środa, 5 czerwca 2024

Rozdział 6: Miłość wszystko ci przebaczy

Rozdarcie jego duszy rozmiarem i kształtem przypominało sosnę doktora Judyma, a niemożność podjęcia natychmiastowej decyzji przyprawiała go o irytację. Wszystko zaczęło się rano.
Ring-ring – rozległ się bezosobowy dzwonek telefonu.
Paweł uwielbiał dźwięki monofoniczne, które swój okres świetności przeżywały razem z grą w węża i prostymi ikonkami na żółtym wyświetlaczu wielkich cegło-fonów. Wszelaka polifonia i mp3 napawały go przesadnym obrzydzeniem i pogardą.
Odebrał. W słuchawce odezwał się kobiecy głos:
- Siedem dni.
- Co?
- Masz siedem dni – powtórzyła. - Został ci tydzień na odebranie biletów na koncert Radio Bagdad. Gratulacje! Wygrałeś w konkursie radiowym!
I tu pojawiało się rozdarcie, bo bilety były dwa i za żadne skarby świata nie chciały się rozmnożyć. Pierwszy, rzecz jasna, był dla niego jako zwycięzcy konkursu, ale komu podarować drugą wejściówkę? Pomyślał o Lechu, ale zaraz pojawiła się kontrpropozycja w postaci Ady. Najlepszy przyjaciel czy fajna dziewczyna? Sprawę rozsądził następny telefon, tym razem od Tomka Prusakiewicza.
- Sprawdziłem to, o co prosiłeś – powiedział konspiracyjnie.
Paweł nie odpowiedział tylko dlatego, że nie pamiętał, jakim łgarstwem uraczył policjanta. Z dalszej części rozmowy wynikało, że informacji potrzebował do przygotowania drzewa genealogicznego rodziny, czy czegoś podobnego, mniejsza o to.
- Twoja mama nadal znajduje się w Szpitalu Psychiatrycznym w Kowalikach – mówił dalej. - Wizyty można składać raz w tygodniu, ale wcześniej należy je uzgodnić z ordynatorem lub oddziałową. Chcesz numer telefonu?
Tomek był do tego stopnia uprzejmy, że nawet zaproponował podwózkę do Kowalików. Paweł podziękował uprzejmie i odłożył słuchawkę.
Nie miał zamiaru tarabanić się z wizytą do psychiatryka w asyście policji. Mętne przeczucie kazało mu wierzyć w związek Dekady zaginięć z szaleństwem matki, a żeby to udowodnić, musiał z nią porozmawiać. Nie miał tylko pewności o stopniu pokrewieństwa obu tych spraw. Na razie jedynym pewnikiem był rok 1991. Ostatnie zaginięcie i ubezwłasnowolnienie matki.
Na plan pierwszy wysunął się kolejny problem. Jak zorganizować ekspedycję do szpitala? Przede wszystkim należało wyłączyć z tej imprezy ojca. Edyta w ich domu była tematem tabu i miał tego świadomość od najmłodszych lat. Wojtek o niej nie mówił, a Paweł nie pytał i wszyscy byli szczęśliwi. Oczywiście, jako mały chłopiec interesował się mamą, czy raczej kobietą, która była przed Liwią, ale jego ciekawość zaspokoiła informacja, że ta próbowała skrzywdzić najpierw jego, a potem siebie. Po latach słyszał różne plotki o tym, jak zaraz po narodzinach próbowała go utopić. To był definitywny koniec tematu.
Musiał się spotkać z Edytą, ale za nic nie chciał tego robić w pojedynkę. Zaczął rozważać ewentualnych towarzyszy podróży. Przede wszystkim chciał mieć kogoś zorientowanego w temacie, aby nie tracić czasu na zbędne wyjaśnienia. Zresztą, nie miał pojęcia, jak miałby komukolwiek tłumaczyć szaleństwo obcej kobiety.
Konrad odpadł w przedbiegach. Wolał nie ryzykować, że znowu coś sobie ubzdura i wywinie koncertowy idiotyzm, po którym albo ich wyrzucą, albo zatrzymają na dłużej. Pomyślał o Leszku. Prawdopodobnie nikt nie był zorientowany w jego sprawach rodzinnych od najlepszego przyjaciela. Znali się całe życie. Do dzisiaj z rozbawieniem wspominał jak w podstawówce Leszek wdał się w bójkę z jakimś żartownisiem komentującym sytuację rodzinną Ostrowskich. Był jak starszy brat, który chroni, a jak trzeba to ochrzani. Nie miał wątpliwości, że Lechu pojechałby z nim, ale wcześniej z pewnością dostałby opieprz za durne pomysły. Pozostał mu Adrian Kroba i szczerze powiedziawszy od początku chciał się tam z nim wybrać. Adrian otrzymał fotografię od Kapturnika, to on połączył dekadę zaginięć z Kapturnikiem. Nie miał wątpliwości, że Korba jest częścią zagadki i tylko on będzie potrafił skojarzyć fakty.
Zadzwonił i wyjaśnił pokrótce cel wizyty. Adrian zgodził się od razu. Również zależało mu na rozmowie z matką Pawła w przekonaniu, że to rozwieje wiele wątpliwości.

***


Nie! W życiu nie dopuściłby się zbrodni, której później nie potrafiłby ukryć. Na całe szczęście położenie geograficzne Lipek dawało mu spore możliwości. Lasy, łąki i bagna otaczające miasteczko doskonale tuszowały każde morderstwo.
Pierwszej ofierze odebrał życie w 1982 roku i był to zwyczajny wypadek. Późnym wieczorem potrącił babę idącą środkiem szosy. Jakie emocje wtedy mu towarzyszyły? Chyba był spanikowany, każdy na jego miejscu byłyby. Zawlókł nieboszczkę na bagno i tam ją zostawił. I jak na ironię ten właśnie przypadek stał się prologiem do wielkiego wydarzenia nazywanego później Dekadą zaginięć. Minął mniej więcej rok, gdy zaczął wspominać o babie z szosy. Długo nie czekał i w czerwcu 1983 roku porwał i zabił pierwszą osobę z pełną świadomością. Dlaczego? Ktoś powie, że socjopata, wariat, zwyrodnialec, ale to tylko idiotyczne wyjaśnienia, a wystarczy przyjąć, że zła się tłumaczy. Ono istnieje i trzeba się z tym pogodzić. Odczekał kolejny rok i znowu porwał i zabił. Dzisiaj nie pamiętał personaliów swoich ofiar, ale w '85 albo '86 zaczął uwieczniać swoje zbrodnie na fotografiach. Nic nadzwyczajnego. Kiedyś ludzie robili zdjęcia zmarłym. Zwyczaj fajny i szkoda, że już nie praktykowany.
Trup zdarzył się także w 1989 roku. Nazywała się Aldona Korba. Swoim zwyczajem zawlókł ją na bagna, gdzie z pomocą siekiery miał ją pociąć i upłynnić, gdy usłyszał czyjś głos. Kilka metrów od niego stała jakaś dziewczyna i odganiała się od komarów. Zdenerwował się okropnie, bo o żadnych świadkach mowy być nie było.
Kurwa! Widziała? - pomyślał. - Nie widziała?
Patrzy się w jego stronę i coś gada. Potrzebna była szybka reakcja z jego strony. Zaciągnął na głowę kaptur, chwycił siekierę i rzucił się na dziewczynę. Martynka w panice rzuciła się w pokrzywy, a potem z dzikim wrzaskiem na szosę i galopem aż do domu. Może i by ją złapał, gdyby nie dostał bolesnej kolki. O dalszym pościgu nie było mowy. Cofnął się za drzewa i zajął się trupem. Był to wyjątkowo nietrafiony wieczór i potem klął się w duchu, że nie urządził sobie zabawy dzień wcześniej lub później. Na całe szczęście Martynce, znanej z wybujałej wyobraźni, nikt nie uwierzył w faceta z siekierą. Ktoś kazał jej się popukać w głowę i tyle zamieszania z tego wynikło.
Kim był Kapturnik działający współcześnie? Nie miał pojęcia i nie widział w nim swojego naśladowcy. Za bardzo paprał się z pracą i zabijał zdecydowanie za często. Cztery osoby w sześć tygodni? Przesada! Mimo wszystko życzył mu sukcesów, bo nie był zawistny. Jeśli ktoś miał ochotę stworzyć kolejną legendę, proszę bardzo.
Wojtek Ostrowski kończył przeglądać swój pamiątkowy album. Głośnym westchnieniem uczcił dawne czasy. Och, jak bardzo mu ich brakowało.

***


Szpital Psychiatryczny w Kowalikach zlokalizowali niemal od razu. Znajdował się on na ulicy Wiązowej. Rzeczona ulica zaczynała się zaraz za przejazdem kolejowym, aby dotrzeć na miejsce wystarczyło jechać cały czas wzdłuż torów od stacji w Lipkach. Korba popełnił błąd i skręcił przed torami, wjeżdżając w ślepy zaułek. Po szybkim skorygowaniu trasy dojechali na miejsce w przeciągu chwili.
Placówka z zewnątrz straszyła tężyzną i szarością. Wielkie drzwi, puste lub okratowane okna, bladozielony trawnik przed wejściem, a na tyłach wysoki płot oddzielający plac szpitala od ulicy. Wewnątrz sprawiał przyjemniejsze wrażenie. Poczekalnia, recepcja, a nawet siedząca w niej pielęgniarka, ignorująca przybywających interesantów były bardzo podobne do tych z Ośrodka Zdrowia w Lipkach. Co dalej? Schody na wyższe piętra, gabinety, sklepik. Miejsce wręcz wołało, "nie ma czego się obawiać". Paweł nic nie mówił, a Adrian szanując jego milczenie nie próbował go zagadywać bzdurami.
- Jak się ma? - spytał nieśmiało Adrian.
Cały czas próbował wyobrazić rozmowę z Edytą, ale czepiła go się myśl niekontaktowej rośliny żyjącej w zamknięciu od wielu lat. Powoli szykował się na rozczarowanie. W głowie tkwiło wyobrażenie pacjenta-rośliny.
- Rzadko, kto ją odwiedza – odparła z wdzięcznością oddziałowa, prowadząc ich przez długi korytarz. - Dobrze, że przyjechaliście. Wsparcie bliskich jest ważne w procesie leczenia.
Pomieszczenie było czymś w rodzaju świetlicy, rozmiarem zbliżonym do sali gimnastycznej. Ściany ozdabiała nijaka tapeta, w dużych oknach wisiały kremowe firanki odwracające uwagę od zakratowanych okien, parapety zdobiła doniczkowa roślinność, stoły i krzesła przecinały salę na pół, a pod ścianami ciągnęły się długie wzorzyste kanapy. Na jednej z takich kanap siedziała Edyta. Paweł ruszył w jej kierunku instynktownie. Adrian nie zdziwił się. Chociaż nie znał pierwszej pani Ostrowskiej to rozpoznałby ją bez trudu. Paweł był bardzo podobny do matki. Te same oczy, usta, rysy twarzy. Usiedli obok niej. Kobieta obdarzyła ich bezosobowym spojrzeniem.
Adrian szturchnął kolegę łokciem.
- Dzień dobry – Paweł odezwał się po raz pierwszy od chwili przyjazdu. - Pewnie pani nie wie, kim jestem...
Dał jej chwilę na odpowiedź. Cisza.
- Nazywam się Paweł Ostrowski i jestem pani synem – przedstawił się z niekrytym trudem.
- Mój syn?
- Tak, Paweł – wsparł go Korba.
- Ach, Pawełek.
- Proszę nam powiedzieć...
- Dlaczego chciałaś mnie utopić? - zapytał z pretensją
To był moment, w którym cała próba dyplomatyczna poszła w las. Ostrowski starał się trzymać nerwy na wodzy i zapytać o ojca i dekadę, ale nie mógł się powstrzymać. Gryzło go to strasznie. Odpowiedź go nie interesowała, bo nie istniało wyjaśnienie, które mogło go zadowolić, ale chciał jej to wykrzyczeć. Nie mógł jednak przewidzieć reakcji matki. Kobieta ożywiła się w jednej chwili. Złapała go za nadgarstek i przysunęła się bliżej.
- Nie powinieneś żyć! Wystarczy potworów na tym świecie! Będziesz diabłem jak twój ojciec! Niewierne bydle!
Energiczność z jaką zaczęła się zachowywać ściągnęła uwagę personelu szpitala. Po chwili pielęgniarka zabrała Edytę ze sobą, a chłopców poproszono o opuszczenie szpitala.
- Mój ojciec jest diabłem? - tyle zapamiętał Paweł, gdy już wrócili do samochodu. - Zdradzał ją? Dlatego zwariowała?
Adrian nie odzywał się. Miał własną teorię i wychodziła ona znacznie dalej niż zdrada małżeńska. Paweł albo tej opcji nie dopuszczał, albo nie potrafił zebrać na tyle myśli. Dla Adriana wszystko stało się oczywiste. Człowiekiem odpowiedzialnym za Dekadę zaginięć i Kapturnikiem był Wojtek Ostrowskich. Postanowił na razie nic z tym nie robić i poczekać na dalszy rozwój wydarzeń.

***


Wypad na koncert w towarzystwie wiedźmy przyjął z umiarkowanym entuzjazmem. Nie był jakoś przeciwny, ale nie widział w niej pokrewnej duszy, z którą chętnie spędzałby wolny czas, ale nie było o co, robić dramatu. Na koncert pójdzie, posłucha muzyki, będzie uprzejmy, ale udawać nikogo innego przed nią nie będzie. Jeśli się polubią to dobrze, a jeśli nie to trudno. Ewentualnemu związkowi Pawła i Ady będzie życzyć jak najlepiej.
Podobnego zdania była Ada Lenart. Zgodziła się z obawą, o czym będą rozmawiać? Nie pokłócą się? Lubić się nie musieli, ale jakiś kompromis należało wypracować. Jeżeli Paweł miał się okazać wywróżonym księciem na białym koniu, Lech jako jego przyjaciel wpisywał się do całego inwentarza. Postanowiła być serdeczna i przymykać oko na wszelkie objawy prostactwa.
Na miejsce dotarli osobno, ale w tej samej chwili. Przywitali się, wymienili kilkoma grzecznościami, aby skończyć na generalnej rozmowie o koncercie. Czas upłynął bardzo szybko. Bawili się dobrze, ale bardziej ze względów muzycznych niż własnego i zdystansowanego do granic możliwości towarzystwa. Po koncercie Leszek wysunął propozycję zahaczenia o jakiś pub. Zgodziła się. Co jej szkodziło? Znaleźli cichą i prawie pustą knajpę. Usiedli w rogu sali. Matuszewski zamówił wodę dla siebie, jako że prowadził, Ada wzięła sok.
- Przepraszam za tę wiedźmę – zaczął ze skruchą. - Byłem po drinku i powiedziałem pierwszą z brzegu durnotę.
Zaskoczył ją, bo o tej wcześniejszej życzliwości z jego strony, sama zdążyła zapomnieć. Ludzie różnie reagowali na wiccanizm i była przyzwyczajona do wszelakich durnych określeń. Zobligowana do pociągnięcia tematu odparła:
- A ja przepraszam za dresa. Nie byłam po drinku.
- Tak się najczęściej ubieram – przyznał, chociaż dzisiaj wyglądał zupełnie inaczej, doroślej.
- Potraktowałem to jako komplement – dodał.
Zaśmiała się.
Po chwili sztywna atmosfera zniknęła zupełnie. Ada zaczęła opowiadać o magii, którą interesowała się od maleńkości, wierze w przeznaczenie i wielu idiotycznych sytuacjach łączących się z zabobonami. Słuchał uważnie i z zainteresowaniem dopytywał o szczegóły. Potem on mówił o muzyce, tworzeniu i nagrywaniu utworów, a w przyszłości, złożeniu z nich albumu. Szalenie zafascynowani sobą wesoło rozmawiali i tylko od czasu do czasu milkli spoglądając w oczy drugiemu.
Knajpę opuścili dopiero z jej zamknięciem, a i wtedy nie mieli jeszcze ochoty kończyć wieczoru. Poszli na długi spacer, a gdy było już bardzo późno położyli się na blaszanym dachu altanki Lenartów. Już nie rozmawiali, po prostu leżeli obok siebie i wpatrywali się w nocne niebo.
Na drugi dzień Leszek zaprosił Adę na spacer i wspólnie zleciał im cały dzień.
Od tamtej chwili stali się niemal nierozłączni. Matuszewski co rano wychodził po nią do szkoły, a po lekcjach odprowadzał pod sam dom. Na przerwach na przemian szeptali albo głośno śmiali się. Nieoficjalna para stała się obiektem zainteresowania całej szkoły. A co na to Paweł? Ano nic. Od czasu wizyty w zakładzie psychiatrycznym nie pojawiał się w szkole, telefonów nie odbierał, wizyt nie przyjmował, tłumacząc się grypą. Adrian znał powód jego nieobecności, a Leszek znał z kolei Pawła na tyle dobrze, aby o powód nie pytać.

***


Był bardzo ciepły poranek. Zbyt przyjemny, aby oczekiwać na pierwszy dzwonek w dusznym budynku. Grupka trzecioklasistów rozsiadła się na ławkach przed wejściem do technikum. Natalia rozprawiała o nowej szafie wnękowej rodziców, ale temat szybko zszedł na szkołę i nieszczęsne zadanie z turystyki. Leszek i Adrian spojrzeli po sobie niemrawo. Termin na oddanie pracy upłynął jakiś czas temu, ale nauczycielka milczała, a odwagi, aby ją zagaić o losy osób, które nie przygotowały referatu, brakowało.
- Wydaje mi się, że możecie dać sobie spokój z tym zadaniem – stwierdziła Ada. - Przez Kapturnika nauczyciele zaczęli nam odpuszczać.
Było w tym trochę racji. Od pierwszej do czwartej ofiary, czas zaczęto odmierzać wedle działań seryjnego mordercy. Był pomysł z wprowadzeniem godziny policyjnej, ale jeden Burski w asyście Prusakiewicza nie potrafił tego zorganizować. Tak, od stycznia, dzięki cięciom budżetowym, Lipki liczyły czterech funkcjonariuszy z czego dwóch było odpowiednio, jeden znajdował się na zwolnieniu lekarskim z łapą w gipsie, a drugi na macierzyńskim. Na nieobecności w szkole nikt nie zwracał większej uwagi. Poza tym był czerwiec. Klasa maturalna opuściła mury szkoły w nienaruszonym stanie i przynajmniej to należało uznać za sukces.
- Ten gnój wybił mądrzejszą połowę mojej grupy – stwierdziła z żalem Natalia. - Wy chociaż macie komplet.
- A co z Pawłem?
- Oficjalnie jest chory – odparł Leszek. - Nieoficjalnie nie chce gadać.
- Może powinniśmy go odwiedzić? - Ada wysunęła propozycję.
- I tak ci nic nie powie. Jak minie mu podły nastrój to wróci do szkoły z mordą wyszczerzoną od ucha do ucha.
Paweł miał w sobie coś z kota. Miał chwile towarzyskie, gdy jak kot przymilał się i mruczał, a zaraz po tym prychał, drapał i wymachiwał kocim ogonem, demonstrując w ten sposób niezadowolenie. Powodem niezadowolenia była wizyta u Edyty, ale o tym nikt poza Adrianem nie miał prawa wiedzieć.
Mimo wszystko Lechu trochę się niepokoił. Nastroje nastrojami, ale pogadać trzeba było. Jeśli nie o śledztwie, to o Adzie i to jak najszybciej.

***


Drzwi otworzyła mu Liwia. Wymienili między sobą kilka grzeczności, zręcznie pomijając temat wagarów, po czym Leszek udał się do pokoju Pawła. Chłopak siedział przed monitorem komputera i nawet nie zwrócił uwagi na wejście gościa.
- Co jest, brachu? - zagaił wesoło.
- Gram w Candy Crush – odparł, nie odrywając wzroku od monitora. - Doszedłem do osiemdziesiątego piątego poziomu.
- Dlaczego nie przychodzisz do szkoły – spytał, nie tracąc energii.
Ostrowski tylko wzruszył ramionami.
- Jest sprawa... Byłem odwiedzić moją matkę.
- Matkę? - odruchowo pomyślał o Liwii siedzącej w pokoju obok.
- U Edyty.
Lech usiadł z wrażenia na łóżku. Od razu zrozumiał, o kim rozmawiają.
- Oszalałeś? - podniósł nieznacznie głos, aby zaraz zacząć szeptać: - A stary? Wie o tym?
- Co ty? Pewnie, że nie. Byłem w psychiatryku z Adrianem.
Lech chciał ponownie zapytać, czy oszalał, ale szybko się zreflektował:
- Nie powinieneś jechać tam z nim.
- Ty ciągle masz coś do niego?
- Jako kolega jest całkiem spoko – przyznał. - Problem w tym, że należy do grona podejrzanych.
- To go wykreśl z tego grona – mruknął nieżyczliwie Paweł.
Na monitorze komputera wyświetliła się informacja o ukończeniu kolejnego poziomu gry.
- A ty co się do niego nagle taki wyrozumiały zrobiłeś?
- Jestem ostrożny w osądzaniu innych.
- Ta, bo jeszcze Adrian się obrazi – zakpił.
Ostrowski po raz pierwszy oderwał się od monitora.
- Nie będę rzucał oskarżeniami na prawo i lewo jak ty! - rozzłościł się. - A przy okazji, słyszałem, że spodobał ci się wieczór z Adą.
- Tak, było fajnie – odparł mu równie nieserdecznym tonem.
- Palant z ciebie – westchnął wracając do gry.
- Kurde, co ja mogę? Polubiliśmy się.
- Już nie uważasz jej za Kapturnika?
Puścił uwagę mimo uszu. Nie przyszedł się kłócić, ale nie spodziewał się, że Paweł będzie cieszył się z sytuacji pomiędzy nim, a Adą. Dziewczyna podobała się im obydwu i jedynie ona mogła rozsądzić gmatwaninę.
- Sęk w tym, że ją lubię, bardzo – powiedział spokojnie. - Wiem, że tobie też się podoba i to znacznie dłużej niż mnie.
Paweł wyłączy grę i pierwszy raz w pełni skupił się na rozmówcy.
- Zrobimy to w ten sposób – ciągnął dalej Matuszewski. - Umówiłem się z Adą o siedemnastej na mostku. Chcę ją zapytać, czy zostanie moją dziewczyną. Pójdziesz tam wcześniej i wyznasz jej swoje uczucia. Jeśli cię wybierze to w porządku. Kłoda nie jestem, żeby stać komuś na drodze - mówił z przekonaniem, ale gdzieś w głębi miał nadzieję, że Ada woli jego.
- A ty? Nie będziesz wkurzony?
- Najwyżej zdissuję was w następnym kawałku – zażartował.

***


Ada opierała się o balustradę i na przemian spoglądała, a to na rzekę, a to na drogę. Na umówione spotkanie z chłopakiem przyszła nieco wcześniej.
Właściwie to, czy on był jej chłopakiem? - zamyśliła się. Ostatnio dni spędzała czas wyłącznie z Leszkiem. Czuła, że jest dla niej ważny i miała ogromną nadzieję, że i ona nie jest mu obojętna. W przyszłym roku mogliby iść razem na bal maturalny, a teraz? Zbliżały się wakacje. Może jakiś wspólny wyjazd?
Wtedy zauważyła Pawła. Chłopak podbiegł do niej z uśmiechem, a ona w odpowiedzi zakrztusiła się krwią. W oczach pełnych strachu kotłował się ból. Tuż za nią stał Kapturnik i usiłował wydobyć siekierę z jej pleców. Gdy wreszcie mu się udało, dziewczyna upadła na ziemię. Paweł stał zdębiały, aż do momentu, gdy Kapturnik oddalił się.
Miłość do końca życia... – pomyślała, umierając.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz