Wiadomość o kolejnym ataku Kapturnika obiegła Lipki w lotem błyskawicy. Przebrania i narzędzia zbrodni nie znaleziono, ale ponoć nawinął się podejrzany. Po dokonaniu czynu sprawca szybko ukrył dowody działania, a następnie oddalił się od miejsca czynu. I tu z pomocą przyszedł naoczny świadek morderstwa, Paweł Ostrowski.
- Chciał, żebym spotkał się z Adą na mostku – mówił rozgoryczony. - Tylko Leszek wiedział, że ona tam będzie na mnie czekała – ciągnął dalej. - Teraz jak sobie o tym pomyślę... On to zrobił z zazdrości.
- Z zazdrości? - dopytywał się Burski, wyraźnie zaciekawiony zeznaniami.
- Chciał mi dokuczyć.
Zaskoczonego podejrzanego udało się zgarnąć z szosy jakieś pięćset metrów od mostku.
- Mówiłem! - stał twardo przy swoim, chociaż miał momenty, w których głos nieznacznie mu się łamał. - Miałem spotkać się z Adą, ale po Pawle. Nie powiedział wam tego?
- Powiedział – przytaknął komendant ze spokojem. - Powiedział także, że tylko trzy osoby wiedziały o tej... - zastanowił się jak nazwać imprezę – randce. Ty, on i Ada, a więc skąd wziął się morderca?
- Ada musiała... - w tej chwili pierwszy raz dotarło do niego, że już jej nie zobaczy. Zrobiło mu się niedobrze, przełknąwszy ślinę kontynuował:
- Musiała komuś o tym powiedzieć albo Kapturnik znalazł się tam przypadkiem. Nie wiem...
Policjant westchnął głęboko. Dowodów na winę Matuszewicza jako takich nie posiadał. Brak siekiery, płaszcza, jedynie on pałętający się w pobliżu. Mógł być na mostku, zgadza się, mógł też zabić Woźnego, jakimś sposobem mógł znaleźć się na łące i załatwić Szczepana oraz Zuzę, ale nijak pasował do pierwszej zbrodni w nawiedzonym domu. Morderców było albo dwóch, albo Leszek nie był sprawcą. Jedno z dwóch czyli nic, znowu. Poza tym policjant czuł, że chłopak mówi prawdę, ale jakieś kroki trzeba było powziąć. Jedynym możliwym ruchem było zatrzymanie nastolatka na dłuższym przesłuchaniu w cichej nadziei, że w międzyczasie coś się rozjaśni.
***
- Jestem rozczarowana efektami twojej pracy – powiedziała na wstępie rozgniewania Natalia. - Kapturnik zamordował kolejną osobę, a ty?! Co zrobiłeś?
- Powiem szczerze – przerwał jej Konrad. - Nie radzę sobie z rolą cynicznego detektywa.
- Guzik mnie to obchodzi! - podniosła głos. - Dlaczego nie odbierasz telefonów?!
- Zapodziałem gdzieś komórkę – jęknął bezsilnie. - Nowy Samsung Omnia... - ponowił rozpaczliwy jęk na myśl o drogim telefonie. - Matka mnie zabije.
Przez ostatnie kilka dni próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz trzymał w ręku telefonu. Pamięć wysilał na próżno. Zostawił gdzieś? Jeśli tak, to gdzie? Lista miejsc w jakich się ostatnio szwendał przerosła jego oczekiwania. Sprawdzali rodziny zaginionych, organizowali spotkania, kolejno w domu każdego z nich, a jeszcze wcześniej był na osiemnastce Natalii. Doszedł wreszcie do wniosku, że telefon został skradziony, bo ilekroć dzwonił na własny numer, odpowiadała automatyczna sekretarka:
- Abonament czasowo niedostępny, wal się (ów "wal się" było jedynie jego komentarzem wewnętrznym, rozmówczyni była uprzejma za każdym razem).
- Następny! - zirytowała się. - Jak znowu dostanę jakieś sprośne telefony to idę na policję – ostrzegła.
Nie będący w temacie szczepanowych zalotów Konrad, nie zrozumiał przestrogi.
- Słuchaj! - przerwał jej monolog. - Złapię Kapturnika.
- Już go złapali! - wrzasnęła.
- Kogo?
Dziewczyna wstrzymała na moment oddech. Teraz mógł ją tylko szlag jasny trafić. Siedziała w biurze przerobionym z kantorka woźnego, a wynajęty przez nią prywatny detektyw zdawał się być jedyną osobą w całych Lipkach, która nie wiedziała, co się wydarzyło.
- Raper!
- Gucci Mane? - rzucił nieco bezmyślnie.
Tym razem Natalia wbiła paznokcie w poręcz fotela. Jakimś cudem opanowała złość wywołana tępotą umysłową rozmówcy i wymamrotała słabo:
- Leszek.
Detektyw mruknął coś pod nosem.
To oznaczałoby, że teoria Adriana o powiązaniu z Dekadą zbrodni jest nieprawdziwa. Założyli, że Kapturnikiem jest osoba powiązana z tamtymi wydarzeniami. I w ten sposób na szczyt listy podejrzanych wysuwali się Jędrusowa ze względu na siostrę i parszywy charakter oraz Adrian po przez ciotkę. No tak, była jeszcze sprawa fotografii. Jeśli Korba mówił prawdę, to kto i dlaczego wysłał mu zdjęcie Aldony? Coś mu tam nie pasowało, a po głowie kołatał się trzeci podejrzany.
Co robić? Przede wszystkim odprawić Natalię i zwinąć interes, bo ktoś życzliwy doniósł dyrektorowi o założeniu nielegalnego biura detektywistycznego na terenie szkoły.
A dalej? Postarać się o sojuszników i z ich pomocą zdobyć dowody niewinności Lecha. Adriana chwilowo wolał odpuścić, nie mając pewności, co do jego intencji. Postanowił tąpnąć się do Pawła i wspólnie ustalić jakieś konkretne działania.
***
Martyna wpadła na posterunek policji niczym trąba powietrzna. Ów tornado zapoczątkował telefon Burskiego z prośbą o stawienie się na komisariacie w roli świadka. Dla nikogo nie było tajemnicą, że ofiara przyjaźniła się z wróżką i być może powiedziała jej o spotkaniu na moście albo innym detalu mogącym mieć istotne znaczenie dla sprawy.
Gdyby Martynka stała za zbrodniami mielibyśmy genialny zwrot akcji – pomyślał Andrzej. - Lata temu ubzdurała sobie faceta z siekierą, a teraz sama biega za dzieciakami i morduje.
Uśmiech momentalnie zniknął z jego twarzy. Istniała taka możliwość. Nie! Postanowił nie komplikować sobie życia dodatkowymi wątkami i porozmawiać z Martyną wyłącznie o jej znajomości z Adrianną Lenart.
- Aresztowaliście niewłaściwego człowieka – powiedziała na wstępie rozgniewana wróżka.
- Nikogo jeszcze nie aresztowaliśmy.
- To mniej obciachu dla ciebie – westchnęła. - Ten chłopak nie jest Kapturnikiem.
- Matuszewicz? Skąd ta pewność?
- Ada mi o nim opowiadała.
- I co z tego?
- To chłopak, którego jej wywróżyłam. Książę z bajki nie może być czarnym charakterem.
- Doskonały argument – pochwalił złośliwie. - Jeśli dziewczyna miała gust jak ty, to wcale się nie dziwię...
- To było chamskie! - podniosła głos. - Już dawno wyleczyłam się z zauroczenia tobą. Poza tym gówniara byłam i miałam prawo się mylić. To cię nie upoważnia do wyśmiewania mnie!
- Ja cię wyśmiewam? - zdenerwował się. - Przez twoje "pomyłki" całe miasto wytykało nas palcami. Chcesz być wariatką, śmiało, ale mnie w ten obłęd nie ciśnij!
Martyna rozejrzała się po biurku Burskiego. W tej jednej chwili zapragnęła złapać za coś ciężkiego i rzucić w niego. Niestety poza dokumentami i monitorem komputerowym, którego było szkoda niszczyć, biurko było puste. Postanowiła przejść do ataku słownego:
- A jak wygląda twoje życie? Narzeczona zwiała ci sprzed ołtarza w towarzystwie drużby! I ciekawostka, że ów drużba był wujkiem Julii Kołacz, co czyni cię takim samym podejrzanym jak Leszka Matuszewicza!
Policjanta na moment zatkało. O pokrewieństwie złodzieja narzeczonej i Julii Kołacz wiedział, ale nie widział większego sensu w podejmowaniu tropu.
- A dwadzieścia lat temu? - kobieta rozkręcała się coraz bardziej i w żadnym razie nie miała zamiaru kończyć. - Może to ty ze mnie sobie zażartowałeś? O, głupia Martynka, pogonię ją z siekierą to może się odczepi! Nikt poza tobą nie wiedział, że będę tam czekała. Taka sama sytuacja jak z Adą!
W końcu zamilkła rozgniewana. Burski odczekał przezornie chwilę, gdyby jeszcze coś jej się przypominało, po czym powiedział głosem spokojnym, jakby nienależącym do niego:
- Nie wiem, czy faktycznie kogoś wtedy widziałaś, ale powinnaś przestać żyć tamtym wspomnieniem. Fajna z ciebie babka. Trochę pyskata i nerwowa, ale całkiem sympatyczna.
Wróżka milczała, zaskoczona wyznaniem. Andrzej skomplementował ją, oczywiście, najpierw skrytykował, ale liczyło się, że powiedział coś miłego na jej temat.
Policjant mówił szczerze. Od zawsze pociągały go władcze i pyskate baby, a nie jakieś mimozy bez wyrazu. Nagle wspomnienie jękliwej stokerki poszło w siną dal, ustępując głośnej kobiecie. W pewnej chwili zaczął obawiać się, czym te rozważania się zakończą. W miłości miał pecha. Najpierw upierdliwa Martynka, potem narzeczona, a teraz znowu Martynka? Niby dwa razy do tej samej rzeki nie powinno się wchodzić, ale... Rzeka była śliczna, gdy się złościła.
- Spotkajmy się w piątek – rzucił nagle. - Pójdziemy na kolację.
Wróżka spoglądała na niego jak ciele w malowane wrota. To było do niej? On chce się spotkać w sensie spotkania? Przełamawszy swoją tępotę umysłową odparła godnie:
- No nie wiem...
- Jak nie chcesz – trochę zwątpił.
- Chcę! - wyrwało jej się tak entuzjastycznie, że aż desperacko.
Postanowione. Martyna i Andrzej umówili się na piątek wieczór. Oczywiście, bez płonnych nadziei i wymuszania na kimś obietnic małżeńskich.
Na koniec raz jeszcze powrócili do tematu Leszka i Ady. Burski uspokoił ją:
- A co do tego chłopaka... Przemaglowałem go na wszystkie strony. Myślę, że to nie on. Daj mi dwie godziny i puszczę go wolno.
***
Paweł również zeznawał, ale wiele tego nie było. Miał się spotkać z Adą na mostku, a tam był Kapturnik. Koniec pieśni, cześć.
Potem doszło do sytuacji nieprzyjemnej, której nastolatek chciał za wszelką cenę uniknąć. Zadzwonił do Liwii i wyjaśnił jej całą sytuację. Opis zdarzeń, co jakiś czas przerywany głośnym wtrąceniem macochy, zakończył na prośbie o odebrania go z posterunku. Ojciec był ostatnią osobą, z którą miał ochotę przebywać w tej chwili. Cały czas mając przed oczyma obraz Edyty przeklinającej byłego męża. Jak na złość, zamiast Liwii, przyjechał Wojtek.
Droga do domu mijała im w nieznośniej ciszy. Paweł kilkakrotnie zbierał się w sobie, aby zagaić o pogodzie, podatkach, szkole, czymkolwiek. Wszytko było lepsze od cholernego milczenia. Ojciec w końcu rzucił coś o stolarni i dodatkowych zamówieniach.
- Muszę jeszcze odebrać fakturę – powiedział na zakończenie. - Zrobimy mały postój w stolarni.
- Wysadź mnie. Sam wrócę do domu.
Ostrowski spojrzał na syna lekceważąco.
- Nie powinieneś.
- Mniejsza o to – starał się zachować obojętność równą ojcowskiej. - Złapali sprawcę, koniec afery.
Wojtek uśmiechnął się szeroko.
- Nie chce mi się wierzyć, że Lechu ją kropnął. Wychowaliście się praktycznie razem i takie coś...
- Mam wątpliwości, czy to on.
- Jeśli tak, to mu ładną przygodę życia zafundowałeś – zachichotał.
Słowa ojca wydawały mu się okrutne. Zupełnie, jakby bawiła go cała sytuacja. Czy możliwe, że Wojtek był Kapturnikiem? Dłużej milczeć nie potrafił.
- Byłem u matki w szpitalu.
Wojtek domyślił się od razu o kogo chodzi.
- Chyba nie mówisz o Edycie? Bo ona nie jest twoją matką od chwili, w której próbowała cię zabić.
Znowu poczuł się nieswojo, ale postanowił nie dawać za wygraną i kontynuować:
- Dlaczego ona cię nienawidzi? I ważniejsze, co ja mam z tym wspólnego?
Tym razem nie odpowiedział od razu.
- Twoja matka obwiniała ciebie za moje romanse. Jesteś dorosły facet i tłumaczyć ci nie muszę. Miałem mnóstwo seksu przedmałżeńskiego i trochę po małżeńskiego, a ona nie potrafiła tego zaakceptować – mówił tak obojętnym głosem, że Pawła zamurowało.
Na twarzy ojca zagościł nerwowy uśmieszek.
- Problem w tym, że trzy z moich kochanek zaginęły, uwierzysz? Ona się dowiedziała się o nich i dodała sobie dwa do dwóch. Nie potrafiła docenić, że dla ciebie i dla niej przestałem to robić. Jej priorytetem stało się to, abyś nie był taki jak ja i jedynym sposobem jaki sobie wymyśliła była twoja śmierć.
- Zapytam cię o to tylko raz, a potem już do tego tematu nie wrócę więcej, obiecuję – odparł, otrząsnąwszy się z chwilowego otępienia - ale musisz być ze mną szczery, dobrze?
Wojtek nie przestawał się uśmiechać. Spodziewał się pytania i miał już gotową odpowiedź.
- Kapturnik i dekada łączą się ze sobą. Czy jesteś w to zamieszany?
- Ale w co?
- Czy jesteś mordercą odpowiedzialnym za Dekadę zabrodni?
- Sugerujesz, że kogoś zabiłem? Wtedy nie odnaleziono żadnego ciała. Gdybym był Kapturnikiem nikt by nie znalazł żadnego trupa. Morderca dobrze się bawi podrzucając ciała to tu, to tam. Uważaj, synek, bo naprawdę jeszcze na ciebie trafi.
Paweł chciał już tylko wysiąść z samochodu. Potrzebował postoju. Natychmiast albo się udusi. Samochód nieco zwolnił przed stacją benzynową.
Wtem z tylnego siedzenia wyłonił się Kapturnik. Paweł zaniemówił, zaskoczony Wojtek szarpnął za kierownicę, samochód zjechał na sąsiedni pas, ale to nie powstrzymało napastnika przed wbiciem noża w szyję kierowcy.
Paweł oprzytomniał momentalnie, a przynajmniej tak mu się zdawało. Zamknął oczy w chwili, gdy samochód zjechał na lewy pas. Potem auto wpadło do rowu i tam przekoziołkowało na dach. Ponownie otworzył oczy. Ojciec leżał na zabrudzonej krwią kierownicy. Na szyi miał ogromną dziurę po ranie kłutej. Chłopak przyglądał jej się jak zahipnotyzowany. Dopiero po chwili wybudził się z szoku, rozumiejąc, że na tylnym siedzeniu nadal znajduje się Kapturnik. Odpiął pasy i spróbował otworzyć drzwi. Nie dał rady. Coś musiało blokować je od zewnątrz. Sięgnął po telefon. Morderca poruszył się. Chłopak nerwowo zaczął szukać jakiejś broni. W schowku znajdowały się jedynie guma balonowa i nienaostrzony ołówek. Przygotował się na najgorsze. Tymczasem agresor najzwyczajniej w świecie zignorował jego starania defensywne i zajął się opuszczeniem pojazdu.
- Zaczekaj! - zawołał za nim. - Kim jesteś?
Kapturnik powoli się oddalił.
Późniejszych wydarzeń Paweł już nie pamiętał. Zadzwonił gdzieś, a może to ktoś ze stacji benzynowej wezwał pomoc? Nie umiał powiedzieć. Burski znowu go maglował. Do domu wrócił z Liwią. Musiał przyznać, że mimo utraty męża, trzymała się zaskakująco dobrze. Ostrowska to samo mogła powiedzieć o nim. Ostatnia doba przeleciała mu pod znakiem obłędu - dwa morderstwa i szarpanina z Lechem.
***
Leszek został wypuszczony z przesłuchania zaraz po najnowszym ataku Kapturnika. Na schodach przed komendą policji siedział Konrad. Trudno było stwierdzić, jak długo tam czekał. Na widok Matuszewicza zerwał się na równe nogi.
- Całe szczęście, że dali ci już spokój – powiedział na przywitanie. - Kapturnik zaatakował Wojtka Ostrowskiego. Może powinniśmy zajrzeć do Pawła?
Leszek wyjął z kieszeni papierosy, zapalił jednego i odparł obojętnie:
- Rób jak chcesz. Ja się do niego chwilowo nie wybieram.
- Bardzo jesteś wkurzony?
- Trudno, żebym nie był – odparł, wypuszczając z ust papierosowy dym. - Ładnie dojebał mi tymi zeznaniami.
- Na mnie też jesteś zły?
- A mam o co? - zapytał, po czym złagodniał. - Nie, nie jestem. Nic nie zrobiłeś.
- To źle zabrzmi, ale od kiedy pojawił się Kapturnik jest fajnie – przyznał z zawstydzeniem Brzęcki. - Wcześniej podpierałem w szkole ściany i nie odzywałem się do nikogo, a od czasu tej afery ja, ty, Paweł i Adrian ciągle coś robimy razem. Nie chcę, żeby coś was poróżniło. Nie wierzę, że zrobiłeś krzywdę komukolwiek i Paweł z pewnością też w to nie wierzy - mówił z pełnym przekonaniem. - Odkryję kim jest Kapturnik i spokój wróci, a póki co... Nie gniewaj się na Pawła.
Leszek uśmiechnął się. Słowa Konrada były bardzo pocieszne, aż poczuł spokój w sercu.
- Nie przejmuj się, ziom – odparł znacznie żywszym i serdeczniejszym tonem. - Potrzebuję chwili dla siebie, ale wszystko jest okej, nie masz czym się przejmować. Dobry z ciebie przyjaciel.
Konrad odpowiedział uśmiechem. Nie wracał więcej do tematu. Leszek zajmie się sobą, a on w międzyczasie zakończy sprawę morderstw. Był już czas najwyższy.
***
Martyna kończyła zmywać naczynia, gdy ktoś wlazł do jej domu. Określenie "wlazł" było najbardziej adekwatnym do zaistniałej sytuacji obok słowa "wtargnięcie". Włamanie nie oddałoby bezczelności postępku, a jedynie określiłoby cel niezapowiedzianej wizyty, który w czasie mógłby się nałożyć z jej nieobecnością. Tymczasem nieproszony gość wlazł pod obecność gospodyni. Chamstwo! Bez zaproszenia, bez pukania, bez drzwi. Jak? Ano, normalnie, wybił okno i wszedł do środka. Płaszcza też nie miał zamiaru zdejmować i odwieszać, nie mówiąc już o butach. To był Kapturnik w całej swojej okazałości.
Mająca doświadczenie w uciekaniu przed szaleńcami, Martyna, cisnęła w niego umyty przed momentem kubek. Morderca uchylił się. To dało jej kilka sekund przewagi. Przeskoczyła przez stół i do drzwi. Wybiegłszy przed dom, zatrzymała się w połowie drogi do furtki i tam obejrzała się za siebie. Po mordercy nie było śladu. Przez moment wpatrywała się w otwarte na oścież drzwi. Kiedy lata temu uciekała przed facetem z siekierą drzwi wyglądały tak samo.
Nic się nie zmieniło – pomyślała.
Wtem nastąpiła szybka refleksja. Dość uciekania! Już ona temu skurczysynowi pokaże!
Rozejrzała się w poszukiwaniu jakiejś broni. Pożałowała, że nie zdecydowała się na walkę w domu. Wtedy mogłaby użyć jakiejś patelni albo garnka i łatwo rozbić mu ten chory łeb. Pierwsze i zarazem za najskuteczniejsze narzędzie obronne uznała grubą gałąź złamaną przez wichurę. Pochwyciła broń i kuc galopem pobiegła w kierunku domu, wydając z siebie groźne okrzyki. W tej samej chwili Kapturnik wyleciał przed dom. Trudno stwierdzić, kto był bardziej zaskoczony. Morderca zamarł w bezruchu, a kobieta ostro wyhamowała, poślizgnąwszy się na mokrej trawie poturlała się na Kapturnika. Niczym kula do kręgli uderzyła w nogi zabójcy przewracając się na niego. Martyna ogarnęła się pierwsza. Odrzuciła na bok siekierę, do której czuła ogromne obrzydzenie i ściągnęła maskę napastnika. Pod białą maską ukrywała się Zuza Kubińska.
- Ty? - zdziwiła się.
Nastolatka uśmiechnęła się szyderczo.
- Ja i... on.
Martyna zdrętwiała. On stał tuż za nią i był znacznie silniejszy od swojej partnerki. Drugi Kapturnik pchnął wróżkę na ziemię i zamachnął się na nią siekierą. Martyna nie czuła strachu. Nie miała czego i w geście swojej odwagi pokazała mu środkowy palec. Potem oberwała.
Para morderców zbiegła z miejsca zbrodni, znikając gdzieś na polanie prowadzącej do lasku.
Martyna nie czuła się zbyt komfortowo. Trawa, na której leżała była mokra, a wnętrzności zachowywały się, jakby zaraz miały eksplodować. Nie miała siły poruszyć się. Na całe szczęście, któryś z sąsiadów zawiadomił pogotowie. Następne kilka dni przeleżała nieprzytomna w szpitalu. Obudziła się dopiero po zakończeniu afery i dopiero wtedy mogła skonfrontować swoje własne przeżycia z imprezą jaka nastąpiła nieco później w nawiedzonym domu...
***
Około dziewiętnastej Adrian kończył trening. Biegł przez godzinę wzdłuż szosy oplatającej niewielki sosnowy lasek. Kiedyś trenował z większym zaangażowaniem, ale od sprawy z ciotką i Kapturnikiem wszystko straciło swój priorytet. Liczył, że teraz na nowo uda mu się odzyskać spokój ducha. Z torby z ubraniami wyjął zwinięty niedbale płaszcz z kapturem, białą maskę oraz małą butelkę podpałki do grilla. Kostium zaczął płonąć.
- W porządku, ciociu – wyszeptał. - Zabiłem twojego mordercę.
Liczył, że teraz odzyska spokój. Wojtek Ostrowski poniósł zasłużoną karę, a jego zemstę najpewniej przypiszą Kapturnikowi. Co jednak najważniejsze, był przekonany, że tym samym pozbył się prawdziwego mordercy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz