Dziecko w masce klauna przeszło z bawialni do kuchni. Wiedziało, że w szufladzie po lewej stronie są ostre przedmioty takie jak noże, toporki i nożyczki. Kiedyś ojciec oprawiał za pomocą jednego z nich świnie. Było mnóstwo krwi. Teraz noże były czyste, posegregowane od najmniejszego do największego. Ich ostrza błyszczały odbijając światło od lampy kuchennej.
Klaun sięgnął po największy z noży. Jego ostrze było tak długie, że praktycznie rozciągało się od łokcia do końca środkowego palca dłoni. Spokojnie przemaszerował przez ciemny korytarz, niezauważenie przeszedł obok ojca wychodzącego z pokoju i stanął w progu. Naga matka siedziała przed lustrem rozczesując swoje długie, jasne włosy. Fuj, znowu robili te bezeceństwa. Podszedł do niej niezauważony i zamachnął się. Dłoń klauna zawisła z nożem w powietrzu. Trzymał ją ojciec. Spokojnie, bez słowa, wyprowadził dziecko z sypialni.
- Kiedyś będziesz jak tata – powiedział Wojtek Ostrowski.
Rozczarowany przebieraniec wrócił do kuchni bez noża. Jego pierwsza zbrodnia nie doszła do skutku, ale wierzył, że kiedyś upodobni się do ojca.
***
Najnowsza atrakcja ślubna dla Roberta i Natalii zaczęła się od małej łódki zrobionej z gazety i spuszczonej do rynsztoka przez Dimitriego Dotsenko. Mały stateczek płynął rwącym potokiem wzdłuż wysokiego krawężnika. Chodnikiem tuż obok biegł odziany w żółtą kurtkę z kapturem i czerwone kalosze kilkuletni chłopiec. Tego dnia padało i jak na złość musiał siedzieć w domu ze wszystkimi. Tutaj wszyscy, również matka, rozmawiali po polsku. Z nich wszystkich jedynie ojciec był Ukraińcem, a on w połowie, ale ta połowa wystarczyła, aby wszystko mu się mieszało. Mieszkając w Nadwórnej, na co dzień rozmawiali po ukraińsku, przyjeżdżając tutaj, wyłącznie po polsku. Tęsknił za babcią i z całą pewnością wolał zostać z nią, niż z ciotką Wandą.
- Zobacz, Dimitri – powiedział ojciec składając gazetę. – Okręcik.
- Fajna.
- Fajny, a nie fajna – poprawił go Artem i podał. – Sprawdź, czy popłynie, dobrze, synku?
Dimitri zarzucił na siebie pelerynę i wybiegł przed dom, a po chwili już gonił za okręcikiem w dół ulicy cały czas uważając, a by nie stracić łódeczki z widoku. Zagapiwszy się uderzył głową w barierkę zagradzającą zalaną część ulicy. Siarczyste uderzenie posłało chłopca na ziemię, ale tylko na moment. Szybko powstał i pobiegł dalej. Strumień ostatni raz zakręcił i wpadł do studzienki kanalizacyjnej. Dimitri z trwogą pomyślał o finale rejsu, gdy dostrzegł klauna czającego się za kontenerem tuż przy spływie.
Zaniepokojony niecodziennym widokiem zwolnił, a w końcu stanął w bezpiecznej odległości od jegomościa. Młot, który trzymał nieznajomy blokował okręcikowi spływ do kanału.
- Witaj, Dimitri – powiedział wesoło klaun. – Czy to twoja łódeczka?
Przytaknął.
- Bardzo ładna. Chcesz ją z powrotem?
Dimitri średnio chciał ją odzyskać. Papier był przemoczony i okręcik nie prezentował się już tak dobrze. Ponadto ojciec mógł zrobić kolejną. Ciotka Natalia miała mnóstwo gazet.
- Nie – odparł chłodnym głosem, przy którym nawet morderczy klaun poczuł się nieswojo.
- Oddam ci ją, jeśli przekażesz dorosłym wiadomość ode mnie.
Dimitri wzruszył ramionami. Co mu szkodziło? Ostatecznie żadnego wysiłku to nie kosztowało. Furiat odszedł zostawiając chłopca z rozmiękniętym od wody papierem i informacją. Okręcik niemal od razu trafił do kosza na śmieci, a wiadomość dla dorosłych doszła z opóźnieniem.
***
Doktor Donald Lomis prezentował się na tyle przeciętnie, aby nie zwracać na siebie niczyjej uwagi. Był niewysoki, okrągły, miał około siedemdziesięciu lat. Ubierał się w tweedowe marynarki, dopasowane do nich spodnie, a na głowie nosił kaszkiet zdejmowany wyłącznie przy ukłonie. Z charakteru był osobą nieustępliwą, władczą i odważną lub jak kto woli, niemiłosiernie upierdliwą. Charakter przed laty ugruntowała klęska zawodowa, która niczym choroba przeniosła się na życie prywatne, wyznaczając doktorowi jeden cel.
Zapukał, bo dzwonka nie było. Po kilku chwilach powtórzył czynność, a gdy to nie przyniosło efektu zapukał kolejny raz, ale bardziej stanowczo. W końcu drzwi otworzył Leszek.
- Dzień dobry – przywitał się, unosząc nieznacznie kaszkiet. – Doktor Donald Lomis. Pańscy rodzice mnie tutaj pokierowali – wyjaśnił, wskazując na duży dom za sobą.
- Czym mogę służyć?
- Chciałbym porozmawiać o Pawle.
Matuszewicza coś tknęło, ale nie dał tego po sobie poznać.
- O jakim Pawle? – zapytał ostrożnie.
- Ostrowskim! – doktor uniósł głos. – Pan był jego kolegą z dzieciństwa.
- A, tak byłem, a pan jest…
- Byłem ordynatorem w szpitalu psychiatrycznym w Kowalikach.
Leszek pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Mogę panu w czymś pomóc?
- Szukam Pawła i mam powody przypuszczać, że wrócił do Lipek, aby dokończyć swoje dzieło.
Leszek nigdy się nie zastanawiał nad sensem zbrodni Kapturnika. Paweł z jakiegoś powodu chciał kontynuować pracę ojca, ale w żadnym momencie swojej morderczej kariery nie upodobnił swoich działań do ojcowskich.
- Nie wiem.
- Poznałem go dziesięć lat temu – powiedział w zadumie psychiatra. – Powiedziano mi, że tam nic nie zostało. W Pawle nie było niczego; zrozumienia dla życia i śmierci, dobra i zła – westchnął niemal teatralnie. – Poznałem siedemnastoletniego chłopca bez emocji z najczarniejszymi oczyma… Spędziłem dwa miesiące na próbach leczenia go, a potem kolejne cztery na utrzymaniu go w zamknięciu, bo zdałem sobie sprawę, że to zło w najczystszej postaci.
- Niestety… Nie pomogę panu – Leszek bezradnie rozłożył ręce. – Nie mam kontaktu z Pawłem od tamtej nocy – jakiej, nie sprecyzował.
Lomis westchnął.
- Gdyby jednak Paweł skontaktował się z panem – zrobił pauzę i sięgnął do kieszeni marynarki. – Proszę do mnie zadzwonić – powiedział, podając mu wizytówkę.
***
- Donald Lomis – przeczytała Dominika. – Kojarzysz faceta?
- Nie wiem… znaczy nie – odparł. – Nie mam pojęcia, kto go tam leczył i z jakim skutkiem. Zapytam się Pawła o tego doktora dzisiaj.
- Będziesz go dzisiaj widział? – ożywiła się Dominika. – Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
- Wyleciało mi z głowy – odparł, chowając wizytówkę do portfela.
- Robi się groźnie.
- Co masz na myśli?
- No ta cała sytuacja – odpowiedziała z irytacją w głosie. – Paweł, Krwawy Kapturnik, Furiat, a teraz jeszcze ten doktor. Z tego będą kłopoty.
***
Trzej detektywi umówili się na godzinę dziewiętnastą, po lekcjach. Trochę w nadziei, że dzięki temu ktoś jeszcze pojawi się na zaplanowanym spotkaniu w nawiedzonym domu. Ujawniły się dwa błędy związane z miejscem i czasem.
Nawiedzony dom w zasadzie stanowił budynek już tylko z nazwy. Istnienie bocznej ściany należało uznać umownie jako wydmę z gruzów ciągnącą się od frontu do krzaku dzikiej róży. Nawiedzony z kolei nie oznaczał paranormalnych zjawisk, ba, nikt już nie próbował udawać, że w ruinie straszy ktokolwiek poza miejscowymi pijaczkami. Miejsce na jakiekolwiek dyskusje o morderstwach zwyczajnie się nie nadawało. Słońce zaszło i jedynie światło dawały telefony Kingi, Bartka i Krystiana.
Licealiści stali skuleni w kącie budynku i rozmawiali półszeptem. Po jakimś czasie dołączyła do nich Iza Kosik.
- Idiotyzm – stwierdził oburzony Bartek. – Nie mogliśmy spotkać się u mnie w domu? Albo chociaż na rynku?
- Przegłosujmy to – zaproponowała Iza.
- Nie! – sprzeciwiła się Kinga. – Jeśli morderca odtwarza zdarzenia sprzed dziesięciu lat to jesteśmy tu, gdzie wszystko się zaczęło.
- A potem skończyło – dodał półgębkiem Krystian.
- A co ci tak zależy na tym, aby odtwarzać zdarzenia sprzed dekady? – zainteresowała się Iza.
- Gdzieś przeczytałam, że jeśli chce się odkryć tożsamość mordercy to należy myśleć jak on – wyjaśniła.
Za ścianą rozległ się szelest. Krystian uniósł głowę do góry. Zapadła cisza.
To musiał być wiatr – pomyślał. – Dzisiaj było bardzo wietrznie.
- Przejdźmy do rzeczy – poprosił Bartek. – Im szybciej to obgadamy, tym szybciej stąd pójdziemy.
Kinga, najlepiej przygotowana do spotkania, wyjęła z torebki kartkę z notatkami. Podświetlając gryzmoły zaczęła czytać:
- Kapturnik zaatakował dwukrotnie w szkole. Następnie uderzył podczas imprezy urodzinowej mean girl.
- Wiktoria nie ma urodzin w październiku – przypomniał Krystian.
- Co mają do tego urodziny Wiktorii? – zaciekawiła się Iza.
- Wiktoria to odpowiednik tamtej dziewczyny – wyjaśniła Kinga.
Za ścianą, jakby bliżej wybitego okna rozległ się szelest. Mimo swojej złowrogości cała czwórka zdecydowała się zignorować dźwięk.
- Ale będzie impreza halloweenowa u Wiktorii – zaznaczył Bartek. – Może tam uderzy morderca.
- I wtedy złapiemy go na gorącym uczynku! – postanowiła Kinga.
Jej ostatnie idealnie zgrały się z dźwiękiem opadającej siekiery. Ostrze uderzyło kończąc swój występ oślizgłym chlupotem. Krew rozprysła na twarze zgromadzonych, a Kinga upadła na ziemię przed nimi z rąbem siekiery wbitym w czubek głowy. Krwawy Kapturnik zaparł się usiłując wyciągnąć siekierę z rozłupanej czaszki.
- Gaz… - wymamrotał Krystian. – Gazu! Spierdalajcie!
Nastolatki ruszyły z dzikim wrzaskiem do drzwi nawiedzonego domu. Zaskoczony gwałtowną reakcją morderca zaczął w panice szarpać siekierę. Tej nocy postanowił sobie pójść na szalony rekord w dziedzinie slasherobójstwa i pozbawić życia, aż cztery osoby. Nie było opcji, aby trzy przyszłe trupy uciekły od tak sobie.
Pierwszy przed dom wybiegł Bartek i momentalnie pożałował swojej decyzji. Obuch siekiery uderzył go w szyję. Chłopak upadł na kolana. Łapiąc się za gardło usilnie próbował złapać i tak już przyśpieszony oddech. Napastnik poprawił cios, tym razem uderzając rąbem w szyję. Iza i Krystian biegli nie oglądając się na drugiego zakapturzonego mordercę.
Paweł zrzucił kaptur z głowy i spokojnie odprowadził ich wzrokiem. Z wnętrza charty wybiegł wreszcie Krwawy Kapturnik. Na widok Pawła Ostrowskiego stojącego nad trupem Bartka zamarł na moment.
- Jeśli planujesz zasadzkę to rób to z głową – poradził oschle Paweł.
Krwawy Kapturnik zrobił krok do tyłu. Ścisnął siekierę w ręku. Musiał zachować spokój. Tylko spokój…
- Jestem fanem pana twórczości! – zawołał prawie rozhisteryzowanym głosem młodzieniec.
- Miło mi – odparł zmieszany Paweł.
- To wszystko robię wyłącznie ze względu na pana – mówił roztrzęsiony morderca. – Losy Kapturnika ukształtowały mnie jako psychopatę. Uważam, że razem moglibyśmy pociągnąć legendę Kapturnika i…
- Dobra, nie zapędzaj się – Ostrowski w jednej chwili zirytował się. – Nie szukam przyjaciół.
- Może pan dać mi jakiś tip?
- Tak! Nie wchodź mi w drogę! – porada miała wydźwięk pasywno agresywnej uwagi, ale Krwawy Kapturnik przyjął ją z radością.
***
Adrian postawił kawę obok laptopa Marty, zaś swój odstawił na okrągły stolik. Kobieta nie odrywając wzroku od monitora podniosła kubek z napojem, aby natychmiast go odstawić.
- Rozmawiałam dzisiaj ze specjalistą od slasherowych morderców.
- To jest taki? – zdziwił się autentycznie, po czym palnął od niechcenia: - wczoraj widziałem się z Pawłem.
- Co, kurwa? Z Kapturnikiem?
- Ja, Leszek i Konrad – uściślił.
- Burski o tym wie? – przerwała mu.
- Jeszcze nie. Zadzwonię do niego.
- Nie waż się! Muszę pierwsza porozmawiać z Ostrowskim!
- Wątpię, że on będzie chciał rozmawiać z tobą – przyznał. – Poza tym podchodzisz do całej sprawy zbyt emocjonalnie.
- A ty?
- Co ja?
- Morderca Dekady zbrodni zabił twoją ciotkę – wytknęła mu.
- Ciotkę, której nie znałem – zaznaczył. – Zabił też…
- No dokończ – powiedziała rozzłoszczona.
- Marta – spróbował wycofać się, ale kobieta nie dała się ugłaskać.
- Moja matka była dziesiątą ofiarą dekady zbrodni, ale też nie pamiętam jej. Wychował mnie tato i zrobił to doskonale – mówiła spokojnie. – Nauczył mnie być twardą suką i to bardzo cenna, życiowo nauka. Jestem redaktorką naczelną Głosu Lipek, a nie jakąś blond idiotką. Przeprowadzę dochodzenie dziennikarskie, zdemaskuję Ostrowskiego i udowodnię wszystkim, że jestem godną następczynią mojego ojca – oczy Marty błyszczały szaleńczą determinacją.
- Przeginasz – stwierdził, mieszając łyżeczką w kubku.
- Skontaktuj nas.
- Nie wiem jak. Po dzisiejszej imprezie u Natalii ma odezwać się do Leszka. Tyle wiem.
Marta spojrzała na zegarek. Dochodziła dziewiąta.
- No to na co czekamy?! Jedziemy do Natalii!
Wtedy rozbrzmiał histeryczny dzwonek, a zaraz za nim łomot.
***
Obiadokolacja u Kozłowskich miała na celu omówienie detali związanych z wieczorami panieńskim i kawalerskim. Przy stole panowała luźna atmosfera, którą zapewniła butelka wódki, najpierw jedna, potem druga, a ciotka Wanda majaczyła coś o kolejnej, wiezionej z domu.
Leszek pił wolno. Pierwszy toast wzniósł niechętnie, ale obowiązkowo z całą resztą przechylił kieliszek wlewając jego gorzką zawartość do gardła. Przy kolejnych toastach; za państwo młodych, teściów, druhny, przyjaciół, ba, nawet jeden za Kapturnika, omijanie kolejek stawało się łatwiejsze.
- Byłoby zabawnie, gdyby teraz do salonu wbiegł morderca i wyrżnął wszystkich jak są nietrzeźwi – zaśmiał się, szepcząc do osoby obok.
Osobą obok na całe szczęście był Konrad. Ktoś z rodziny mógłby odebrać żart bardzo źle. Konrad i Dominika byli jedynymi osobami niepijącymi w towarzystwie.
- Jak to jest, że dzieciaki w slasherach zawsze piją alkohol, a mimo tego nie zataczają się? - spytał.
Konrad wyłączył na moment kamerę dając sobie w ten sposób czas do namysłu.
- Musimy pogadać o Pawle – rzucił nagle Leszek. – Był u mnie jego lekarz. Szuka go.
- I powiedziałeś mu, gdzie jest?
- Nie wiem, gdzie jest. To znaczy wiem, że jest w Lipkach, ale…
- Jaki Paweł? – wtrącił się siedzący obok Artem.
Jak na osobę, która wznosiła każdy toast, szwagier Natalii, wydawał się zupełnie trzeźwy.
Może tak samo mają dzieciaki w filmach? – pomyślał Leszek.
- Taki wspólny znajomy – podjął próbę wykręcenia się Konrad i szybko zmienił temat:
- Będzie jakiś kawalerski?
Artem spojrzał na Roberta żywo dyskutującego z wujem Władziem.
- On nie ma rodziny ani znajomych – powiedział ponuro. - Natalia prosiła, żebyśmy my dwaj – wskazał na Leszka – zabrali go gdzieś na piłko.
Głośną rozmowę przerwał dzwonek do drzwi. Nikt poza Natalią nie zwrócił uwagi na irytujący, ptasi odgłos. Dziewczyna na moment zniknęła we wnęce. Po krótkiej rozmowie do salonu za dziewczyną wszedł na oko, pięćdziesięcioletni mężczyzna w czarnej kurtce, czapce, opatulony szalem.
- Kochani! – przerwała wesołą rozmowę Natalia. – I przede wszystkim, ty, Robercie. Nie mogłam pozwolić, aby w ten ważny dla nas dzień nie było nikogo z twojej rodziny. Podzwoniłam i odnalazłam twojego wujka.
- Bogdan… - wymamrotał Robert.
- A to zwrot akcji – stwierdziła Asia, a Jowita i Wanda w milczeniu przytaknęły.
- Myślałam, że on nie ma rodziny – wyszeptała Dominika.
- No bo nie ma – odpowiedziała Jowita wpatrując się w nowo przybyłego gościa. – To znaczy do wczoraj nie miał.
Wanda bacznie obserwowała Roberta, po czym z uciechą dodała:
- Jak widać nie jestem tu jedynym niemile widzianym gościem.
Wujek Bogdan odłożył wierzchnią odzież i ruszył ku bratankowi wyszczerzając brzydkie, żółte zęby.
- No, Robercik, nie uściskasz wujka, którego nie widziałeś tyle lat?
Robert niechętnie podał rękę i jak rażony piorunem padł z powrotem na krzesło. Resztę wieczoru brylował wuj Bogdan. Wypiwszy dwa kieliszki zaczął snuć opowieść o rodzinie Mantajów, której, o dziwo, Natalia nie znała.
Matka Roberta zmarła przedwcześnie na jakąś paskudną chorobę, ojciec z kolei zwinął się z jakąś wredną babą zostawiając syna pod opieką starszego brata. Bogdan dla bratanka był niczym ojciec – edukował, karmił i łożył na utrzymanie. Potem ich drogi się rozeszły.
- Pracowałem w Afryce przez ostatnie pięć lat – mówił. – Niedawno wróciłem do Polski, a kilka tygodni temu skontaktowała się ze mną pewna piękna pani – wskazał na Natalię – zapraszając mnie na swój ślub z Robercikiem.
Robert milczał z trudem znosząc opowieści Bogdanowi. Leszek i Konrad usiłowali obstawić, kiedy pan młody wybuchnie i da wujowi w pysk.
Nikt nie zauważył, gdy do salonu wszedł Dimitri. Mimo późnej pory nadal nie spał. Usiadł między matką, a ciotką Wandą i chwilę przypatrywał się gościom siedzącym po drugiej stronie stołu.
- Widziałem klauna – powiedział wreszcie.
O ile normalnie taka informacja nie wywarłaby na nikim wrażenia tak po ostatnich atrakcjach spiorunowała weselników.
- Kazał przekazać, że wszyscy umrzecie.
Zapadła grobowa cisza. Pan Włodzio rozlał do kieliszków resztę wódki i nie czekając na toast opróżnił swój duszkiem.
Informacja otworzyła drogę do niekoniecznie mądrych spekulacji na temat mordercy.
***
Krystian i Iza biegli na oślep. Najpierw przez las, potem polanę, a na końcu boczną uliczką miasta. Kosikowa nie pytała o nic. Nawet, gdy weszli na klatkę schodową. Zdolność, częściową, racjonalnego rozumowania, odzyskała dopiero na drugim piętrze.
- Gdzie jesteśmy? - spytała zdyszana. – To nie jest policja!
- Nie możemy iść na policję – odparł równie zasapany kolega. – Powiedzą, że to my zabiliśmy Kingę i Bartka!
Po dzwonku zaczął uderzać pięścią w drzwi.
- Tylko jeden człowiek jest nam w stanie pomóc.
Drzwi otworzyła Marta Walewska.
- My do pana Adriana – powiedział beznadziejnie Krystian. – Jesteśmy z jego klasy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz