poniedziałek, 17 czerwca 2024

Rozdział 16: I odpowiedzi

Nocą rozpoczęły się machinacje z policją. Wszelakie zamieszanie ustało dopiero nad ranem. Komendant miejscowej policji zabrał Konrada, Olę i Angelikę na posterunek w celu uzupełnienia zeznań. Na doczepkę przyłączył się zły jak diabli Burski.
- Teraz im, na jasną cholerę, działać się zachciało - klął pod nosem - jak wszystko zostało wyjaśnione.
Mimo niezadowolenia rozumiał działania kolegów po fachu. Po tylu zbrodniach, zamknięcie hotelowej sprawy musiało pozostać bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Należało wyjaśnić, kim są Rypany Drań i pani Aleksandra, a także co wydarzyło się feralnej nocy 1985 roku. Do pełni szczęścia brakowało już tylko zeznań Henryka Urasia, ale diabeł jeden wiedział, gdzie podział się menadżer.
Adrian, Natalia i Marysia zostali oddelegowani do szpitala, w którym przebywał Brzęcki. Wkrótce zadzwoniła Kozłowska z informacją:
- Z Gustawem w porządku. Wracamy za niedługo.
Dominika przyjęła wiadomość. Odłożywszy słuchawkę westchnęła i usiadła w salonie, z którego jeszcze żadne z nich nie zdążyło się ruszyć od czasu nocnych zeznań.
- Wszystko wraca do ładu - uspokoiła się Martyna.
- Myślicie, że przyjadą jacyś goście? - zapytał Leszek.
Stefan popatrzył na chłopaka z powątpiewaniem.
- Jak ciebie zobaczą to cofną się w drzwiach.
Leszek popatrzył na umorusane sadzą dłonie. Cały lepił się od czarnego, nieco wilgotnego proszku. Było mu wyjątkowo źle. Nie zwlekając ani chwili dłużej udał się pod prysznic.
- Potem ewentualnie - zaczął i przerwał. - A zresztą... Chyba swoje praktyki odsłużyliśmy. Dziś mam zamiar lenić się.
Stefan wrócił do swojej zacisznej kryjówki w spa. Znalezienie spadkobiercy najwyraźniej w świecie mu zwisało. Dominika raz jeszcze westchnęła głośno. Przez chwilę tkwiła w poczuciu ciszy i spokoju - takiej normalności. Na owy stan normalności spoglądała jednak z rozczarowaniem. Poszukiwanie mordercy było niezłą przygodą, a teraz dobiegło końca. Kiedy znowu coś takiego przeżyje? Chyba nigdy.
Rozejrzała się po salonie. Obrusy i zasłony pokrywała sadza.
- Zrobię pranie - postanowiła.

***


Dominika Rychlewska przystanęła na półpiętrze. Przez chwilę nasłuchiwała odgłosów dobiegających zza ścian.
Irek? - pomyślała. - To musi być on. Wszyscy o nim zapomnieli.
Wiedziona ciekawością, a trochę współczuciem weszła do pokoju. Stukoty nasiliły się i ukierunkowały na szafę z ubraniami. Było to o tyle zagadkowe, że dotąd każde przejście prowadzące do ukrytej części hotelu znajdowało się za lustrem.
Wolnym, hipnotycznym krokiem podeszła do szafy. Ostrożnie odsunęła płaszcze, rozgramiając panującą wewnątrz ciemność i stęchły zapach.
- Irek? Czy to ty?
To był ktoś inny. I miał o wiele gorsze zamiary od któregokolwiek z żyjących lub nie żyjących Hoffmanów. Napastnik zarzucił dziewczynie worek na głowę. Szybkim i zdecydowanym ruchem przyciągnął ją do siebie. Spróbowała wyszarpnąć się, ale mężczyzna zacisnął worek. To był prosty sygnał - nie walcz, bo się udusisz. Spróbowała jeszcze raz, ale tym razem była to próba emocjonalna i pozbawiona jakiejkolwiek intencji.
- Nie wierzgaj tak... - wyszeptał Paweł. - Wpadłem na ciekawy pomysł.
Pomysł rzeczywiście był ciekawy, aczkolwiek nie świadczył najlepiej o jego stabilności psychicznej. Ba, Ostrowski był wariatem, o czym zaraz miała się przekonać.

***


Leszek zdążył przebrać się w swoje ubrania. Pokryty sadzą, hotelowy uniform, od razu wyrzucił do śmieci, wątpiąc w sens prania uświnionej szmaty. Poza tym praktyki dobiegały końca, jakoś chyba sobie poradzili, a więc założył, że nikt nie będzie przejmował się marynarką i spodniami w kant. Nie wyglądało na to, że Henryk wróci i zażąda zmiany stroju na formalny.
Dochodziła jedenasta. Nikt nie wracał. Znowu padał śnieg.
Ciekawe, gdzie jest Dominika? - pomyślał.
Przespacerował się po parterze, a potem do spa, gdzie Stefan i Martyna pili poranną kawę.
- Widzieliście może Dominikę?
- A nie była z tym waszym kolegą?
Leszek przez moment milczał próbując zgadnąć, o jakiego kolegę chodzi. Nieprzyjemna myśl o Pawle Ostrowskim dobijała się coraz nachalniej.
- Chodzi o... - zaczął bełkotać pod nosem.
- No ten taki wysoki - szukał imienia - Paweł.
Imię podziałało na Martynkę jak płachta na byka. Rozwścieczona rzuciła filiżankę przed siebie, ale na tyle niezdarnie, aby jej zawartość wylać na spódnicę. Leszek zrobił krok do tyłu. Oparłszy się o drzwi z niepokojem spoglądał na kobietę.
- Paweł? Paweł Ostrowski? Kapturnik? - pytała.
Matuszewicz pokiwał głową. Jego palce zacisnęły się na futrynie.
- Zabiję tego gnoja! - zawołała bojowo wróżka.
Nie zadawała pytań. Z miejsca pobiegła do kuchni po jakiś nóż. Miała zamiar zatłuc Pawła. Do Natalii nic nie miała, Adriana, Leszka i Konrada lubiła, Andrzej stanowił miłość jej życia, ale nawet przy ogromnej dawce ciepłych uczuć nie mogła nie zauważyć ich nieudolności. Rok temu mogli zabić mordercę z Lipek i zawiedli. Pora, aby to ona wkroczyła do akcji i rozwiązała ostatecznie problem Kapturnika.
- Widziałem jak Domino wchodziła do pokoju, chyba dziewiątki, zaraz za nim - relacjonował Stefan.
Leszek już nie słuchał. W jakimś niezrozumiałym amoku pobiegł do dziewiątki. Drzwi były uchylone, a szafa otwarta. Tylna ściana szafy nie istniała, łącząc się z dziurą w ścianie. Na kuckach przeszedł przez otwór prowadzący do wąskiego korytarza.
Dopiero wtedy pomyślał o jakiejś broni: nożu, kiju baseballowym, albo innej broni, której protagonista używa przeciwko czarnemu charakterowi w horrorach. Nie zabrał ze sobą niczego, a Paweł z pewnością był uzbrojony. Ciekawe w co? Nie było sensu zgadywać. Nie chciał też tracić czasu na cofanie się po nóż. W zeszłym roku zabrakło mu kilku minut.

***


Pomimo worka na głowie Dominika wiedziała, co się dzieje. Porywacz zaniósł ją do ukrytej części hotelu, usadził na krześle i przywiązał. Cały czas mówił do niej. Nic ważnego, jakieś bzdury, z którymi nawet nie chciało jej się dyskutować. Zresztą, jak dyskutować, gdy miało się na głowie worek? Głos Pawła co jakiś czas zmieniał się: był rozweselony, drażliwy, wątpiący, a potem znowu zły. Koniec monologu zwieńczył pytaniem o jej plany na przyszłość. Postanowiła ostentacyjnie milczeć. Wcale go to nie zirytowało. Mówił dalej, a w którymś momencie zreflektował się i zdjął jej worek.
Dziewczyna od razu rozpoznała miejsce. To tutaj wcześniej przyniósł ją Irek! Dawna pracownia Karola Hoffmana. Mniej więcej znała drogę ucieczki. Nadzieja na wolność odżyła w jej sercu. Teraz największy problem stanowił sznur.
- Długo o tym myślałem i postanowiłem, że to twoja śmierć otworzy nową erę Kapturnika - ogłosił tryumfalnie. - Od momentu mojej ucieczki z Kowalików nie zabiłem jeszcze nikogo. Chciałbym, abyś była moim katharsis...
Po tych słowach oblał ją benzyną. Dziewczyna podskoczyła i gdyby nie to że była przywiązana do krzesła stratowałaby Ostrowskiego uciekając daleko przed siebie.
- Nie wydaje ci się to... trochę... drastyczne?
- Nie.
- Jeśli faktycznie szuka cię policja to niepotrzebnie zwrócisz na siebie uwagę.
- Rypany Drań planował spalić to miejsce i nawet zniósł kanister z benzyną - powiedział, zapalając świece w eleganckim świeczniku. - Co będzie się marnować?
- A nie wolałbyś bardziej tradycyjnie? - zapytała beznadziejnie. - Rozwiążesz mnie i będziesz mnie ganiał po hotelu z siekierą.
- Sorry, miałaś już swoją szansę na ucieczkę.
Więcej nie powiedział, bo próbując złapać równowagę wbiegł w rozłożone pod ścianą kartony. Takiego ataku nie mógł się spodziewać. Zajęty dyskusją z Dominiką nie zauważył momentu, w którym do pokoju wślizgnął się Leszek. Oponent najzwyczajniej w świecie popchnął go na ścianę. Ostrowski złapał za pierwszy przedmiot na jaki natrafił w stercie śmieci, zardzewiałe nożyce krawieckie. Leszek oswobodził Dominikę i teraz wolno wycofywali się z pracowni Hoffmana. Na to nie mógł im pozwolić.
- Zarżnę was - powiedział całkiem spokojnie. - Ciebie, a potem ją.
- Mówiłeś, że jesteśmy jak Pogromcy duchów! - Leszek usiłował zagrać na sentymencie Kapturnika.
- Tak! A teraz zabiję Sigurney Weaver! - zamachnął się.
To był moment, w którym Paweł mógł kląć na własnego pecha, przeciwność losu lub jakieś przekleństwo, bo jak w zeszłym roku w aferę wmieszała się Natalia, udaremniając mu morderstwo, tak tym razem na planie pojawił się Iruś Hoffman.
Spojrzał wrogo na Leszka, potem na Pawła, a na końcu na Dominikę. Dlaczego matka jest przerażona? Czy oni jej coś zrobili?
- Rypany Drań! - zawołała żywo Rychlewska wskazując na Pawła. - On zabija ludzi!
- Co za bzdura? - rozzłościł się. - Jeszcze nikogo nie zabiłem od przybycia do tego cholernego hotelu!
Irek nie słuchał. Ze złością rzucił się na Pawła, a siłę to on miał. Świecznik przewrócił się na karton. Ogień zapłonął żywo.Dym szybko wypełnił pomieszczenie. Walczący mężczyźni zniknęli z pola widzenia. Leszek i Dominika pobiegli korytarzem wzdłuż ściany. Po chwili dotarli do przejścia prowadzącego na zewnątrz.

***


- Na całe szczęście nikomu nic się nie stało - westchnął głośno Adrian Korba.
Akcja gaśnicza dobiegała końca. Na całe szczęście ucierpiały tylko dwa pokoje na pierwszym piętrze.
Oficjalnie, w hotelu znajdowały się wyłącznie cztery osoby: Leszek i Dominika, którzy zawiadomili o pożarze oraz Stefan i Martyna znajdujący się w tamtej chwili na parterze.
- Pawła nie znaleźli - oznajmił Andrzej Burski. - Tego całego Irka też nie.
- Mnie bardziej interesuje, jakim cudem tak szybko znaleźliście przejście - zagaił Konrad. - Przecież te korytarze to istny labirynt.
Leszek uśmiechnął się, w duchu gratulując sobie przezorności.
- Ostatnim razem znakowałem sobie drogę - oznajmił zadowolony. - Fart chciał, że Paweł i Dominika trafili do tego samego pomieszczenia, do którego wcześniej zabrał ją Irek Hoffman.
- Mam nadzieję, że Irkowi nic się nie stało - rzuciła melancholijnie pani Ola. - To w końcu moja jedyna żyjąca rodzina.
- Na pewno nic mu się nie stało - usłyszała w odpowiedzi.
Sama jakoś nie była przekonana. Niespokojnym wzorkiem objęła wejście do budynku. Pierwszy raz poczuła, że to miejsce należy do niej. Hotel był częścią historii Hoffmanów, a teraz także częścią jej własnej historii - trudnej i makabrycznej.
- A tak w ogóle, to co zrobisz z hotelem? - zapytała żywo Marysia.
- Nie mam pomysłu - wzruszyła ramionami. - Spróbuję go odnowić za pieniądze ze spadku. Liczę, że Gustaw i Stefan pomogą mi.
- Masz to jak w banku! - zawołał podekscytowany Stefan.
Rozmawiali jeszcze długo, obserwując akcję strażaków. Jeden z nich, wysoki, nieco oszołomiony wyszedł z budynku bocznym wyjściem. Przeszedł obok grupki spoglądając na nią kątem oka, a następnie zniknął za bramą wjazdową. Czuł się lepiej. Szok, ból i zapach dymu powoli opuszczały jego ciało, a niepewny krok przeistoczył się w pewny marsz. Strażak zatrzymał się za parkingiem obok pierwszego lepszego samochodu. Zdjął hełm i odetchnął głośno:
- O mało nie spłonąłem... Zabiję...Teraz to już na pewno obedrę ze skóry! - wrzał rozzłoszczony Paweł. - Niech ich tylko znowu spotkam!

***


Ostatni dzień praktyk rozpoczął się niezwykle leniwie. Recepcja stała pusta. Do kuchni schodziły pojedyncze osoby chcące przygotować śniadanie we własnym zakresie, a zza ścian nie wydobywały się żadne hałasy. Jedyni goście, Burscy, wymeldowali się zaraz po akcji gaśniczej.
W dzienniczkach praktyk widniały oceny celujące wystawione przez Aleksandrę Hoffman. Wśród uścisków, pożegnań i podziękowań padały zapewnienia o utrzymywaniu kontaktu pracowników hotelu z praktykantami.
- Chyba zakochałem się w tobie na zabój - doszedł do wniosku Leszek.
- We mnie? - Dominika zdziwiła się fałszywie, bo on też jej się spodobał bardzo, ale nie miała zamiaru mu tego mówić. - Oszalałeś.
- Na twoim punkcie.
- Musisz mieć ostatnie słowo?
- Mogę ci odstąpić ostatnie, jeśli tylko powiesz, że nie oszalałem.
- Oszalałeś, ale akceptowalny z ciebie wariat.
- Czyli?
- Zobaczymy.
Mógł zaczekać.
Konrad pożegnał się ze Stefanem, Dominiką, a potem jeszcze raz z Dominiką, nerwowo wymijając pannę Olę. Podobała mu się od pierwszej chwili, a teraz bał się z nią żegnać w jakimś nieuzasadnionym poczuciu, że na odchodne chlapnie coś idiotycznego.
- Dziękuję za pracę - powiedział bardzo formalnie zalewając się rumieńcem.
- W porządku - odparła Ola.
- Mam nadzieję, że odwiedzisz nas kiedyś w Lipkach - zgubił zwrot per pani.
- Z pewnością - chłodny głos nabrał nieco ciepła. - Raczej się nie afiszujemy z tym, ale powinieneś wiedzieć jako brat Gustawa. Ja i Gustaw jesteśmy narzeczeństwem od kilku miesięcy, a teraz gdy otrzymałam ten hotel moglibyśmy wreszcie wziąć ślub. Także jestem przekonana, że będziemy się widywać dosyć często.
Konrad ogłuchł od słowa "narzeczeństwo". Z grobową miną spoglądał na Olę, bezmyślnie kiwając głową.
Adrian poklepał go po ramieniu i odciągnął na bok:
- A wiesz, że na jednej pani Oli świat się nie kończy?
- Nie... To jest tak... - wymamrotał cierpko.
- Przed nami studniówka, wakacje...
- O ile znowu nie pojawi się jakiś wariat z nożem - przypomniała ponuro Natalia.
Angelika i Marysia spojrzały po sobie i tylko pokręciły głowami.
- Jakoś sobie poradzimy - zawołał beztrosko Leszek. - W końcu możemy na siebie liczyć, nie?
To był słoneczny poranek w Hotelu Barok. Jeden z pierwszych, ciepłych dni zwiastujących zbliżającą się wiosnę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz