niedziela, 14 lipca 2024

Rozdział 20: Krysia, rocznik 83

Wizytę na poczcie Piotr odsuwał w czasie jak tylko mógł. Na początku wykręcał się w bardzo prosty sposób; zamordowano człowieka, a on musiał koordynować pracę podwładnych. Dlatego też z początku nie odbierał telefonów od Grażynki. Gdy wreszcie przymusił się do krótkiej rozmowy telefonicznej, obiecał wpaść na pocztę pod koniec dnia. Wtedy miasteczkiem wstrząsnęła informacja o kolejnym morderstwie, a spotkanie musiało ponownie zostać przesunięte w czasie. Uparte babsko postanowiło nie dawać za wygraną i zadzwoniło na domowy, aby uprzejmie zagrozić, że jeśli nie przyjedzie na pocztę, to ona osobiście pofatyguje się do jego domu, gdzie porozmawiają już w obecności pani Czyż. Perspektywa wmieszania żony w ich sekrety nie zmartwiła go zanadto. Na chwilę obecną martwił go szaleniec mordujący ludzi.
Zaparkowawszy samochód przed urzędem pocztowym rozejrzał się wokoło. Było gorące popołudnie. Promienie słońca odbijały się od przykurzonych płyt chodnikowych. Brzydkie, kanciaste ławki otaczające ryneczek z oddali wyglądały jak nagrobki palące się w słońcu. Na myśl o grobach po plecach przeszedł go zimny dreszcz. Dwa ciała w kilka dni. Panika w mieście objawiała się poprzez jego martwotę. Ludzie siedzieli w domach wyczekując informacji o postępach w śledztwie.
Nie myśląc dłużej o pustej ulicy wszedł do budynku. Przecisnąwszy się przez wąski korytarz trafił do przyciemnionego pomieszczenia. Na jego widok Grażynka wyszła zza oszklonej kasy.
- Nareszcie jesteś - westchnęła.
- Dlaczego chciałaś mnie widzieć?
- Z ciekawości – wyszeptała konspiracyjnie. - Wiesz już coś w sprawie tego stracha na wróble?
Piotr wziął głęboki wdech i wydech.
Strach na wróble – pomyślał ze zgrozą. Po zeznaniach Jowity i jej opisie wyglądu napastnika miasteczko huczało od plotek. Mordował strach na wróble, duch Floriana Złowrogiego, uciekinier z zakładu dla obłąkanych. Teorie tworzyły się same, a każda następna musiała zostać zbadana.
Idiotyzmy do potęgi entej, chciał powiedzieć, ale wstrzymał się.
- O co mu może chodzić? Kim jest? - pytała zachęcająco.
- Nic nie wiem – odparł ponuro i zgodnie z prawdą.
- Myślisz, że to ma coś wspólnego z nami?
- Niby co?
- No te strachy na wróble – poprawiła okulary. - Dlaczego zabił akurat Mikołaja?
- Wydaje mi się, że morderca działa wedle jakiegoś schematu, ale jeszcze nie wiem, jakiego.
Pocztowa usiadła przy stoliku ze wzorami blankietów. Wzięła jeden i zaczęła nerwowo zaginać jego rogi.
- A jak po tym morderczym strachu na wróble dojdą do nas?
Czyż pokręcił głową z powątpiewaniem.
- Nie dojdą i już ja się o to postaram. Poza tym to dwie różne sprawy. Teraz nikt na komisariacie nie ma głowy do tropienia kukiełek Korczakowej.
Pocztowa sięgnęła po kolejny blankiet.
- Wczoraj te dzieciaki z obozu Glonojada odnalazły ostatniego stracha na wróble, a tyle razy mówiłem.
- Ja go tam nie zostawiłam – mruknęła, kontynuując zagniatanie rogów. - Poza kto wiedział, że znowu otworzą obóz?
- Nikt nie wiedział.
Pocztowa okazała delikatne zawahanie.
- Nie chciałabym, aby wydało się, że ty i ja...
Mają romans! - pomyślał Debezet, ale powiedział:
- Dzień dobry! Mam do odebrania przesyłkę, nazwisko Sobek.
Brzmiał naturalnie i nienapastliwie. Zupełnie jakby spotkał dwójkę obcych ludzi i nic go nie obchodziło co robią, czy mówią. Było jednak inaczej: znał ich. Komendant Czyż miał żonę, a pocztowa była starą babą!
Grażyna bezmyślnie poderwała się z miejsca, po czym zrobiła krok do tyłu, a następnie poleciała do szafki z nieodebraną pocztą.
Debezet rozglądał się wokoło unikając kontaktu wzrokowego z Piotrem. Udawana obojętność nie działała na policjanta. Znał się na ludziach i miał świadomość, że chłopak podsłuchał część, a może, o zgrozo, całą rozmowę. W jednej sekundzie przed komendantem pojawiła się wizja wielkiego skandalu z nim i Grażynką w rolach głównych. Zacząć się tłumaczyć? Wyjaśnić pomyłkę? Oprzytomniał w tej samej chwili, gdy Debezet opuszczał urząd pocztowy z paczką.
Należało zachować zimną krew! Teraz, gdy wszyscy żyją Złowrogim, jakiekolwiek próby tłumaczeń oraz łgarstwa mogą bardziej im zaszkodzić.
- Myślisz, że słyszał naszą rozmowę?
- Nie wiem... Najwyżej przypiszą nam romans – odparł cierpko, dodając po chwili z większym optymizmem. - Lepsze to, niż powiązanie nas ze strachem na wróble.
Grażynę niepokoiło coś jeszcze. Czyż widział, że zbiera się w sobie, aby przekazać mu najczarniejszą nowinę.
- Jest jeszcze jedna sprawa... - wymamrotała ze skruchą.
I po tej informacji policjant wpadł w szał.

***


Tradycyjna burza mózgów była głośna i nader produktywna w oświadczenia oraz pomysły. W naradzie brały udział obóz Glonojadów, pole namiotowe oraz Natalia i Jowita. Adrian chodził po pokoju z małym katechizmem uparcie szukając sensu biblijnego cytatu. Odkrycia, iż napis ze ściany odnosi się do Księgi Rodzaju dokonał Konrad.
- Takie zagadki pojawiają się w co drugim horrorze z religijnymi motywami – odparł wzgardliwie, jakby zawiedziony brakiem oryginalności ze strony mordercy.
Drugi zespół pod dowództwem Dominiki szukał wszelakich odniesień do legendy Złowrogiego.
W napadzie twórczego szału morderca zyskiwał kolejne motywy, sekrety i twarze.
Jedynie Leszek adresował koperty w największym spokoju, nie zajmując się główną dyskusją i tylko od czasu do czasu wtrącał jakiś mało istotny szczegół.
- Nie! - sprzeciwił się Konrad. - Rypany Drań przyzwyczaił was do motywu działania, a przecież może chodzić o zwykłą ambicję i chęć mordu – mówił dalej – campowe slashery to morderca-mściciel z tragiczną przeszłością.
- Czyli jednak istnieje motyw? - zauważył ostrożnie Adrian.
- I tak i nie. Motyw jest wyłącznie pretekstem do dokonywania zbrodni – odparł i zwrócił się do Leszka – to może być ktoś z obozu, na którym byłeś przed laty... Pomyśl – dodał zachęcająco. - Gnoiłeś tam jakiegoś nerda, który teraz chce zapłaty?
- Mieliśmy po osiem lat i to raczej nas gnojono.
W jednej chwili przypomniał sobie dlaczego tak bardzo nie lubił obozu Glonojadów.
- Co za bzdury! - rozjuszyła się niespodziewanie Zosia. - Jak zobaczę tego stracha na wróble to osobiście zabiję!
- Czy raz nie moglibyśmy dać sobie spokoju? - spytał Leszek. - Są wakacje.
W całym rozgardiaszu na pytanie zareagował jedynie Konrad.
- Jak to?
- Trzeci raz kotłujemy się z morderstwami – zaczął niepewnie. - Mam już tego dość, że gdziekolwiek się ruszymy ktoś musi umrzeć w brutalny sposób.
Brzęcki spojrzał na Natalię próbującą wtrącić się w główną dyskusję, po potem znów na Leszka, kontynuującego myśl:
- Chciałbym iść na studia bez takich atrakcji.
- A ja właśnie dlatego – przyznał. - Cztery lata technikum i pysków do siebie nie otworzyliśmy, a potem trup w nawiedzonym domu i całe śledztwo. To ostatnia wspólna rozrywka.
- Rozrywka – westchnął Leszek. - Dziękuję bardzo za takie rozrywki.
- Źle to zabrzmiało – uświadomił sobie. - Chodzi o to, że po wakacjach każde z nas pójdzie w swoją stronę. Ty już mieszkasz w Sopocie z Dominiką, a ja jadę do szkoły filmowej. Nie będziemy się widywać i trochę tego szkoda.
- Mi szkoda, że nie możemy kolegować się w normalnych warunkach – odparł cierpko. - Te zbrodnie to słaby dodatek. Poza tym to miejsce... Ech, szkoda gadać.
- O co ci chodzi? - Brzęcki podchwycił nowy temat. - Dzisiaj jakoś dziwnie zareagowałeś na syna tej całej Korczakowej. Kojarzysz typa?
Matuszewicz machnął ręką. Nie chciał dłużej rozmawiać o obozie. Jedną, wolną ręką sięgnął po kolejną kopertę, do której wsunął pocztówkę do brata.
Ciężka ta koperta – pomyślał.
Wtem siedząca w milczeniu Angelika zabrała głos:
- Wracam do domu!
Dyskusja na chwilę ucichła.
- Dlaczego? - wymknęło się Adrianowi.
- Miały być namioty, a nie kolejne trupy! Nie życzę sobie znowu być ofiarą jakiegoś czubka!
- Nikt sobie nie życzy – przyznała Natalia.
- Ale jak znowu znajdę zwłoki – Angelika była bliska płaczu.
Dyskusja do późnych godzin nocnych zrodziła kilka ważnych postanowień. Primo, należało szukać sprawcy dwóch okropnych zbrodni. Secudno, nie dać się zabić. Tertio, Emilia wraca do Lipek z samego rana.

***


Był to pierwszy dzień od ich przyjazdu, gdy panujący upał nieco zelżał. Był to też ostatni dzień Angeliki Piekarz pod namiotami. Jak postanowiła, tak zrobiła. O świcie spakowała rzeczy do plecaka, pożegnała przyjaciół i nie oglądając się za siebie ruszyła szosą w kierunku przystanku autobusowego.
Kilka godzin później zjawił się pan Krzysiu z córką. Przedwczesne zakończenie wakacji przez Angelikę odczytał właściwie, jako strach przed mordercą. Pierwszą ofiarę mógł napiętnować jako obrzydliwy czyn i dramat za nim idący, ale znalezienie zwłok drugiej dziewczyny nie pozostawiało złudzeń: Złowrogi uderzy po raz kolejny. Przez myśli przeleciała mu wizja fatalnej reklamy pola namiotowego i przyszłych pustek.
"Staraszewo! Tu cię zabiją z zimną krwią", "My też mamy swoje Crystal Lake. Nazywa się jezioro Glonojadów".
Chcąc ratować sytuację zapakował do samochodu Paulinę oraz rowery. Oczywiście, dziewczynę do środka, zaś rowery upchał na dach i do bagażnika.
- Dzień dobry! - zawołał na widok Małej Mi.
Zosia mruknęła coś pod nosem.
- Dzień dobry – odparł Adrian nadchodzący od strony jeziora. - Co pana sprowadza?
- To moja córcia, Paulinka – przedstawił dziewczynę. - Otóż Paulinka chciała was zabrać na wycieczkę rowerami po Staraszewie, prawda?
- Jak cholera.
- Nie pyskuj, gówniaro – odwarknął jej półgębkiem.
- A czy takie szlajanie się po okolicy, teraz, gdy macie seryjnego mordercę, nie jest przypadkiem niebezpieczne? - spytała kąśliwie Zosia. - Drżymy ze strachu, a nasza koleżanka już wróciła do domu.
Wojtokowiak pobladł i nie wiadomo, jakby wyszedł z opresji, gdyby nie wybawił go Adrian Korba.
- Nie wiem jak wy, ale ja bardzo chętnie!
W rzeczywistości nie był tyle zainteresowany wycieczką, co towarzystwem Pauliny. Córka Wojtkowiaka, czy jak mu tam było, przyjaźniła się z ofiarami, a więc mogła posiadać jakieś ważne informacje na temat kulis zbrodni. Niestety życie na polu namiotowym oraz status gości w Staraszewie odcinał ich od potencjalnych źródeł informacji. Zbieraniem plotek, przypuszczeń i ewentualnych motywów miała zająć się Natalia, ale na ile mógł jej zaufać? Paulina stanowiła cenne źródło wiadomości. Wymuszone zaproszenie na wycieczkę rowerową było, jak dotąd, najlepszym, chociaż nieświadomym w skutki pomysłem pana Krzysia.
Brzęcki wygramolił się z namiotu i od razu stanął obok, uroczej, acz wyższej od niego o głowę, Pauliny.
- Jesteś z drużyny Glonojadek – zagaił. - Poznaliśmy się podczas treningu, gdy...
- Pamiętam – ucięła.
Wspomnienie dnia, w którym odnaleźli zwłoki na boisku przyprawiało ją o złość. Ktoś ewidentnie celował w jej paczkę i nie miała wątpliwości, że za wszystkim stoi Jowita albo przyjezdni. Spędzenie z nimi popołudnia mogło okazać się dramatyczne w skutkach dla niej, ale ojciec się uparł. Jeśli dzisiaj odkryje tożsamość mordercy, cóż, tanio skóry nie sprzeda.

***


- Byle zdążyć na autobus do miasta, a potem mogę nocować nawet na peronie – powiedziała do siebie zdeterminowana Angelika.
Jakoś tak się wszystko składało, że slasherowi mordercy ciągnęli do odludnych miejsc. W dużych miastach nikt za nikim nie latał w masce i z nożem w ręku. Mimo ciężkiego bagażu maszerowała szybko poboczem szosy mijając coraz większe skupiska drzew.
Do centrum miasta pozostawały jej jeszcze jakieś dwa kilometry, ale nawet na moment nie myślała o postoju. Pragnęła tak bardzo opuścić przeklęte miasteczko, że nie zwróciła uwagi na faceta z łachmanach, który wyłonił się zza drzew i teraz równie szybkim krokiem podążał za nią.
Wtedy coś ją tchnęło i spojrzała za siebie. Być może to wcześniejsze doświadczenia, a być może wygląd dziada; maska na twarzy, brudna kurtka i długie, zardzewiałe ostrze w łapie, sprawiło, że znacząco przyśpieszyła.
Dystans pomiędzy nią, a strachem na wróble malał. Doganiał ją! Jego kroki słyszała coraz wyraźniej. Mogła być pewna, że za chwilę złapie ją. W jakimś bezmyślnym odruchu postanowiła zejść z szosy. Zbiegła prosto do rowu, gdzie przewróciła się, upadając w wyschnięte koryto. Złowrogi stał tuż nad nią.
- Mogłam zostać pod namiotami – powiedziała, umierając.

***


Jowita wracała do domu okrężną drogą. Trening drużyny był równie przytłaczający, jak wszystkie inne wydarzenia od Nocy Złowrogiego Czynu. Część drużyny nie stawiła się wcale, a obecne Mela i czarna Kasia szybko wykręciły się od pracy. Tym samym pozostawiając kapitankę samą na placu boju. Drużyna Glonojadek mogła równie dobrze przestać istnieć.
Przechodząc piaszczystą szosą pomiędzy dwiema działkami Jowita stanęła na chwilę, aby raz jeszcze spojrzeć na pole Korczaków, gdzie zginął Mikołaj.
Ciekawe, czy tamta noc miałaby takie samo zakończenie, gdyby nie przyjechali tam wtedy? Może Złowrogi zabiłby kogoś innego albo w nieskończoność wisiał na palu i spoglądał na staraszewskie pola?
Z zamyślenia wyrwał ją głośny warkot piły mechanicznej. Jakiś mężczyzna wycinał gęste krzaki wchodzące na pole Korczaków od strony lasku. Na moment oczy Jowity i faceta od piły zetknęły się ze sobą. Dziewczyna szybko skojarzyła pracownika Korczakowej z zdarzeniem z obozu sprzed kilku dni. Wtedy przyjechał na obóz z Barbarą i Maciusiem po wybebeszonego stracha na wróble.
Piła ucichła. Artem pozbierał leżące wokół gałęzie i przerzucił je na taczkę. Pawlicka przyglądała mu się walcząc z przemożną chęcią zagadania do nieznajomego.
- Dzień dobry! - zawołała.
Artem otarł pot z czoła i odpowiedział grzecznie, choć bez wylewnej życzliwości.
Dopiero teraz zwróciła uwagę na jego akcent. Pochodził ze wschodu, ciekawe skąd? Ukraina, Rosja, ale jak trafił do Staraszewa?
- Nie widziałam cię wcześniej w miasteczku. Przyjechałeś niedawno, prawda?
- Tak – odpowiedział wyraźnie zaskoczony pytaniem. - Kilka dni temu.
- Tak w ogóle to jestem Jowita – uśmiechnęła się, wyciągając rękę na przywitanie.
- Artem – odwzajemnił uścisk.
Jego dłoń była szorstka, a uścisk mocny. Chociaż nie miał atletycznej postury zdawał się być silnym człowiekiem. Tak, słowo "silny" było pierwszym skojarzeniem młodej Pawlickiej. W jednej chwili zatliła się w niej przemożna chęć poznania pracownika Korczakowej. Wtedy postanowiła, że nie da mu już spokoju. To znaczy dziś mu da odsapnąć, ale Staraszewo to niewielkie miasteczko. Prędzej czy później wpadną na siebie, a wtedy ona zagada do niego z pełnią swojej jowitowatości.
- Miło cię poznać – powiedziała, odchodząc. - Do zobaczenia!
- Do widzenia – odparł, wracając do pracy.
Było gorące lato. Jowita Pawlicka miała siedemnaście lat i zakochała się po raz pierwszy.

***


Wyprawa rowerowa ruszyła z pola namiotowego w dół wąskiej ścieżki prowadzącej przez las. Po kilku kilometrach niepozorna dróżka ostro skręcała, wychodząc na szosę, a dalej ciągnęły się pola. W końcu minęli ponure rzędy kukurydzy, a potem stary młyn oraz samotną, zaniedbaną chatkę.
Rodzeństwo Brzęckich wyszło na prowadzenie. Paulina wyraźnie zwolniła, ale nadal była nieco szybsza od ciągnącego się na końcu Adriana.
- Kto tam mieszka? - spytał Korba.
Wojtkowiak wyjęła słuchawkę z ucha, a chłopak powtórzył pytanie.
- Ernest, a co?
- Tak tylko pytam – odparł, próbując zrównać z dziewczyną.
Trafili na osiedle. Konrad wyhamował przed jednym z podwórek. Zeskoczył z roweru i ostrożnie podszedł do furtki. Pozostali mimowolnie zrobili postój, aby przyjrzeć się ogromnemu składowisku gratów.
- Czyje to?
- Wuja Modesta – odparła Paulina.
Podwórze wyglądało jak muzeum starych maszyn. Wyeksponowane na nim zabytki dumnie prezentowały kawał historii – jeśli nie własnej to przynajmniej właściciela. Brzęcki zachłannie spoglądał na starego fiata na kapciu. Z jakiegoś powodu dostrzegł w aucie ogromny potencjał. Niestety poza tym nie dostrzegał rdzy chciwie pochłaniającej karoserię.
- Ciekawe, czy jest na sprzedaż? - spytał, wskazując na samochód.
Adrian wzruszył ramionami.
Zapewne nie – pomyślał – bo kto kupiłby taki grat?
- Szalony Rafał opowiadał kiedyś o tym samochodzie – wtrąciła Paulina. - Podobno pierwszy właściciel wołał na ten samochód pieszczotliwie Krysia.
- Faceci lubią nadawać imiona swoim zabawkom – powiedziała Zosia, jakby posiadała na ten temat jakiś głębszy pogląd.
Paulina nie odpowiedziała.
- Na szrot – zaopiniował Adrian.
- Dam radę odrestaurować.
- Po co? - w głosie Zosi rozbrzmiał sceptycyzm.
- Żeby jeździć. Mam prawko od trzech miesięcy, a samochodu żadnego.
- I chcesz to?
- Na początek – przytaknął, po czym szybko dodał: - dla nabrania wprawy. Retro samochody są w modzie.
- Ale to jest retro złom – wymknęło się Korbie.
Brzęcki nie słuchał. Od razu poleciał do domu wuja Modesta, aby zapytać o ewentualną cenę fiata. Po chwili cała czwórka razem z właścicielem stała przed Krysią.
- Fiat 125p, rocznik 83 – powiedział właściciel. - Jej pierwszy właściciel, pan Arnold, nazywał ją Krysia.
- A jak trafiła do ciebie?
- Dziwna sprawa – przyznał Modest. - Arnold porzucił ją gdzieś po pijaku, ale nawet na łożu śmierci zarzekał się, że Krysia została mu skradziona. Jakieś pół roku temu znalazłem samochód porzucony w lesie.
- A szalony Rafał doklepał legendę o szatańskich zdolnościach samochodu.
- Niech zgadnę... - zaintonował Adrian. - To zły samochód, a wy zginiecie!
- Coś w ten deseń – zgodziła się Paulina.
- Muszę ją odkupić – powiedział zdecydowanie Konrad.

***


Leszek głęboko westchnął. Zapalił papierosa i prawie natychmiast zgasił. Dominika obeszła domek, a potem objęła chłopaka w pasie. Drzwi do domku, w którym mieszkali były otwarte na oścież. Zamek bezwładnie zwisał jak ząb mleczny na korzeniu. Wewnątrz zastali poprzesuwane meble i porozrzucane ubrania. Dominika usiadła na łóżku przeglądając swoją walizkę. Leszek przystanął w progu.
- Dzwoniłem do Iwony – powiedział. - Pytała, czy zaginęło coś cennego.
Dominika podniosła z ziemi bluzkę.
- Wezwała policję?
- Jeśli zaginęło coś cennego, kochanie – powtórzył.
- Nie widzę mojego notatnika.
- Chodzi o wartościowe rzeczy – przypomniał.
- Dla mnie miał ogromną wartość! - zdenerwowała się.
- Wiem, ale chodzi o pieniądze, telefon – wymienił dla przykładu.
- Mam to gdzieś! Tam miałam wszystko!
- Takie zapiski można odtworzyć – rzucił.
- Tak, można odtworzyć! Ty nic nie rozumiesz! Nie wiesz, ile to pracy!
Rychlewska usiadła na łóżku i schowała twarz w dłoniach. Po raz pierwszy poczuła, że śledztwo, ba, to, co do tej pory traktowała jak rozrywkę kryminalną dotknęło jej osobiście. Notatnik, w którym zapisywała wszystkie swoje spostrzeżenia był w łapach jakiegoś okrutnego człowieka. Teraz przewracał zapisane przez nią strony i śmiał się do rozpuku. Nie było dla pisarki gorszej rzeczy jak utrata słów.
Leszek wyszedł przed dom. Stąd miał doskonały widok na napis nad wjazdem. Obóz Glonojadów zdawał się żartować z nich w ponury sposób. Im dłużej tam przebywali, tym bardziej zasysał ich swojej w mroczną otchłań. Za żadne skarby świata nie mógł pozwolić, aby ta ciemność pochłonęła jego i Dominikę. Musiał się temu przeciwstawić, bo ktokolwiek stał za włamaniem miał z nim na pieńku.

***


Wuj Modest interesował się wszystkim i robił to przez szeroko pojętą grzeczność. Pytał sąsiadów, kiedy rozpoczynają żniwa, bo może pożyczyć sprzęt. Interesował się malowaniem ratusza ze względu na kilka litrów niepotrzebnej farby, w których posiadaniu był. Ślub w rodzinie dalekich kuzynów? Bez obawy, on zna w Katowicach faceta, który wynajmie im salę weselną. I podobnie było z Krysią. Samochód oddał Konradowi za bezcen, a do tego zaoferował pomoc w naprawie. Brzęcki i Korba wrócili na podwórze Modesta późnym popołudniem już bez dziewczyn, aby raz jeszcze obejrzeć auto.
Silnik zastartował wydając z siebie okropny odgłos, jakby trup odzyskał powietrze w płucach.
- Może nie będzie tak źle – przyznał Adrian.
Fiat prezentował się fatalnie, ale mogło to być związane z długim okresem po porzuceniu go w lesie, aniżeli faktycznymi brakami. Poprzedni właściciel musiał sporo inwestować w Krysię.
- No to od czego chcesz zacząć?
- Od sprzątania – stwierdził stanowczo.
Adrian podniósł maskę, aby popatrzeć na silnik. Konrad wsiadł od strony pasażera. Nogą wygarnął śmieci leżące wokół siedzenia – liście, papierki, reklamówkę oraz wymiętą fotografię pary młodych ludzi. Mogli mieć około dwudziestu lat. Nie znał ich.
- Wujku! - zawołał, wymachując zdjęciem. - Twoja rodzina.
Modest obejrzał zdjęcie, zagiął i schował do kieszeni. Potem zaczął biegać jak szalony, co chwilę znosząc jakieś narzędzia i instruując chłopców odnośnie zasad bezpieczeństwa higieny pracy. W końcu stwierdził, że ma coś ważnego do załatwienia w mieście i zniknął.
- Nie ma opcji – powiedział Adrian odbijając się od samochodu. - Mechanik zeżre cię w kosztach, ale sami tego nie zrobimy.

***


Pocztowa wychyliła się zza lady próbując dostrzec niewyraźną sylwetkę w głębi korytarza. Należała do wysokiego, dobrze zbudowanego człowieka. Stał w bezruchu i jedynie jego klatka piersiowa regularnie podnosiła się i opadała przy każdym oddechu.
- Strach na wróble! - wrzasnęła. - Ratunku!
Złowrogi wszedł do głównego pomieszczenia ostrożnie zamykając drzwi za sobą. Grażynka wyskoczyła zza lady. W akcie desperacji cisnęła w mordercę plikiem kopert. Te rozproszyły się po podłodze nim doleciały do okropnej workowatej gęby mordercy. Czuła smród brudnych szmat i słomę przesiąkniętą krwią poprzednich ofiar, a teraz także jej. Upadając na zimną podłogę wydała z siebie bulgoczący odgłos.
Złowrogi wyszedł z poczty tak jak wszedł, drzwiami dla personelu, a dalej przez podwórko i na przełaj na polanę, aby po jakimś czasie zniknąć wśród rzędów kukurydzy. Jak porządny morderca z nieukrywaną satysfakcją liczył rosnącą liczbę ofiar.
- Jedna, druga, trzecia, czwarta, piąta...
Mordercze lato trwało w najlepsze i miał nadzieję, że nigdy się nie skończy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz