał na pamięć?
- Kuzynka Jowity znalazła nam trenera i nową dziewczynę do Glonojadek - powiedziała od niechcenia. - Od teraz mamy dwa treningi; poranny i popołudniowy - nagle zeskoczyła z pufy i dodała z ekscytacją: - a wiesz, że wprowadzono godzinę policyjną?
- Pewnie Czyż mocno przejął się śmiercią Grażynki - rzucił kąśliwie.
- Niby dlaczego?
- No, bo romansowali - odparł bezwładnie.
W ułamku jednej sekundy pojął, jak wielkiego rozmiaru głupotę strzelił. Zmrożony spojrzał na siostrę w duchu modląc się o to, aby nie dosłyszała jego ostatnich słów.
Kasia milczała. Na jej twarzy wyszły wypieki. Jego siostra, największa pierduśnica w Staraszewie, zachłannie pochłonęła sekret wyczekując na kolejne detale związane z pocztową i policjantem.
- Skąd wiesz... - wymamrotała.
- Podsłuchałem ich na poczcie.
- Ale ona nie żyje! Kiedy niby?! - podniosła głos.
- Z jakieś dwa tygodnie temu... Nie mów nikomu.
- I nic mi nie powiedziałeś?
- Bo to nie... - urwał. - Nie powtarzaj tego dziewczynom!
- Boże, Mela zblednie jak jej o tym powiem!
- Tylko nie mów Meli!
- Nie powiem - rzuciła na odczepne Kasia. - Zadzwonię do Pauliny albo nie... Powiem na treningu... wszystkim!
- Nie waż się! Czyż mnie zabije jak dowie się, że rozgadałem takie coś!
- Zabije to Czyżowa! Jego! Kto by pomyślał, że taki porządny, a na boku ze starą babą! Matko, przecież ona o jakieś sto lat starsza od niego!
Temat pofarbowanej koszulki odszedł w zapomnienie, razem z anteną telewizyjną i treningami Goku u Króla Światów.
***
Wuj Modest był w posiadaniu czterech ważnych informacji. Początkowo nie rozumiał ich wagi oraz znaczenia, nie mówiąc już o powiązaniach między sobą. Dopiero fotografia znaleziona przez Konrada w Krysi dała mu pełny obraz zdarzeń rozgrywających się w Staraszewie. Nadal jednak, zdawało się, nie mających związku z grasującym po okolicy mordercą.
Jakieś dwa lata wcześniej media spiorunowała informacja o kontrabandzie przechwyconej przez katowicką policję. Według prasy jedynie niewielka część przemycanych narkotyków została zarekwirowana. Pozostały towar po prostu zniknął. Aresztowani członkowie szajki mówili mało będąc niezorientowanymi w działaniach całościowych grupy przestępczej. Ogólna wiedza z przesłuchań świadków dawała niejasną informację o przemytach z Polski do Ukrainy i z powrotem. Wtedy na plan pierwszy wyszły spekulacje. Gdzie podziały się narkotyki? Jedna z teorii mówiła o punkcie przeładunkowym mieszczącym się pomiędzy Katowicami, a celem końcowym. Rolę takiego punktu musiała stanowić jakaś boczna droga, koniecznie z magazynem, ale skąd, do cholery, na jakimś bezdrożu wytrzasnąć nieczynny magazyn? Więcej sensu miało ustalić punkt przeładunkowy w jakimś niepozornym miasteczku. Uzbrojone w mroczną przeszłość Staraszewo szybko stało się obiektem żartobliwych anegdot wśród jego mieszkańców o rzekomych powiązaniach z przemytem narkotyków. Potem sprawa przestała kogokolwiek interesować.
Miasteczko żyło swoimi błahostkami, dalekimi od międzynarodowych przestępstw. Na pierwszy plan wyszedł konflikt Barbary i Krzysztofa, w którego centrum piętrzyły się, kolejne znikające strachy na wróble, zaś ksiądz Karaś ukończył kurs wikliniarski. Oba te zdarzenia przyćmiły drugą, ważną informację, w której posiadaniu znalazł się Modest - skradziony samochód pana Arnolda. Rozżalony właściciel skarżył się Modestowi przy każdej możliwej okazji na opieszałość policji.
- Mówię ci... - jęczał przy kieliszku Arnold. - Mają gdzieś moją Krysię! Nie szukają jej! Mówią, że przeparkowałem po pijaku i teraz nie mogę znaleźć!
Wuj Modest słuchał kuzyna i tylko kiwał głową, nie mając pojęcia, ile prawdy było w jego słowach.
Pewnego dnia Modest wracał z miasteczka skracając sobie drogę przez las. Nie miał jednej stałej ścieżki, a rzekomy skrót zwykle wydłużał drogę jako losowo wybrana ścieżka. Wtedy trafił na niewielką polanę w środku lasu, na której stał samochód. W pierwszej chwili nie rozpoznał w nim Krysi; był brudny, zardzewiały oraz częściowo zakryty liśćmi i ziemią. Samochód wyglądał na porzucony. Zaniepokojony znaleziskiem ostrożnie ściągnął z dachu gałęzie. Przed nim znajdowała się niewielka przestrzeń między drzewami otaczającymi polankę będąca jedyną możliwością na wjazd na ten ciasny parking.
Zrobił krok w tył gotowy wrócić do lasu z kilkoma kuzynami.
Wyskoczywszy na szosę ku wielkiej uldze zauważył radiowóz zaparkowany na poboczu. Przed pojazdem stali Piotr Czyż i Mikołaj Gorazda żywo dyskutując na jakiś temat. O maskę samochodu komendanta opierała się młoda dziewczyna. Wyraźnie niezainteresowana dyskusją paliła papierosa spoglądając na drogę przed sobą. Co tu robili? Nie miał pojęcia. Pewnie zapytałby grzecznościowo, gdyby nie poziom zaaferowania swoim znaleziskiem.
- Znalazłem auto Arnolda!
Piotr i Mikołaj pobledli na widok Modesta.
- Tam w lesie - pokazał w nieokreślonym kierunku.
Mikołaj wzruszył ramionami.
- Krychę? - dopytał Piotr.
- Tak!
- Czyli zagadka wyjaśniona - odparł z ulgą policjant. - Arnold zostawił ją w lesie.
- Nie! - Modest nie tracił wigoru. - Tam ktoś ją ukrył! Trzeba wyjaśnić sprawę!
- Wyjaśnić? Właściciel pojazdu dawno nie żyje. Zresztą jeśli to na przykład nie jego samochód...
- Ale...
- Nikt nie zgłosił zaginięcia auta - dokończył komendant. - Gratuluję, możesz zabrać sobie auto.
Wuj poczuł się dotknięty lekceważącym tonem policjanta, ale nie dał tego po sobie poznać. Wtedy zwrócił uwagę na dziewczynę.
- A pani kim jest? - spytał, wyciągając do niej rękę.
- Pani jest przejazdem - odparł Mikołaj. - Zgubiła drogę.
Modest nie drążył tematu. Krysię odholował na swoje podwórze i tam miała stać już zawsze, a przynajmniej do momentu, aż podbije serce Konrada Brzęckiego. Spotkaniem na szosie również nie zaprzątał sobie więcej głowy. Jedna myśl nie dawała mu spokoju, czym przyjechali Mikołaj i dziewczyna? Radiowozem?
Finałową informację stanowiła znaleziona przez Konrada pod siedzeniem auta fotografia. Mikołaj i dziewczyna, którą widział już kiedyś.
***
Modest czekał na Natalię przed furtką na podwórze. Nie odważył się wejść na teren posesji głównie przez Pusię ganiającą luzem. Po kilku chwilach z domu wyszła Kozłowska. Na widok rusałki w stroju kąpielowym zawstydzony wujek rzucił:
- Natalko, jesteś bardzo przystojna.
Dziewczyna zdjęła okulary przeciwsłoneczne ze spokojem i gracją. Zbywając komplement rozłożyła leżak przed domem.
- Mężczyzna może być przystojny, a kobieta piękna - odparła w końcu.
- Gdybyś była moją babą... - zaśmiał się nerwowo. - Jesteś taka dowcipna, żebym z tobą chyba nie wytrzymał!
Natalia spojrzała na dziada, który najzwyklej w świecie czynił jej anonse. Oczywiście, była slasherową pięknością, ale bez przesady. Pozostałe dziewczyny ze Staraszewa też były ładne, a sam Modest nie miał powodów, aby czepiać się właśnie jej. Mimo wszystko z jakimś uporem ciągnął do niej.
- Na szczęście nie jestem i nigdy nie będę twoją babą - odparła niewinnie - bo jesteś moim wujkiem.
Modest po raz pierwszy poczuł nieprzyjemną siłę więzów pokrewieństwa.
- W rodzinie faraonów pokrewieństwo w niczym nie przeszkadzało - rzucił bezmyślnie.
Kozłowska nie odpowiedziała. W obawie przed falą kolejnych, nietrafionych argumentów postanowiła zamilknąć w nadziei, że w ten sposób szybciej pozbędzie się natręta.
- Chciałem z tobą porozmawiać - rzucił nagle.
- Słucham - odparła znużona.
- Nie tutaj! To bardzo delikatna sprawa - zaznaczył półszeptem. - Spotkajmy się po południu w moim domu.
- Nie dam rady - ucięła. - Potem mam kolejny trening Glonojadek.
Modest przeklął pod nosem. Dziewczyna zmieniła pozycję na leżaku, kątem oka spoglądając na rozmówcę.
- Wpadnę do wujka po treningu - oznajmiła ugodowo.
- Doskonale! Będziesz mi potrzebna jako wsparcie moralne - powiedział zadowolony. - Jest pewna osoba, której za wszelką cenę musimy przemówić do rozsądku.
Kozłowska nie słuchała już. Miała dosyć przemawiania do rozsądku Jowicie, pozostałym Glonojadkom, a od czasu do czasu kolegom z Lipek.
Tymczasem Modest miał już wszystko zaplanowane i głęboko wierzył, że jeszcze dzisiaj rozwiąże zagadkę fotografii. Do czego też potrzebował pomocy kuzyneczki Natalki oraz komendanta Czyża. Pierwsze z nich było jedyną osobą z poza Staraszewa, która miała styczność z żywym Mikołajem i mogła potwierdzić jego tożsamość na zdjęciu, zaś policjant tamtego dnia znalazł się w towarzystwie nieboszczyka i nieznajomej. Chociaż początkowo nie dopuszczał do siebie paskudnej myśli, ta z czasem napierała coraz mocniej i mocniej. Dość głupich anonimów i podchodów. Czas skonfrontować Czyża z oskarżeniem - nieznajoma ukradła samochód, a on i Mikołaj pomogli jej w ukryciu śladów zbrodni.
***
Niezwykle uciążliwa duchota jakby zelżała tamtego dnia. Od ostatniej zbrodni minął tydzień. Krwawa atmosfera zastygła w bezruchu w gorącym powietrzu, a wraz z nią wszelakie działania śledcze.
Chłopacy rozłożyli koce nad jeziorem od strony pola namiotowego skąd mieli doskonały widok na obóz Glonojadów. Z ich miejscówki wyglądał na opuszczony.
Adrian leżał na boku z przymkniętymi oczyma, Konrad siedział z nogami podkulonymi pod brodę, zaś Leszek spoglądał na spokojne jezioro i tylko od czasu do czasu odwracał się w stronę szosy.
Tuż za namiotami stał zaparkowany samochód Brzęckiego. Artem chował narzędzia.
- Twój nowy znajomy nie dołączy do nas? - spytał Leszek.
- E... - machnął ręką Konrad. - Śpieszy się do domu. Zresztą, czy tylko mój? - dodał, prostując nogi. - Mieszka z wami na obozie, nie?
Leszek nie odpowiedział.
Artem od kilku dni zajmował domek B1. Na prośbę Iwony pomagał przy jakichś drobnych pracach, którym nastolatkowie nijak mogli sprostać. Trzeba mu było oddać dużą znajomość wszelakich mechanizmów i talent do ich naprawy. Uruchomił starą pompę przy studni, a to wymienił ostrze w kosiarce przed czym akurat Leszek chorobliwie się migał. Mimo to ich kontakt kończył się na grzecznościowych pozdrowieniach. Artem większość czasu spędzał na polu namiotowym usiłując tchnąć życie w stary samochód Konrada. Wychodził rano i wracał wieczorem.
- Nic mi się nie chce - wymamrotał Korba. - Mógłbym zasnąć tu i teraz.
- Jest po pierwszym treningu z Glonojadkami - odparł z uciechą Konrad na niezadane pytanie.
- Nie rozumiem, co cię podkusiło z tą siatkówką?
- Obiecał Natalii.
- A musiałeś się tak bardzo forsować?
- Chciał się popisać przed Natalką.
- Planujecie do siebie wrócić?
- Siedź cicho! - Adrian zbeształ Konrada udając przy tym, że nie dosłyszał ostatniego pytania. - Dzięki mnie masz mechanika.
- Cudotwórcę - poprawił go Brzęcki.
- Kim on właściwie jest? - spytał Leszek odwracając się w stronę kolegów.
- Małomówny, ale zna się na rzeczy - przyznał Adrian.
- Pewnie słabo mówi po polsku.
- Akurat językiem włada doskonale - wszedł mu w słowo Konrad.
Matuszewicz raz jeszcze spojrzał na mechanika.
Ukrainiec spakował plecak, pomachał im na pożegnanie, po czym ruszył szosą w stronę obozu.
Facet przybył do Staraszewa w chwili pierwszego ataku Złowrogiego. Czy możliwe, że był tu wcześniej? Lechowi spokoju nie dawały słowa Rafała odnośnie pierwszej zbrodni. Czy była jeszcze jakaś ofiara, o której nie wiedzieli ani oni, ani policja?
- A jak twoja praca? - Adrian wyrwał go z zamyślenia.
- Nijak - westchnął. - Iwona postanowiła nie otwierać obozu.
Wiadomość spiorunowała słuchaczy.
- A jednak... - wyszeptał Konrad.
- Nie chciałeś otwierać obozu, a więc pewnie jesteś zadowolony.
Leszek ponownie zmienił pozycję. Teraz siedział bokiem do Korby.
- No, prawda, nie chciałem, ale jak teraz sobie pomyślę o tym, ile roboty nam zajęło porządkowanie terenu, malowanie tych chat... - wzdrygnął się nawet nie wspominając o morderczych atrakcjach. - Trochę szkoda.
Zapadła cisza.
- Niech to! Po południu mam kolejny trening Glonojadek. Natalia wymyśliła jakieś psychologiczne ćwiczenia, czy inne bzdety - opowiadał, wyraźnie nie chcąc kontynuować obozowego wątku.
- Nie możesz olać?
- Natalia obraziłaby się - podsunął życzliwie Konrad.
- Stara miłość nie rdzewieje - skwitował drugi z nich.
Korba nie podjął wątku.
- Wpadnijcie na ten trening. W końcu w miasteczku grasuje seryjny morderca, a w grupie powinniśmy być bezpieczni.
Brzęcki spróbował wyobrazić sobie ogrom campowych slasherów, w których morderców zawsze ciągnęło do wielkich skupisk wesołej młodzieży. Wszystkie te uśpione obozy, pechowe piątki, zgrupowania sportowców, zakrapiane alkoholem imprezy, opuszczone chaty, szaleńcy, wymyślne morderstwa, a wszystko dla niewygórowanych oczekiwań widowni.
***
Na widok autokaru szkolnego parkującego przed bramą do obozu Dominika oniemiała.
- To musi być pomyłka - tłumaczyła, ale opiekun dzieci w odpowiedzi wcisnął jej jakiś kwitek do podpisania.
Następne wydarzenia rozegrały się w błyskawicznym tempie. Dzieci wypadły z autokaru niczym fala tsunami, tratując przy tym Rychlewską. Podeptanej i ogłuszonej pozostało jedynie zadzwonić po support w postaci równie zaskoczonych szefowej i chłopaka.
- Zaszła pomyłka - mówiła Iwona stojąc z telefonem przyciśniętym do ucha. - Nie. Oczywiście, że zajmiemy się nimi. Tak, ale... Rozumiem. Do widzenia.
Zakończyła rozmowę.
- W ciągu tygodnia przyjedzie autobus i odwiezie dzieci do domów - poinformowała pracowników. - Zadzwonię po opiekunów. Jestem pewna, że zjawią się, ale do tego czasu...
- Będziemy musieli zająć się nimi - odparł jakoś bezrefleksyjnie Leszek.
- Jest ich chyba z dwadzieścioro, a my nie mamy żadnego przygotowania - przypomniała Dominika.
- I tak mieliśmy wspierać opiekunów.
- Wspierać - podkreśliła nerwowo. - Jako asystenci opiekunów, a nie opiekunowie!
- Musimy jakoś przetrzymać - przyznała Pawlicka. - Trzy, góra pięć dni.
Rychlewska na całe szczęście nie usłyszała zajęta próbą policzenia podopiecznych.
- Może skołujemy znajomych do pilnowania? - rzucił Leszek, tym razem bezrefleksyjność zastąpiła nadzieja w głosie.
- Dowiem się, kiedy Jowita i Natalia mają treningi - podłapała Iwona. - Może pozostałe Glonojadki też mogłyby nam pomóc...
- Czy tylko ja widzę problem wypchany słomą? - zagaiła serdecznie Dominika.
- Jaki problem?
Widocznie pytała niepotrzebnie, a morderczy strach na wróble stanowił dla Leszka i Iwony jakiś wyimaginowany problem.
- Złowrogi - rzuciła.
- Kim jest Złowrogi? - spytał dziesięcioletni Adaś.
- W kontekście zachowania jest katastroficzny, nieludzki, okropny - wyjaśnił Franek.
- To wiem - odparł chłopiec. - Mam jednak wrażenie, że blondzia mówi o Złowrogim w znaczeniu osoby, a nie postępku.
Dominika nie zdążyła skomentować "blondzi", bo głos zabrał Franek:
- Osoba fizyczna zostanie zdefiniowana tymi właśnie cechami. Nie ma znaczenia, czy chodzi o postać fizyczną, czy intencję.
- Nie zgadzam się - przerwał mu kolega - złowróżbne działanie może oznaczać również podłą intencję, a więc zabobon, czyli jest szersze znaczeniowo od osoby fizycznej.
Iwona, Dominika i Leszek nie odzywali się zafascynowani dziwaczną rozmową chłopców.
- Sugerujesz obawę przed zabobonami typu piątek trzynastego?
- Dobra... - Matuszewicz zdobył się na przerwanie dyskusji. - Mamy problem z seryjnym mordercą.
- Nie strasz dzieci - upomniała go delikatnie Iwona.
- Jedyne czego się obawiamy to niedopowiedzenia - oznajmił Adaś.
- Tego też nie musicie się obawiać - zapewniła go pani Pawlicka.
- Powiedzmy wprost: z ludzi leje się keczup, a Złowrogi to zapalony hobbysta patroszenia - rzuciła Dominika.
Iwona nie dosłyszała lub nie chciała usłyszeć ostatniego zdania. Spokojnie zaczęła tłumaczyć zasady nietypowego obozu dzieciom.
- Zauważyłeś, że blondzia jest strasznie sarkastyczna? - zagaił Franio.
- Pewnie to nerwy - usprawiedliwił ją Adaś. - Mnie bardziej ciekawi, jak obecność tego Złowrogiego wpłynie na reorganizację naszych kolonii.
***
Czarna Kasia wbiegła do szatni tratując po drodze kosz z piłkami oraz Melę. Zasapana zatrzymała się dopiero na środku pomieszczenia próbując unormować oddech. Tuż za nią wszedł Kamil ze spuszczoną głową. Biała Kasia i Jowita spojrzały na nią z przestrachem. W ostatnim czasie takiego rodzaju gwałtowność mogła oznaczać tylko jedno: dokonano zbrodni. Rację miały częściową, bo zbrodnia faktycznie miała miejsce. Pierwsza na białej bluzeczce wypranej z kolorami, a druga na pani Czyż.
Natalia pokręciła głową. Postanowiła wszelakie informacje o kolejnych ofiarach stracha na wróble znosić z najwyższym spokojem. Zosia ostentacyjnie trzasnęła drzwiczkami szafki, a następnie bez słowa zajęła miejsce na ławeczce pod ścianą. Nie polubiła czarnej Kasi od pierwszego wejrzenia. W zasadzie to nie lubiła żadnej z Glonojadek i tylko ze względu na Adriana hamowała emocje, w których natłoku miała ochotę ugryźć jedną lub dwie z tych dziewczyn.
- Wszystkie są? - wymamrotała Kaśka łapiąc wreszcie oddech.
Ustawiwszy kosz z piłkami w korytarzu Mela dołączyła do zgromadzenia informując:
- Paulina będzie spóźniona.
- Jeżeli zaraz mi powiesz, że zamordowali Żyrafę... - zapowiedziała Natalia.
Z trudem znalazły zastępstwo na miejsce Lidki. Śmierć kolejnej zawodniczki musiałaby uznać za sabotaż drużyny.
- Piotr Czyż ma romans - powiedziała jednym tchem czarna, po czym zrobiła teatralną pauzę - z pocztową!
Pomieszczenie wypełniła ciężka cisza. Sekundę później nastąpiła eksplozja różnorakich uczuć. Najpierw było niedowierzanie. Kamil żadnym wiarygodnym źródłem niby nie był, ale ponoć widział kochanków razem! Na zarzut odnośnie różnicy wieku Sobek odparł, że Bulmy i Goku przez różnicę wieku na niekorzyść dziewczyny też fani nie łączą w parę, chociaż ci są dla siebie stworzeni. I tak też mogło być z Grażynką i Piotrem. Szok ustąpił potępieniu wymieszanemu ze współczuciem. Jak komendant mógł zdradzić żonę? Bydlak! Miła kobieta i z pewnością nie zasłużyła na takie świństwo! Na chłodno zaczęto spekulować o możliwości połączenia działań Złowrogiego z romansem. Teoria upadła bardzo szybko, bo w innym wypadku wszelkie morderstwa miałyby swój początek i jednocześnie koniec na Grażynie.
- Nie mówcie nikomu - prosił cicho Sobek.
Wtedy do szatni weszła Paulina.
- Cześć, suczłoki - zawołała przyjaźnie.
- Co to są suczłoki? - zapytała zaniepokojona Mela.
- To połączenie słów "sucza" i "wywłoka", czyli wy - wyjaśniła, okazawszy drobne zawahanie postanowiła mówić dalej: - zanim zaczniemy trening... Chciałam was przeprosić, a zwłaszcza Jowitę - kolejne słowa uwierały jej kością w gardle.
Na twarzy Natalii pojawiła się satysfakcja.
- No... słuchamy.
- Chcę też przeprosić staraszewskie Glonojadki twarzą w twarz bez niepotrzebnych świadków.
- Debezet, wynocha! - zarządziła czarna Kaśka.
Chłopak podniósł się ociężale z ławki, ale jego wyjście uprzedziła energiczna reakcja Pauliny:
- Nie! On musi zostać! To znaczy Debezet wiele razy był przy tym jak ciskałam z Jowity, a więc musi usłyszeć moje przeprosiny. Chciałam raczej poprosić o wyjście Natalię i Zosię.
- Jakbyś nie mogła od razu powiedzieć - mruknęła Brzęcka wychodząc.
Gdy Natalia zamknęła za sobą drzwi głos zabrała biała Kasia:
- Nie musisz nas za nic przepraszać. Może jedynie Jowitę za glonozjeba.
- Nie mam zamiaru! Chciałam tylko wyprosić tamte dwie w taki sposób, aby nie nabrały podejrzeń - po krótkiej pauzie Paulina kontynuowała ściszonym głosem: - od ich przyjazdu - miała na myśli lipczan - w Staraszewie zamordowano już cztery osoby. Nie wydaje wam się to dziwne?
- Mordowanie ludzi? - wolał upewnić się Kamil.
- To, że nie zginęło żadne z nich! - ponownie odniosła się do przyjezdnych. - Jestem przekonana, że jedno z nich lub wszyscy są mordercami i uważam, że powinniśmy coś z tym zrobić!
- Na przykład co? - zapytała ostrożnie Jowita.
- Mecz siatkarski Staraszewo kontra Lipki! - podrzuciła podekscytowana Mela.
Paulina złapała się za głowę.
- Nie! - ryknęła. - Myślałam o morderstwie!
- Jak to? - podniosła głos Jowita.
- Jedno z nich jest Złowrogim, a więc wybijemy wszystkich i znowu będzie bezpiecznie.
Plan Pauliny był prosty, nieco morderczy, ale ogólne założenie było dobre. Należało zawiązać sojusz i wspólnymi siłami pozbyć się stracha na wróble.
- To trochę... - zaczęła Pawlicka - kontrowersyjne działanie, a co z drużyną? Zosia, Natalia i Adrian są teraz jej częścią.
- A niedługo będą częścią jej historii - ucięła Paulina.
Jowita wróciła myślami do Nocy Złowrogiego Czynu; śmierci Mikołaja, spotkaniu ze Złowrogim i jego zapowiedzi krwawych żniw. Dlaczego morderca nie został jeszcze złapany? Paulina miała rację. Pierwszej zbrodni dokonano po przyjeździe Natalii i jej znajomych do Staraszewa, ale wtedy także pojawił się Artem. Myśl o ukrywającym się pod maską stracha na wróble Artemie zatrwożyła ją. On nie mógł być mordercą, bo za bardzo... za wiele dla niej znaczył. Musiała poznać odpowiedź. Najlepiej pójść i zapytać go podczas rozmowy w cztery oczy. Najwyżej ją zadźga. Co jej szkodzi? Jeśli Artem okaże się mordercą to niech ją zabije i zakończy całą farsę.
***
- Coś długo ich przeprasza - rzuciła kąśliwie Kozłowska.
- Wierzysz w tę skruchę? - spytała Zosia.
- Jasne, że nie! Buntuje dziewczyny przeciwko mnie! - zawołała z ożywieniem.
W jednej chwili Natalia odbiła się od ściany i zrobiła krok w stronę drzwi do szatni. Chciała tam natychmiast wparować, ale powstrzymał ją zdrowy rozsądek. Była przekonana, że Paulina kopie pod nią dołki, ale z Jowitą z pewnością jej nie skłóci. Co do pozostałych dziewczyn nie mogła mieć takiej pewności, dlatego należało zachować spokój i nie pozwolić wyprowadzić się z równowagi.
- Najchętniej udusiłabym Żyrafę - przyznała Zosia.
Kozłowska uśmiechnęła się. W jednej chwili obie, zdawałoby się tak różne, dziewczyny połączyła niechęć do Żyrafy i jej intryg.
- Dolicz ten zmarnowany czas do treningu - upomniała ją Brzęcka. - Nie będę siedziała dłużej tylko dlatego, bo ona nas obgaduje!
- Prawda - przytaknęła. - Muszę jeszcze dzisiaj zajrzeć do wuja Modesta.
- Do tego oszołoma? Po co? - zapytała zniesmaczona Zosia.
Natalia nie wiedziała w jakim celu. Enigmatyczne tłumaczenia wujka niewiele wyjaśniały, ale mogło to mieć jakiś związek ze Złowrogim, a przynajmniej w to chciała wierzyć.
- On może coś wiedzieć na temat stracha na wróble.
- To niech idzie na policję!
Trudno było nie przyznać racji Małej Mi. Wszelkie informacje należało przekazywać policji i niech prowadzą śledztwo. Gdyby to był Burski z pewnością powiedziałaby mu wszystko, ale Czyż nie budził zaufania.
- Albo jest Złowrogim i cię zaszlachtuje - gdybała w dalszym ciągu.
Tym razem Zosia podeszła pod drzwi sali gimnastycznej, a następnie zrobiła krok w stronę trenerki.
- Pójdę z tobą - zaoferowała. - Jeśli facet okaże się mordercą to możesz zacząć mu współczuć.
Wyobrażenie walki Małej Mi z rosłym chłopem wywołało na twarzy Natalii uśmiech. Widząc jednak skwaszoną minę Zochy natychmiast spoważniała.
- Może wtedy lepiej uciec z krzykiem?
- Wykluczone. Zabiję go - postanowiła.
***
Artem leżał na łóżku odwrócony w stronę okna, za którym bawiły się dzieci. Ich przyjazd ożywił obóz Glonojadów, chociaż słyszał, że kolonie miały zostać odwołane. Nie miał jednak ochoty zagłębiać się w temat i wywiadywać się dokładnych przyczyn zmiany planów. Pomyślał, że to nie rozsądne przywozić dzieci do miasteczka, w którym pada trup za trupem.
Był bardzo zmęczony po dzisiejszym dniu. Ciężkie powieki opadły. Znowu śnił mu się salon w ich starym mieszkaniu. Przy stole siedział on, rodzice i siostra. Taka ani podobna scena nigdy nie miała miejsca, gdyż ojciec zostawił ich, gdy Daria była bardzo mała. Tutaj oboje byli dorośli, a rodzice szczęśliwi ze wspólnego życia. Śnił o przyszłości, która miała nigdy nie nastać.
- A co jeśli królewicz uratuje królewnę przed złą wiedźmą? Czy to dobre zakończenie?
- Artem... - usłyszał głos połączony z delikatnym szturchaniem.
Na łóżku obok niego siedziała Jowita.
- Przepraszam - odparła speszona. - Nie chciałam cię budzić, ale muszę z tobą pilnie porozmawiać. Mama powiedziała, że jesteś w domku i...
Artem wstał z łóżka i odruchowo spojrzał w okno. Robiło się szaro.
- O co chodzi?
Dziewczyna nie odpowiedziała od razu.
- Nie wiem, czy w ogóle zdajesz sobie z tego sprawę - zaczęła nerwowo. - W życiu nie mówiłam takich rzeczy żadnemu chłopakowi, ale jesteś dla mnie wyjątkowy.
Znowu zamilknęła. Artem nie przerywał zaskoczony nagłym wyznaniem.
- Siatkówka, glonojady i te straszne rzeczy, które dzieją się wokoło przestają mieć znaczenie, bo ty jesteś obok - mówiła dalej niechętnie przechodząc do krytycznej części - ale potrafisz być też tajemniczy i nie wiem, czy mogę ci zaufać skoro nie znam twoich intencji. Dlatego bez kręcenia - zaznaczyła - powiedz mi, dlaczego przyjechałeś do Staraszewa?
Artem wyraźnie walczył ze sobą. Czy jakiekolwiek tajemnice miały teraz znaczenie? Wygadał się przed Barbarą, ale dlaczego nie przychodziło mu to tak łatwo przed Jowitą?
Wstał z łóżka i przemaszerował do szafki, w której trzymał rzeczy. Z pomiędzy upchanych ubrań wyciągnął zgiętą na pół fotografię, którą bez słowa podał Jowicie.
Na zdjęciu był Artem w towarzystwie młodej, ładnej dziewczyny.
- Tse moya sestra, Daria - powiedział.
- Siostra?
- W zeszłym roku wyjechała do Polski na studia - dodał, siadając na łóżku, ale w większej odległości od przyjaciółki. - Od kilku miesięcy nie ma z nią kontaktu.
Dziewczyna nie odrywała wzroku od zdjęcia.
- Ostatni ślad prowadził do waszego miasteczka.
- Nie przypominam sobie innych Ukraińców w Staraszewie - odparła z powątpiewaniem. - Wiesz czego mogła tutaj szukać?
Artem westchnął ciężko w odpowiedzi.
- Jej koleżanka wspominała o jakimś chłopaku. To dłuższa historia - dodał z wyraźnym rozdrażnieniem.
- Próbowałeś go odszukać? No tego chłopaka.
Odpowiedział coś pod nosem, co mogło równie dobrze znaczyć i tak i nie.
- Czy Daria mogła mieć coś wspólnego ze Złowrogim?
Dotsenko znowu spoglądał w okno, jakby wypatrując czegoś w ciemnym pejzażu.
- Myślę, że ją zabił.
Jowita otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Podeszła do okna i również zaczęła spoglądać w ciemność.
***
Mimo wprowadzenia godziny policyjnej w Staraszewie wyjście po zmroku okazało się banalnie łatwe. W domu Pawlickich nie było nikogo. Iwona załatwiała jakąś katastrofę związaną z obozem, a Jowita wyszła na spotkanie z Artemem. Natalia mogła wyjść bez wzbudzania jakichkolwiek podejrzeń. Przed posesją czekała na nią zniecierpliwiona Zosia. Kozłowska otworzyła drzwi wypuszczając na zewnątrz Pusię, po czym sama ruszyła przez podwórko do furtki. Dziewczyny bez słowa pomaszerowały wzdłuż szosy i było to jedyne miejsce, w którym mogły zostać złapane na szwendaniu przez policjantów. Po krótkim spacerze skręciły i dalej poruszały się polną ścieżką pomiędzy polami.
- Twój brat pozwolił ci wyjść? - zaciekawiła się Natalia.
- A spróbowałby nie.
Wkrótce trafiły na ogrody działkowe. Minęły zaniedbany dom Ernesta i już po chwili ich oczom ukazało się zagracone podwórze wuja Modesta. Posesję otaczał wysoki, druciany płot. Natalia złapała za uchwyt furtki i pociągnęła. Jękliwy odgłos zardzewiałej bramy powiadomi Modesta o przybyciu gości. Zosia zauważyła ruch na podwórku.
- Tam jest! - rzuciła, wyrywając się do przodu.
Wuj stał pod ścianą w wąskim przejściu między kubłami na śmieci, a samochodem, który zamiast na kołach stał na popękanych pustakach. Modest ruszył do przodu całym ciężarem opadając na filigranową Zosię. Jego głowa odpadła od korpusu i potoczyła się pod nogi Natalii. Z wąskiego korytarza wyłonił się Złowrogi. Dziewczyna zrobiła krok do przodu chcąc wyciągnąć spod zwłok koleżankę, ale oświeciło ją - morderca nie zauważył Zosi i jak na ironię, przygnieciona trupem była bezpieczna.
Strach na wróble ruszył na Kozłowską. Dziewczyna rzuciła się do ucieczki pomiędzy gratami Modesta. Wrzasnęła, wpadając w ramiona zaskoczonego Czyża.
- Co ty tutaj robisz... - zapytał zdziwiony widokiem dziewczyny.
- On! Złowrogi! Złowrogi mnie ściga! Tam jest Zosia! - wołała.
Czyż intuicyjnie rzucił się do przodu zostawiając Natalię pod bramą. Złowrogi na widok policjanta z bronią zaczął ostrożnie wycofywać się, ale komisarz nie miał zamiaru odpuszczać mu. Podobnie zresztą, jak Zosia. Dziewczynka zdołała zrzucić z siebie denata i popędziła za Czyżem. Natalia usłyszała wystrzał z broni. Dźwięk spiorunował ją. Jeden. Drugi. Trzeci. Po chwili zza domu wyłonili się Czyż i Zosia. Trudno było powiedzieć, które z nich było bardziej niezadowolone z wyniku pościgu.
- Uciekł, bydlak - mruknął Piotr spoglądając na nastolatki z mieszanymi uczuciami.
Natalia zbierała myśli. Dotąd jeszcze nigdy nie bała się tak naprawdę. Różni wariaci ją straszyli, ale dopiero wystrzał z broni zrobił na niej tak ogromne wrażenie.
Wtedy ją olśniło. Te głupoty, które gadała czarna Kasia o romansie policjanta i pocztowej musiały być prawdą. To z ich powodu miała spotkać się z Modestem, aby wspólnie z nim wybić policjantowi romansowanie z denatką.
- A więc to prawda? - przemówiła półszeptem.
- Co? Z czym?
- No pański romans z babą z poczty.
Piotr pobladł.
- To o to chodziło, racja? - nie otrzymując potwierdzenia mówiła dalej: - Modest chciał, abyśmy przemówili komuś do rozsądku.
Czyż nie zaprzeczył. Nawet w półmroku na jego twarzy dostrzec można było wstyd.
- Nie rozgadujcie o tym nikomu.
- Będzie trudno - zaśmiała się nerwowo. - Kasia Sobek wypaplała to całej drużynie.
Piotrowi pociemniało przed oczyma.
Kwestią czasu było kiedy fałszywa plotka dojdzie do jego żony. Teraz pozostawało mu już tylko zaprzeczać. Grażynka nie żyła, a Sobek nie musiał o niczym wiedzieć. Coś usłyszał, resztę sobie dopowiedział i chwała mu za ten wymysł z romansem, bo taką bzdurę mógł obalić z łatwością.
- Odwiozę was - powiedział, spoglądając na leżącą na trawniku głowę Modesta.
Dziewczyny nie protestowały.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz