Primo, należało podzielić się na dwa zespoły zwiadowcze. Następne ustalenia poszły szybko. Zosia chciała być w parze z Adrianem, a więc siłą rzeczy drugą parę musieli stanowić Angelika i Konrad. Sekundo, przejść się po Staraszewie i popytać miejscowych od niechcenia. Istniała szansa, że ludzie z ludźmi chętniej pogadają niż z policją. W planach były dwa miejsca; boisko szkolne oraz Obóz Glonojadów. Pan Krzysiu trochę bezmyślnie pochwalił się "córcią siatkarką" i tym, że ów "córcia" przyjaźniła się z ofiarą, również związaną ze sportem. Złapawszy się na tym Wojtkowiak, Wojtkowiecz, mniejsza o to, szybko zmienił temat i do zamordowanej osoby nie chciał powrócić za nic. Drugim miejscem był Obóz Glonojada. Należało bezwzględnie rozejrzeć się i porozmawiać z kimś żywym, jeśli takowy żywy tam występuje. Przede wszystkim, czy to tam kogoś zamordowano? Policjant milczał w tej kwestii. Tu również przydział obowiązków poszedł szybko za sprawą Zosi. Na drugą stronę jeziora może się przejść, ale na dłuższą wycieczkę za żadne skarby. Tertio, dojść do wniosków.
***
Poczta w Staraszewie mieściła się w starym budynku będącym niegdyś częścią większej kamienicy Floriana Złowrogiego. Od północnej strony sąsiadowała z pawilonem oraz sklepem pamiętającym czasy PRL-u, a od południa z kilkoma mieszkaniami w trakcie remontu, a więc chwilowo niezamieszkiwanymi. Wnętrze poczty prezentowało się dość groteskowo, a przynajmniej takie wrażenie odniósł Leszek przychodząc tam po raz pierwszy. Do środka prowadziło wąskie przejście, w którym stała skrzynka na listy. Wymijając ją musiał przejść bokiem ocierając się o ścianę. Dopiero za "gardłem" znajdowało się szerokie pomieszczenie. Na ścianie wisiały skrytki pocztowe, niewielki stolik z druczkami oraz stojak z kartkami pocztowym stały pod oknem. Dalej trzeba było minąć kserokopiarkę oraz faks, za którymi schowana była oszklona kasa. Pomieszczenie wypełniał kłujący nozdrza zapach kurzu. Przeszkadzał półmrok, który wypełzał z gardłowej części i kończył się dopiero w pobliżu stanowiska kasjerki. W okienku siedziała starsza pani. W jednej ręce dzierżyła długopis, a w drugiej słuchawkę telefonu, którą kurczowo przyciskała do ucha.
- Nie – odpowiedziała do słuchawki. - Oczekuję, że przyjdziesz jak najszybciej.
- Dzień dobry – powiedział wesoło uradowany brakiem kolejki Leszek.
Pocztowa łypnęła na chłopaka okiem chłodnym i podejrzliwym, co było zrozumiałe po ostatnich wydarzeniach w Staraszewie. W rzeczywistości kobieta miała słaby wzrok. Musiała go nie lada wysilić, aby przypasować twarz do odpowiedniego mieszkańca, a co za tym idzie, korespondencji. Ludzie mówili:
- Pani Grażynko, to taka mała miejscowość... Jesteśmy jak rodzina. Pani powinna znać wszystkich!
I co miała począć stara megiera? Minus pięć w okularach i skleroza nie z tej ziemi. Cztery lata temu przeniesiono ją z urzędu pocztowego w Katowicach do Staraszewa. Ona zaś kompletnie nie przygotowana do realiów wiejskich. W mieście petent Kowalski jest wyłącznie klientem, a nie Jarusiem, Zenusiem, czy innym słodkopierdzącym chłopem. Pozostawało jej wytężać wzrok i pamięć.
- Poproszę dwie koperty A4, cztery znaczki. I czy są jakieś listy na nazwisko Matuszewicz?
Grażynka odłożyła długopis. Słuchawkę nadal przyciskała do ucha słuchając bełkotu rozmówcy. Spod lady wyciągnęła dwie koperty oraz klaser ze znaczkami.
- Dzisiaj! - trzasnęła słuchawką.
Nadal zdenerwowana podała koperty oraz znaczki. Leszek przyglądał się jej ruchom z wielkim entuzjazmem. Miał wrażenie, że pocztowa najchętniej czymś by rzuciła, coś rozbiła, ale jego obecność hamowała wybuch gniewu. Na koniec wyjęła trzy koperty z koszyka z korespondencją. Wcisnąwszy mu listy poleciała na zaplecze.
Ciekawe co ją tak zdenerwowało? - pomyślał.
Listów na razie postanowił nie czytać.
***
Najpierw siedział na szczycie trybun. Stopniowo schodził niżej i niżej, aż w końcu znalazł się dwa miejsca od niej.
Chyba nawet nie zauważyła, może to i lepiej... Chciał coś powiedzieć odnośnie siatkówki, ale na całe szczęście zdążył ugryźć się w język. Usiłował śledzić grę, ale co po chwila zerkał na najpiękniejszą istotę w północnej galaktyce. Nabrawszy odwagi przemówił, choć mniej szumnie niż to sobie wyobrażał:
- Cześć.
- Cześć – odpowiedziała Natalia nie odrywając wzroku od dramatu na boisku.
- Jesteś nową Glonojadką?
- Jestem tu tylko na wakacjach – odparła z trwogą. - Moja kuzynka jest kapitanem tego bajzlu.
W rzeczywistości nie dowierzała w jakiekolwiek pokrewieństwo. Jowita nie przejawiała żadnych oznak przywódczych. I tu, niestety, sporo racji miała Paulina. Liderka musiała być wredna, a wchodząc na boisko czy do jakiegokolwiek pomieszczenia powinna emanować z niej niepodważalna aura alfy. A co robiła Jowita? Dziękowała za krytykę, grzecznie prosiła na zasadzie, "a czy możesz" i ględziła o jakiejś erystyce.
- Czy to jakaś zagrywka w siatkówce? - przebąkiwała pod nosem Kozłowska.
Należało zrobić porządek. Sprowadzić Paulinę do pionu, to po pierwsze. Po drugie ochrzanić Jowitę. I trzy, zacząć sensowne treningi. Natalia w koordynowaniu ludźmi miała spore doświadczenie i gotowa była je wykorzystać, aby pomóc krewnej. W końcu co innego miała do roboty? Domino i Leszek ścigają mordercę, a jej guzik do tego. Postanowiła spożytkować czas na doprowadzenie Glonojadek do ładu.
- Moja siostra jest obrończynią – usłyszała coś – a ja jestem Kamil, ale wołają na mnie Debezet.
Umknęły jej te informacje.
- Od anime Dragon Ball, bo jestem jego znawcą – mówił coraz śmielej. - Dzisiaj muszę odebrać z poczty figurkę Majin Boo z limitowanej edycji kolekcjonerskiej Dragon Ball Z.
Natalia pierwszy raz spojrzała na Kamila vel Debezeta. Chłopak mógł mieć około szesnastu lat. Był niski, ale przysadziście zbudowany. Włosy krótkie, czarne, twarz okrągłą i bladą, ot co, mały brzydal.
- Chcę cosplayować Vegetę na konwencie. Pojechałabyś ze mną jako Bulma?
Supozycja wysnuta przez małego brzydala ogłuszyła ją doszczętnie. Jako co? Dokąd? Z całego pytania zrozumiała wyłącznie słowa "chcę" i "pojechałabyś". Wstała z ławki na tyle energicznie, na ile pozwalał jej stan umysłowy. Z jednej strony osioł od Dragon Balla, a z drugiej ciamajdy na boisku. Co tu się wyprawia? Glonojadki kłóciły się.
- Hej, ty, żyrafo! - zawołała do Pauliny. - Jowita to kapitan – ciągnęła dalej: - kiepski z tego co widzę, ale jednak kapitan, a ciebie nikt tu nie trzyma siłą.
Żyrafa! - ucieszyła się Jowita - że też sama nie wpadła na to dużo wcześniej!
Paulina była chuda, miała smukłą twarz, długą szyję i jeszcze dłuższe łapska i kopyta. Jednak akcentem decydujący o jej żyrafowatości były drobne, mało widoczne, ale jednak istniejące piegi jak cętki żyrafy. Niby chłopcy uważali ją za ładną, ale to była bzdura i brak obiektywizmu. Poza tym jak komuś może podobać się ssak parzystokopytny? Nie mogła się doczekać, aż sama nazwie Wojtkowiak Żyrafą.
Paulina zapowietrzyła się. Kozłowska kontynuowała:
- Ty z kolei, zbierz się do kupy! Jako kapitan powinnaś mieć większy posłuch!
Trening mógł trwać. Natalia wróciła na ławkę. Przez chwilę starała się śledzić dalszy przebieg meczu, ale szybko straciła zainteresowanie na rzecz pary nastolatków. Para najpierw pokręciła się przed wejściem na teren szkoły. W końcu weszli i przez chwilę spacerowali wzdłuż budynku, aby wreszcie zdecydowanym krokiem przeciąć boisko do koszykówki i znaleźć się na trybunach, niewiele wyżej od Kozłowskiej oraz Debezeta. Natalia rozpoznała ich od razu. W pierwszym odruchu poczerwieniała. W głowie telepała jej Szwecja i milion różnych wymówek, dlaczego spędza wakacje tutaj, a nie górskim kurorcie. Pozostawało siedzieć w ciszy i mieć nadzieję, że jej nie rozpoznają. O, zgrozo, a jeśli przesiądą się bliżej? Musiała ich uprzedzić.
- Konrad? Angelika? - wydała z siebie okrzyk nieco przesadnego zdziwienia. - Co wy tu robicie?
- Rozwiązujemy zagadkę morderstwa – Brzęcki odpowiedział mechanicznie.
- Ach, słyszeliście o tej tragedii? - w dalszym ciągu nie dawała im dojść do słowa. - Zginął chłopak mojej kuzynki! Przyjechałam jej pomóc – zasugerowała swój natychmiastowy przylot z zagranicy.
- Ze Sztokholmu? - spytała zaskoczona Angelika.
- Samoloty są naprawdę szybkie!
Nie zwlekając wprowadziła przyjaciół w kulisy zbrodni. Wiele ich nie było, a więc zaczęła opowiadać o pogrzebie i drużynie Glonojadek. O Szwecji mówiła niechętnie i zdawkowo. Konrad wyłączył się z rozmowy nadspodziewanie szybko na rzecz wodzenia wzrokiem za piękną zawodniczką Glonojadek. Paulina Wojtkowiak swoją chłodną urodą przyćmiewała Zuzannę oraz pannę Olę.
- Czy nie powinno być ich sześć? - spytała Angelika.
Kozłowska milczała. O siatkówce nie miała bladego pojęcia.
- Brakuje Lidki – wtrącił Debezet.
Nieobecność lewej atakującej miała się za chwilę wyjaśnić i to w sposób szalenie interesujący, a zarazem kłopotliwy. Po kontrze Pauliny piłka wystrzeliła w niebo. Zawirowała na wysokości dachu szkoły po czym spadła w dół. Z nadal dużą siłą uderzyła o chodnik i potoczyła się w kierunku kanciapy za boiskiem. Po piłkę poszła biała Kasia. W jednej sekundzie wystrzeliła zza szopy na czworakach zanosząc się spazmatycznym płaczem. W jakimś intuicyjnym odruchu wszyscy zerwali się z boiska i trybun pędząc w stronę miejsca, z którego wyczołgała się ich koleżanka. Niemal tratując Kasię wpadli za kanciapę i ujrzeli przeraźliwy widok. O ścianę budynku, tuż za metalowym kontenerem na śmieci leżały zwłoki nieobecnej zawodniczki.
- To chyba Lidzia – jęknęła słabo Paulina.
- To temu spóźniła się – odpowiedziała mimowolnie Jowita.
- Nie spóźniła się. Była tutaj cały czas - skorygowała ją Angelika.
Trup był zimny i zesztywniały. Czas zgonu łatwo było policzyć. Skoro trenowała popołudniami to z dużym prawdopodobieństwem zginęła wczoraj – pierwszy wniosek zaświtał w głowie Natalii, a dopiero po chwili drugi Konradowi – jakby łapa Krugera. Istotnie, wzdłuż klatki piersiowej szły trzy linie po ostrzu zostawione w równych odstępach. Półszeptem wymienili się kilkoma uwagami ignorując pandemonium. Kozłowska przewróciła oczami. Miała ochotę powiedzieć dzieciakom, aby wzięły się w garść, ale to był ich pierwszy trup, a więc miały prawo do histerii. Angelika filozoficznie milczała.
- Policja – rzucił hasło Kamil.
- Kto dzwoni?
- Kto znalazł?
Wszyscy spojrzeli na podeptaną Kasię. Dziewczyna nie była zdolna do przeprowadzenia jakiejkolwiek rozmowy.
- Musimy dzwonić? - spytała Mela.
- Idiotko, przecież zamordowano człowieka – oburzyła się Paulina. - Co chcesz zrobić? Wywlec na ulicę i niech ktoś inny znajdzie?
- Nie – pokręcił głową Konrad. - Najpierw ustalmy kilka faktów, bo jak przyjadą gliny to będą problemy.
- Co chcesz ustalać?
- Nigdy nie widziałem trupa – oznajmił w filozoficznej zadumie Debezet.
- Przecież w Dragon Ball ciągle ktoś ginie – napomknęła czarna Kasia.
- Ale eksploduje i po ciele.
- Sugerujesz, że lepiej jest zdetonować zwłoki naszej przyjaciółki?
- Nie! Po prostu mówię, że nie widziałem zwłok na żywo. Tak wyglądają? - pytanie wyraźnie skierował do Jowity, która kilka dni temu oglądała morderstwo Mikołaja.
Pawlicka nie odpowiedziała. Wzrokiem uciekała nad głowę denatki, nad którą widniał czerwony napis. Teraz już wszyscy spoglądali na złowrogi zapis krwią.
- Ks... - przeczytał początek Kamil. Zatrwożony przerwał i odwrócił wzrok.
- Ksiądz Ali? - spróbował odczytać Konrad.
Nikt nie potwierdził.
- K S R D Z 4 1 1 – przeliterowała Natalia.
W rzeczywistości litery i cyfry (o ile rzeczywiście były one cyframi, a nie wyjątkowo krzywymi literami) nadawca zbił w jedno trudne do rozczytania słowo.
Od telefonu na policję do przyjazdu radiowozu minęło kilka minut. Zaraz za Piotrem i Alicją zjechała się połowa miasteczka. Na całe szczęście zwłoki były usytuowane w taki sposób, że zza bramy nie można było dostrzec żadnych szczegółów, chociaż w tłumie gapiów pojawiały się pierwsze przypuszczenia odnośnie wydarzenia. Najpierw pobłażliwie wspominano o włamaniu do budynku, potem jakimś wypadku którejś z Glonojadek, a w końcu zaczęto szeptać o tym najczarniejszym scenariuszu. Piotr słuchał zeznań łakomie i z przestrachem, co jakiś czas spoglądając na napis na ścianie.
- To sprawka tego cholernego glonozjeba i jej kuzyneczki! - histeryzowała Paulina. - Wiecie jak się odezwała do mnie na treningu?
Czyż kiwał głową. Zeznania Pauliny Wojtkowiak nie posiadały większej wartości merytorycznej. Od pozostałych różniły się tylko dużą liczą inwektyw rzucanych w Jowitę oraz jej kuzynkę. Najpierw zginął Mikołaj, a teraz Lidka. Dwie młode ofiary, połączone sportem, ale gdzie tu miejsce na Złowrogiego? I co znaczyły ten napis. Wtedy zadzwonił telefon.
***
Obóz Glonojadów wyglądał na częściowo rozbebeszony. Na niewielką piaszczystą plażę wywleczono trzy łódki oraz dwa kajaki w poprzek, których rzucono niedbale wiosła. Z kolei kamienisty fragment plaży od domków oddzielał niski płot. Ciągnął się konsekwentnie zamykając teren obozu w kształcie elipsy. Dwa domki miały świeżo odmalowane ściany. Tuż obok stały puszki z farbą i narzędzia, a dalej coś na kształt szopy lub komórki na śmieci, pod którą zresztą stała niewysoka komoda, dwa worki ze śmieciami oraz zapleśniały materac. Trzy domki nadal czekały na malowanie. Adrian podszedł do budynku A3 i pociągnął za klamkę.
- Zamknięte.
- Trzeba będzie się włamać – oświadczyła Zosia.
Nim zdążył zaprotestować dziewczyna wycelowała kamieniem rozmiarów cegły w okno. Tylko nieprawdopodobny łut szczęścia sprawił, że zza domu wyszła Dominika. Na widok gospodyni Zocha wpadła w popłoch. W nerwach cisnęła kamlot za siebie. Ten, będąc w ścisłej współpracy z grawitacją runął na stopę Adriana.
- Co tu robicie? - chciała spytać, ale rozdzierający krzyk chłopaka zmienił tor dyskusji. - Nic ci nie jest?
Pytanie wydało się nie na miejscu. Korba podskoczył z bólu łapiąc w powietrzu stopę. Chwiejnie podskakując na jednej nodze lęgnął pod domkiem. Energicznie masując stopę nie odpowiedział na pytanie. Zosia stała jak wryta. Z przestrachem spoglądała na kamień, a to na nogę miłości swojego życia. Rychlewska postanowiła powtórzyć pytanie za kilka chwil.
Po chwili przyszedł czas na wyjaśnienia. Adrian z miejsca wyłożył sprawę szczerze. Dominika, jak się okazało, posiadała większą wiedzę na temat kulis morderstwa. Również nie widziała powodów, aby cokolwiek zatajać.
- Czyli nie tutaj doszło do zabójstwa?
- Nie, ale Jowita uciekała przez lasy, a więc naturalnie szukają świadków w pobliżu.
- Musicie coś zobaczyć – oderwała ich od rozmowy Zosia.
- Co takiego? - spytał zniecierpliwiony Korba.
- Zobaczycie.
Mogła pokazać. Powiedzieć nie miała zamiaru. Jakaś jej część nie chciała wyjść na panikarę albo gorzej wariatkę. Dla Adriana musiała być odważna i silna, a nie wątła i płaczliwa. Ze stoickim spokojem zaprowadziła ich do znaleziska.
Za rzędem niewysokich świerków teren ostro schodził w dół. W rowie leżały częściowo przykryte gałęziami i igliwiem zwłoki. Z miejsca, w którym stali widać było ciemną twarz oraz nienaturalnie wygięte ramiona.
Adrian ostrożnie zszedł w dół obejrzeć delikwenta. Dotknął pleców trupa po czym wzdrygnął się. Dziewczyny obserwowały go w napięciu. Chłopak chwycił za kurtkę i podniósł dziwnie lekkie truchło. Z rozprutego brzucha ofiary wydobyły się słomiane bebechy. Dominika otworzyła usta. Na twarzy Zofii malował się uśmiech przeszyty poczuciem ulgi. Jak dobrze, że nie wszczęła alarmu, bo wyszłaby na idiotkę. Teraz z założonymi na piersiach dłońmi kiwała głową twierdząco jakby od razu poprawnie zidentyfikowała trupa.
- Czyli jedna zagadka została wyjaśniona – powiedział spokojnie Adrian. - Odnaleźliśmy stracha na wróble Korczakowej.
***
Do drugiego zgłoszenia Czyż nie miał głowy. Dlatego wysłał Bielak. Alicja jednak popełniła błąd i do odnalezionego stracha na wróble wezwała Iwonę jako właścicielkę miejsca oraz Barbarę jako właścicielkę zguby. Pawlicka zdążyła już odebrać córkę i bratanicę z komisariatu. Wiadomość o kolejnym wezwaniu wywołała u niej okropny ból głowy.
Barbara kipiała złością. Strachów na wróble ginęło jej co roku na potęgę, ale to był pierwszy raz, gdy udało się odnaleźć jakąkolwiek kukłę. Ich przyjazd zbiegł się w czasie z powrotem nieświadomego Leszka.
- Znaleźliśmy trupa - usłyszał na przywitanie.
- Siadaj! Będzie wesoło – dodała Zosia.
Widok Małej Mi zaskoczył go nieznacząco, Adriana przyjął z ulgą, chociaż pytania skąd i dlaczego tutaj się znalazł z siostrą Konrada wolał zostawić na później. Dobrze, że nie został w tym staraszewskim bagnie z Dominiką i Natalią.
Iwona przyjechała z córką i bratanicą. Ta pierwsza była otępiała po zbrodni, ta druga miała nastawienie bojowe. Panią Barbarę wspierali syn oraz Artem. Jowita rozpoznała otyłego Maciusia, a na Artema nie zwróciła większej uwagi. Może raz obmiotła go wzrokiem.
Barbara zaczęła obrzucać wszystkich kolejno oskarżeniami o głupie psikusy. Maciuś niespecjalnie zainteresowany znaleziskiem podlazł do obserwatorów pod domkiem.
- Ale macie kłopoty, hehehe – zaśmiał się głupkowato. - Po coście kradli stracha mamusi?
- Nic nie kradliśmy – oburzył się Leszek.
I wtedy spojrzał na Maciusia z lekkim przestrachem. Szybko wrócił wzrokiem na ziemię. Zosia zanotowała ten fakt.
- Czy ja cię znam? - twarz Maciusia spoważniała pod wpływem silnego zastanowienia.
- Zaparzę herbaty – oznajmił Matuszewicz gotowy do zniknięcia w domku.
Filozoficzny wyraz twarzy Maciusia zniknął. Na nowo wgapiał się w przyjezdnych z tępym wyrazem twarzy. Morda wyraźnie mu poczerwieniała. Gówniarz go olał. Niegrzeczny prostak z miasta! On już go nauczy kultury. I w ten przypadkowy sposób Maciuś wyświadczył Iwonie i obozowi ogromną przysługę.
Rozjuszony rzucając się za Lechem depcząc Dominikę i Jowitę. Zosia odskoczyła przewracając się na ziemię, Adrian złapał Maciusia za ramię nie chcąc dopuścić do rozlewu krwi. Niestety między nimi znajdowała się Natalka. Chcąc, nie chcąc została przyduszona do Maciusia. Ciężar Adriana i Natalii przeważył napastnika znacząco. Przechylił się, ale dopiero rozwścieczona Zosia położyła go na glebie. Brzęcka złapała faceta za łydkę i ugryzła. Maciuś zaskomlał żałośnie i padł na ziemię. Nastąpił łomot. Trwało to zaledwie sekundę.
Leszek odwrócił się na pięcie. Jego oczom ukazał się obraz sześciu osób leżących plackiem przed budynkiem. Alicja pobiegła z interwencją. Poobijany Maciuś z pomocą Artema i mamusi wsiadł do samochodu. Strach na wróble z rozbebeszonym brzuchem pojechał w bagażniku. Na chwilę zapanowała cisza.
- To wszystko trzeba będzie wyjaśnić – zaopiniował Leszek.
- Zaczekamy na Konrada i Angelikę i wtedy pogadamy – zgodził się Adrian.
***
Piotr od zawsze wykazywał się ufnością. Wiara w dobre intencje zwykłych ludzi opierała się o zdrowy rozsądek albo jeśli ktoś woli intuicję. Tym razem intuicja wskazała mu drogę do kościoła. Ojca Karasia zastał w parafialnej salce. Tęgi mężczyzna stał na biurku i omiatał z pajęczyn szafkę. Widząc policjanta pakującego się w brudnych buciorach pobladł.
- Podłoga pastowana! Wycierać kopyta!
Komendant wzdrygnął się. Wycierać w co kopyt nie było, a więc stanął w progu.
- Czy ksiądz nie ma jakiejś gosposi?
- A po co mi gosposia? - spytał szczerze zaskoczony. - Trzy lata byłem pracownikiem porządkowym.
Czyż nie kontynuował. Znał dobrze Damiana jeszcze z czasów szkolnych i widział o jego zamiłowaniu do najróżniejszych zawodów.
Bez słowa podał proboszczowi zdjęcie bazgrołów ze ściany. Karaś rzucił okiem na tajemniczy szyfr. Nieśpiesznie wyjął z szafki pismo święte i z niekrytą wyższością przemówił:
- Księga Rodzaju, rozdział czwarty, wers jedenasty. "Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie"*.
***
Piotr nie odpowiedział. W szalonym galopie bezwładnych myśli tworzył listę podejrzanych. Na pierwszy plan wysuwała się drużyna Glonojadek, a zaraz po nich przyjezdni od Wojciechowskiego. W dalszej kolejności Rafał, jako że był miejscowym wariatem (świadomości istnienia Artema jeszcze nie posiadał). Sprawę stracha na wróble Korczaków zamknął niemal od razu z poczuciem ogromnej ulgi. Zupełnie jakby doszło do jakiegoś przełomu w ważnym śledztwie.
- Niech bierze tę kukłę i spada stąd! - powiedział.
- A może odciski palców... - zasugerowała grzecznie Ala.
- Nie! - uciął krótko – Skończmy chociaż ten raban.
Pożałował tej decyzji, bo mógł w taki sposób zdobyć jakieś ciekawe poszlaki, być może uparcie wiążące się z seryjnym mordercą, ale teraz przepadło. Seryjny morderca... Dopiero teraz słyszał w głowie to ohydne połączenie słów. W co się wpakował?
- Zgadzam się – usłyszał wyrwany z zamyślenia.
- Na co? - spytał ostrożnie.
- Zgadzam się zostać oficjalnym konsultantem policji do spraw duchowych.
- Nie potrzebujemy.
- Bzdura! - obruszył się ksiądz Damian. - Głos duchowy jest zawsze rozsądniejszy i słuszniejszy od świeckiego!
Piotr wolał zamilknąć i puścić temat w niepamięć. Pożałował, gdy na drugi dzień Damian pojawił się na komisariacie żądając biurka.
- Na co proboszczowi biurko? - zapytała zakłopotana Alicja.
- A gdzie mam pracować? Na podłodze? Bezbożnie?
- Dlaczego bezbożnie?
- Bo po turecku! - ryknął zniecierpliwiony. - Zostałem oficjalnym konsultantem policji do spraw duchowych. Są mi potrzebne biurko i laptop.
Policjantka wycofała się. W porę wkroczył komendant.
- Co ksiądz tutaj robi?
- Twój podwładny nie chce wskazać mi biurka – naskarżył.
- Podwładna!
- Preferowałbym miejsce pod oknem – kontynuował.
- To moje miejsce! - zawrzała Alicja, ale nikt jej nie słuchał.
- Niech ksiądz wraca na probostwo – powiedział surowo Czyż – nie mam czasu na takie głupoty.
- Wiem, co łączy ze sobą ofiary i wiem, gdzie zostanie dokonana kolejna zbrodnia – rzucił ksiądz.
Piotr otworzył usta, ale nic nie powiedział. Alicja zakwiliła żałośnie.
Damian nie miał zamiaru niczego zdradzać jako osoba niezwiązana ze sprawą, no, chyba że jako oficjalny konsultant policji do spraw duchowych z biurkiem pod oknem. I tym oto sposobem ksiądz zaczął pracować na staraszewskim komisariacie.
Jednym nierozstrzygniętym problemem zostało biurko pod oknem, z którego Alicja za żadne skarby nie chciała zrezygnować. Dlatego ksiądz i policjantka siedzieli przy nim razem zajadle broniąc wytyczonych granic terytorialnych. Po stronie Bielak znajdował się telefon, czego Karaś nie mógł odżałować, zwłaszcza, że miał ochotę na ploteczki. Za to udało mu się przywłaszczyć artykuły papiernicze oraz dziurkacz. Komputer stał na połowie, opcjonalnie z klawiaturą na probostwie i myszką na policji.
- Niech mnie ksiądz nie szturcha – mruknęła Alicja przysuwając się bliżej blatu.
- To niech pan się nie pcha na moją stronę!
- No i? - ponaglił zniecierpliwiony Czyż. - Co łączy ze sobą ofiary?
- Miejsce akcji – odparł zadowolony. - Pole Korczaków i fragment boiska szkolnego należały niegdyś do Złowrogiego.
- Jak połowa miasteczka! - fuknęła Bielska.
- Gdzie przebiegała granica jego ziemi? - zapytał bez przekonania.
Damian rozpromienił się. Energicznie wstał od stołu i podszedł do mapki zawieszonej na drzwiach komendy.
- Dziewczyna zginęła tutaj - wskazał palcem. - Poza terenem Złowrogiego, ale sprawca zaciągnął ciało za kanciapę.
- Czyli na ziemię Złowrogiego... - dopowiedział ostrożnie policjant.
Alicja zabrała z probostwa dziurkacz. Nie posiadała się ze złości, iż przez tak bzdurną informację będzie musiała dzielić biurko z księdzem.
- To zwykły zbieg okoliczności - powiedziała szybko chowając dziurkacz do szafki.
- Może, ale to na razie nasz jedyny trop - komendant poparł teorię.
Alicja nie odzywała się. Tyle z tego dobrego, że odzyskała dziurkacz przed powrotem Damiana na miejsce.
- Czyli gdzie... - zawahał się Czyż. - Seryjny morderca - określenie przeszło mu przez gardło z wielkim trudem - zaatakuje znowu?
- Obóz Glonojadów, probostwo i las.
To miało być długie lato.
* Cytat z Biblii Tysiąclecia, wydanie trzecie poprawione
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz