poniedziałek, 10 czerwca 2024

Rozdział 12: Wariaci wokół nas

Maska daje ogromną siłę. Za obliczem fałszywej twarzy można ukryć prawdziwe zamiary. Karol Hoffman nigdy się nad tym nie zastanawiał, a prawdziwość tych słów pojął dopiero nocy, której Rypany Drań zamordował Daniela i jego żonę, Elizę.
Tworzeniem kostiumów zainteresował się po obejrzeniu Potwora z Czarnej Laguny. Zauroczony filmowym monstrum począł wycinać maski z papieru. Malował, przyozdabiał i mocował je za pomocą gumki. Nie były to prace wysokiej jakości, ale otworzyły mu drogę do szycia i garbowania skór. Pracownię urządził sobie w nieczynnej części hotelu. Tam nikt nie chodził, bo i nie było po co. Karol nie mógł liczyć na ojcowską dumę jaką darzył pierworodnego syna ani też troskę jaką otaczano najmłodszego. Wśród swoich prac znajdował spokój i swego rodzaju otuchę. Czasem łapał się na tym, że mówi do przerażających tworów, a te niekiedy odpowiadały mu w wyobraźni. Ohydne twarze, puste oczy, wielkie łapy, szpony... Kostiumy różniły się od siebie jedynie detalami, ale to wystarczyło, aby zakradając się do pracowni nocą przerazić się śmiertelnie kostiumu Rypanego Drania, który wisiał przy samym wejściu.
W ostatnim akcie egocentryzmu Olgierd Hoffman napisał testament i powierzył go zaufanemu notariuszowi. Testament, jak testament, nawet bogacza, nie powinien budzić większych emocji poza ostatnim wersem:

Swój cały majątek przekazuję pierworodnemu dziecku jednego z moich synów, a mojemu wnukowi, który urodzi się najbliżej daty założenia hotelu Barok, czyli 26 stycznia. Zapis ten należy wypełnić nim hotel skończy sto lat, czyli do dnia 26 stycznia 2010 roku.

Witold przeczytał dokument uważnie, podał go Danielowi, a potem Karolowi. Zaskoczeni spoglądali po sobie, potem znowu na testament, a w końcu na uśmiechniętego ojca.
- Tata powinien się leczyć na ten stary, scapiały łeb – oświadczył wprost Witold. - Nie mam zamiaru brać udziału w jakimś cholernym wyścigu!
Po tych słowach Witold spakował walizki i opuścił hotel zarzekając się, że już nigdy nie wróci. Niedługo potem zmarł Olgierd, a Karol i Daniel stanęli na czele hotelu. Obaj poznali wspaniałe kobiety i wkrótce wzajemnie świadkowali sobie na ślubach. Wszystko zdawało się iść ku dobremu; warunek testamentu przepadł w niepamięć pozostawiając jedynie niesmak, Eliza i Daniel rządzili hotelem, a Karol w obecności Heleny zaprzestał dziwaczeć i nawet na pewien czas odłożył szycie kostiumów.
22 stycznia 1982 roku na świat przyszedł Ireneusz Hoffman. Po narodzinach chłopca jego matka podupadła na zdrowiu i niedługo potem umarła. Karol został wdowcem, a Irek w połowie sierotą. Ojciec nie miał cierpliwości do syna i nie miał zamiaru nim się zajmować. Jeszcze, gdyby w grę wchodziło zwyczajne dziecko, mógłby spróbować, ale nie... Pierwszy wnuk Olgierda był odpychający. Jego skórę pokrywały krosty, włosy mu rzedły, mówił mało, częściej piszczał i dostawał spazmatycznych ataków. W dodatku panicznie bał się masek ojca, a największy lęk odczuwał przed kostiumem Rypanego Drania. Karol niekiedy straszył nimi syna, a ten bał się jeszcze bardziej.
Wkrótce razem z Danielem zdecydowali, ha, właściwie to Daniel i Eliza zdecydowali, że lepiej dla hotelu będzie przenieść Irka do nieczynnej części, gdzie nie będzie przeszkadzał gościom. I tak ojciec i syn żyli w nieczynnej części zapomniani.
26 stycznia 1985 roku Hoffmanowie świętowali dwa ważne wydarzenia. Pierwszym były siedemdziesiąte piąte urodziny hotelu, a drugim narodziny jego przyszłego właściciela, Aleksa.
Iruś skończył trzy lata. Karol spoglądał na dziecko i zastanawiał się, co łączy go z małym potworkiem? Wcześniej mógł liczyć, że jego syn spełni warunki testamentu, ale teraz, gdy pojawił się pierworodny Daniela? Przegrał z kretesem. Wściekły wrócił do projektowania nowego przebrania, Irek niech sobie robi co chce, a Daniel i Eliza niech idą do diabła!
Dopiero wtedy zauważył brak ulubionego kostiumu. Nie miał pojęcia, że właśnie teraz morderca w kostiumie Rypanego Drania zabija brata i szwagierkę, praktykanci pomagają mu zacierać ślady, a on sam zostanie posądzony o przerażającą zbrodnię.
Nad ranem przyjechała milicja. Obudził go Henryk Uraś. Do Hoffmana nie dotarła informacja o morderstwie. Gotował się ze złości na myśl o narodzinach bratanka i nie wiedzieć, dlaczego postanowił swoją frustrację wyładować na funkcjonariuszach. I w ten sposób Karol został zastrzelony podczas ataku na milicjanta. W hotelu znaleziono ślady krwi, ale żadnego ciała.
Witold odłożył kostium Rypanego Drania do szafy. Mógł być zadowolony z siebie, bo pozbył się dwóch pretendentów do otrzymania majątku Hoffmanów. Jego jedyną bolączką został Aleks.

***

Przez następne dni trwały poszukiwania Aleksa. Archiwum miejscowej gazety sięgało początków roku 2002. Za największy news tamtego okresu podawano sądowy spór o dwa hektary ziemi, gdzie planowano budowę ekskluzywnego osiedla i jedyną rzeczą, jaka wiązała sprawę z hotelem było jego sąsiedztwo.
- Mało istotne – stwierdził surowo Konrad wertując bursztyńską gazetę. Zresztą data rozpoczęcia działalności gazety sama z siebie eliminowała ją jako pożyteczne źródło informacji. Wcześniej ustalili chronologię wydarzeń. Stefan odbywał praktyki jakieś ćwierć wieku temu. Wtedy też zrobiono zdjęcie z Danielem i jego żoną. Na rozum wychodził rok 1985.
- Mógł łgać z datą albo faktycznie nie pamiętać – zauważył ostrożnie Adrian.
Stefan mówił chętnie i dużo, ale były momenty, w których Korba wyczuwał zmianę tonu. Pytany o ludzi ze zdjęcia brzmiał nieszczerze. Chciał coś ukryć? Z pewnością. Chronił kogoś? Być może. Znał prawdę? Tego musieli się dowiedzieć.
Z pomocą przyszedł przypadkowy artykuł o Rypanym Draniu:
"Opętany szałem Karol H. założył zaprojektowany przez siebie kostium i zamordował brata oraz ciężarną szwagierkę – czytamy w aktach zeznanie jedynego świadka zdarzenia".
- Dam sobie rękę uciąć, że chodzi o Henryka – skomentowała Rychlewska.
Spytać się jednak nie odważyła. Jeszcze nie. Dominika coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu o winie menadżera. Uraś mógł pomóc w morderstwie, zacierać ślady, obiecać alibi mordercy, a w ostatniej chwili wycofać się, zrzucając całą winę na Karola. Czy zrobił to ze strachu, wyrzutów sumienia, czy dla korzyści, chwilowo jej nie interesowało.
Najważniejszą rzeczą ustaloną była data morderstwa, 26 stycznia 1985 roku. Aleks musiał się urodzić wbrew temu co pisano w artykule. Mógł mieć 25 lat. Psuło to trochę wcześniejsze teorie Dominiki o tym, że któryś z lipczan jest Aleksem, ale zgodnie postanowili ustalić motyw potem. Póki co musiała im wystarczyć jako taka chronologia zdarzeń.
Leszek ze względu na bajerę obdzwonił wszystkie ośrodki adopcyjne i szpitale w pomorskim. Wysiłek przypominał syzyfową pracę, bo jedynymi danymi jakimi operował było nazwisko i przybliżona data urodzenia. Ludzie odpowiadali niechętnie.
- A co jeżeli Aleks nie trafił do adopcji tylko od razu został przygarnięty przez jakąś rodzinę? - zamyślił się.
Dominika nie odpowiedziała. Śledztwo ruszało z miejsca niemal niewidocznym tempie.

***

Pani Jadzia miała własne sprawy na głowie. Od chwili przyjazdu do hotelu, myślała, jak wrócić do domu. W głowie telepał jej się obraz małego domku na górce, jakiegoś sanatorium i upierdliwego opiekuna medycznego, który ciągał ją po Trójmieście. Z początku nawet podobała jej się wycieczka, ale jak długo można? Szybko wkradła się monotonia, w której czas odmierzały godziny posiłków. Hotel wydał się na nowo atrakcyjny wraz z przybyciem praktykantów i mordercy. Nocne przyjazdy policji, trupy, krzyki. Ha, to dopiero ubaw! Teraz osiemdziesięciolatka postawiła przed sobą dwa zadania. Pierwsze to wytropić Rypanego Drania, a drugie wrócić do domu. W tym celu należało uciec z pokoju nim obudzi się Szymek. Postanowiła zabrać ze sobą tylko to, co ma na sobie, a więc na piżamę zarzuciła szlafrok, a do głębokiej kieszeni włożyła... ciupagę.
Pamięć miała już słabą, ale przedmiot kojarzył jej się z rodzinnym domem na górce (mało precyzyjny adres, ale od czegoś należało zacząć). Poza tym broń mogła jej posłużyć do pojmania mordercy.
Szymon zamykał pokój na noc, a klucz chował pod własną poduszką. Stwierdziła więc, że wyjdzie przez okno balkonowe. Wyszła na zewnątrz, a potem po gzymsie do kolejnego balkonu. Czynność tę powtórzyła jeszcze dwa razy, aż dotarła do pokoju praktykantów. Dopisało jej szczęście, bo w pokoju znajdował się akurat jakiś młodzieniec. Zapukała. Paweł otworzył bez pośpiechu. Widok starej baby w szlafroku, porannych pantoflach i z ciupagą w ręku trochę go zaskoczył. Staruszka uśmiechnęła się serdecznie i przedstawiła:
- Jadwiga Dobrójska.
- Paweł. Ładna ciupaga – skomplementował melancholijnie broń.
- Dziękuję! – zawołała, wybiegając z pokoju. - Idę polować na mordercę!
Niemal od razu udała się na strych. Drzwi były zakluczone, ale z pomocą ciupagi podważyła zamek. Raz jeszcze pogratulowała sobie pomysłu z zabraniem siekierki. Przez pomieszczenie na poddaszu przedostała się do ukrytej części hotelu. Dłuższą chwilę spacerowała po korytarzach, aż wreszcie natrafiła na odpowiednie pomieszczenie, dawną pracownię Karola Hoffmana, a obecną siedzibę Rypanego Drania.
Morderca właśnie ubierał kostium. Przycupnęła pod ścianą i bacznie obserwowała faceta ubierającego maskę. Napięcie rosło, a ona czuła, że to najlepszy moment na atak. Nie! Jeszcze chwila! Jeszcze chwila... Już! Wyskoczywszy ukrycia krzyknęła radośnie:
- Mam cię! Wszystko widziałam!
Rypany Drań stał przed nią w masce i samych gaciach.
- Poddaj się, bo cię zaciukam!
Nie czekając na reakcję przeciwnika ruszyła. Z okrzykiem bojowym uniosła siekierkę i zamachnęła się. Rypany Drań okazał większy refleks. Złapał Dobrójską za rękę i wyrwał ciupagę. Jadzia zaczęła okładać go pięściami.
- Od początku wiedziałam, że to ty! Wiedziałam! Wiedziałam! Wie... - ostatniego już nie dokończyła, bo ciupaga zatopiła się w jej czaszce.
Staruszka zrobiła krok do tyłu i padła trupem.
- Ja pierdolę! – ryknął Rypany Drań. - Jak to babsko tutaj wlazło?
Był poirytowany sytuacją, a beztroska z jaką mordował jego wspólnik wprawiała go w jeszcze większą wściekłość. Należało poszukać rozwiązania i jako takie świtało mu w głowie.

***

 

- I co? Znowu?
Zachmurzony Szymek spojrzał na Stefana, ale nic nie odpowiedział. Trudno było określić, czy jest zły na panią Jadzię, czy na oczywistość z jaką kierownik spa odkrył jego problem.
- Pomożecie szukać?
Nieobecny myślami Gustaw nie zareagował. Stefan wyszczerzył się i delikatnie szturchnął kolegę.
- Co się stało? - spytał wybudzony z letargu Brzęcki.
- Pani Dobrójska znowu mu uciekła – w jego głosie dało się słyszeć satysfakcję.
- Już mam dość tej starej raszpli – przyznał bez ogródek Szymon.
- Nie gadaj, bo jak wpadnie pod nóż mordercy to będziesz musiał się tłumaczyć jej rodzinie.
Na myśl o mordercy chłopaka przeszył zimny dreszcz. Śmierć seniorki oznaczałaby opuszczenie hotelu. Wstyd było się przyznać, ale ucieszyła go ta perspektywa. Z drugiej strony poznał Angelikę.
- Przestańcie! - uciszył ich Gustaw. - Zginęły dwie osoby! Tak tego nie można zostawić!
- I co chcesz zrobić?
Na moment zapadła grobowa cisza.
- Profesor Jędrus była strasznym babskiem, ale bardzo dobrą nauczycielką – przyznał smętnie, aby po krótkiej pauzie kontynuować z większym wigorem - dostając u niej dwóję na semestr miałeś pewność, że nauczyłeś się matematyki! Odszukam mordercę, a wy mi w tym pomożecie!
- Że niby mamy ryzykować? - zaśmiał się nerwowo.
- Popieram! - zerwał się Stefan. - Zasadzka!
- Myślałem raczej o pracy detektywistycznej – zająknął się Brzęcki.
- I co nam to da? Oglądałeś kiedyś, Scooby-Doo? - mówił podekscytowany. - Na koniec każdego odcinka bohaterowie zastawiają pułapkę, w którą wpada złoczyńca i wtedy demaskują go. Zrobimy tak samo. Przyda nam się pomoc twojego brata i tych idiotek od solarium... - próbował sobie przypomnieć imiona dziewczyn, ale na próżno. - Będą potrzebne łopaty, półtony węgla, lina...
- Dlaczego załatwiłeś praktyki bratu i jego znajomym – przerwał mu Szymon. - I to akurat teraz, gdy zaczęły się te morderstwa?
- Bo mnie poprosił – odparł nieżyczliwie. - Zresztą, skąd mogłem wiedzieć, że ktoś zacznie zabijać ludzi?
- Konrad coś wspominał, że nienawidzi swojego rodzeństwa – zaczął drążyć niby inny temat.
- Biologicznego – podkreślił Gustaw. - Ja zostałem adoptowany przez Brzęckich, a poza tym dzieli nas spora różnica wieku.
Od kiedy sięgał pamięcią w domu trwał nieprzerwany konflikt zbrojny. Co chwila powstawały sojusze i opozycje, walki przeplatały rozejmy. Z kolei, co można było zauważyć po imionach latorośli, u rodziców panowało zamiłowanie do twórczości Mickiewicza, kompletnie ignorujące zatargi Zosi, Karusi, Konrada i Tadeusza. Jedynie Gustaw zdążył opuścić dom rodzinny nim zaczęły się pierwsze poważne starcia pomiędzy Karusią, a Konradem, do których dołączyli wkrótce młodsi Tadeusz i Zosia. Tu nadmienię, że najmłodsza z Brzęckich, Zosieńka okazywała w tej wojnie mistrzostwo. Raz nawet zadzwoniła na policję z donosem na Tadeusza o włamanie do kiosku w Lipkach. Gustaw był serdeczny i kochający do rodzeństwa. Każde z nich traktował jak to najukochańsze i najważniejsze. Dlatego też nigdy nie dał się wciągnąć w kłótnie pomiędzy siostrami i braćmi.
Szymon pokiwał głową. Również miał swoje podejrzenia, ale nie miał zamiaru się z nich spowiadać przed nikim.
Pomysł przygotowania zasadzki na Rypanego Drania chwilowo poszedł w zapomnienie. Na chwilę obecną należało odnaleźć panią Jadzię.

***


Dla Adriana Korby, Marysia była po prostu koleżanką z klasy. Gdyby ktoś zapytał, co o niej sądzi, zastanawiałby się długo. Kubińska kojarzyła mu się z nieprzeciętnym uporem. Tak, to właściwe określenie, bo jak inaczej nazwać jej desperackie próby odróżnienia się od siostry bliźniaczki, które miały miejsce jeszcze na długo przed kapturniczą aferą? Po śmierci Zuzanny upór wyparował, a brzydkie kaczątko przemieniło się w pięknego łabędzia. I tyle.
Marysia dzieliła podobne uczucia względem Adriana. Chłopak Natalii, sportowiec, miły, ale nie w jej typie. Z bólem przyznać musiała, że od zawsze podobał jej się Paweł Ostrowski. Do cholery! Dowiedziawszy się o jego związku z Zuzą od podobał jej się natychmiast.
Tamtego dnia Adrian i Marysia pomagali w kuchni. Marek zostawił im wolną rękę w kwestii obiadu wybywając gdzieś prędko.
Na całe szczęście Kubińska doskonale odnajdowała się w kuchni. Zawdzięczała to swojemu uporowi. Jej siostra nie znosiła kuchni, gotować nie potrafiła, a więc Marysia przyjęła za punkt honoru zawładnąć tajnikami kuchni. Trzeba było jej to oddać. Pomimo wielu zastojów umysłowych do gotowania posiadała talent. Adrian stał z boku i posłusznie wykonywał każde polecenie.
- Połamać, czy zostawić? - spytał, wymachując makaronem.
- Złam na dwa razy – poleciła. - Nie będziemy jeść jak Pieszczoszka i Hultaj.
- E, Zakochany kundel to klasyka. Fajnie byłoby kiedyś zjeść taką kolację jak oni.
Marysia zamarła, a on mówił dalej:
- Chociaż spanielka źle wybrała. Powinna przyjąć oświadczyny Jocka. Był jej szczerze oddany, a kundel z kolei tylko dobrze się z nią bawił – jego głos brzmiał gorzko, jakby wspominał niedawne zerwanie z Natalią. - Małżeństwo z rozsądku czy nie. Jock ofiarował jej przyjaźń, gdy nie miała nikogo.
Maria milczała. Adrian, sportowiec, był chłopak Natalii, miły, ale nie w jej typie, znał film Disneya. Po chwili dodał, że Zakochany kundel to jego ulubiona animacja. Serce Kubińskiej zabiło szybciej. To był także jej ulubiony film. Jeszcze moment musiała stać w bezruchu kontemplując istnienie równoległych światów, w których Adrian i Natalia byliby parą, ona nie umiała gotować, Pieszczoszka przyjmowała Jocka, a Rypany Drań nie mordowałby ludzi. Musiała wyglądać idiotycznie, bo wreszcie Korba spytał wyraźnie zaniepokojony:
- Dobrze się czujesz?
Marysia opanowała swój niedowład umysłowy i odparła twardo:
- Nie łam. Zjemy długi.
Tego dnia na obiad był rozmemłany makaron, a Adrian i Marysia spoglądali na siebie maślanymi oczami.

***


W normalnych warunkach najnowsza afera wydałaby się nieprzyjemna, ale w skali hotelu Barok, gdzie okryto skrzynię ze szkieletami właścicieli, doszło do jednej próby oraz co najmniej dwóch morderstw, a panią Dobrójską gdzieś wcięło, sprawa wyglądała na taką, która mogłaby rozejść się po kościach. Na drzwiach do biura menadżera ktoś napisał czerwoną farbą:

"WIEM, CO ZROBIŁEŚ TAMTEJ SIMY!"


Henryk pobladł, Stefan pobladł, a blada na co dzień Ola dostała wypieków na policzkach od ścierania bazgrołów.
- A to jak wyjaśnisz? - spytał zaniepokojony Stefan.
Uraś przełknął ciężko ślinę, wezwał wszystkich pracowników i ogłosił:
- Mam tego dość! Którekolwiek z was tak się bawi, przysięgam – złapał powietrze. - Nie podaruję! Gdy menadżer wrzeszczał i odgrażał się wszystkim naokoło, w niewielkim tłumie trwały dyskusje na temat znaczenia napisu.
- Analfabeta – stwierdziła pobłażliwie Marysia. - Napisał "s", zamiast "z". Powinno być "zimy".
- Ktoś się dowiedział... - powiedział ponuro Michał.
- O czym? - zapytał niemal mechanicznie Konrad. Bardziej od informacji pochłaniała go Ola zmywająca napis z drzwi. Wyglądała ślicznie.
- O moim sekrecie.
Słowo sekret podziałało jak zaklęcie i po chwili kolejne osoby zaczęły spoglądać na Michała pożądliwie oczekując wyjawienia tajemnicy.
- W zeszłą zimę zrobiłem coś bardzo złego – głos chłopca łamał się. - Przepraszam.
- Mów, bo pęknę z ciekawości! - wyrwała się podekscytowana Natalia.
- Zeszłej zimy czitowałem w Simsach! - wrzasnął, czując jak ogromny ciężar spada z jego serca.
Nawet Henryk na moment zamilkł. Zapanowała chwilowa konsternacja.
- Nie rozumiecie, to nie jest żaden byk! Specjalnie napisał przez "s", abym wiedział!
- Jezu... - jęknął Leszek. - Już wolałem, jak nie wychylał nosa zza komputera.
- Aleks... - mruknął Konrad szturchając przy tym Adriana. - Dominika ma częściową rację.
- Z czym? - odparł równie konspiracyjnie.
- Aleks wie, że Henryk zagarnął hotel i teraz próbuje go zniszczyć jako Rypany Drań – powiedział z przekonaniem. - Motywem jest zemsta.
Dominika pokręciła głową. Miała chwilowy mętlik w głowie i wolała się nie odzywać, zwłaszcza, że tego dnia na drzwiach pokoju dziewczyn pojawił się drugi napis i jak ustalili później musiał być skierowany do Rychlewskiej, a brzmiał:

"WITAJ W DOMU, HELENO"


Pierwsza napis odkryła Marysia. Zdenerwowana oparła się o Adriana, który niemal odruchowo objął dziewczynę w pasie i szepnął jej coś na ucho. Kubińska wzdrygnęła się, ale reakcję wywołało zaskoczenie, a nie jakakolwiek niechęć, wręcz przeciwnie... W ramionach Korby poczuła się bardzo dobrze. On mógł być jej Jockiem, a ona jego Pieszczoszką. Zauważyła to Natalia.
- Co tu jest grane?! - wrzasnęła w odniesieniu do zaistniałej pomiędzy nimi sytuacji.
- Też chciałbym wiedzieć... - wyszeptał skołowany Leszek.
- O jaką Helenę znowu chodzi?! - pojawiło się kolejne pytanie.
Z wyjaśnieniem pośpieszył Gustaw:
- Żona Karola miała na imię Helena.
- Czyli to wiadomość do łudząco przypominającej ją Dominiki? - wywnioskował ostrożnie Konrad.
- Tylko trochę przypominającej – zaznaczyła sama zainteresowana.
- Co tu jest grane? - powtórzyła nieco spokojniej Natalia.
- Duch Karola.
- Albo Irusia – zaśmiał się Stefan.
Ola spojrzała smętnie na kolejny napis przy czym oznajmiła, że ma resztę płynu do mycia naczyń i albo zmyje te bazgroły, albo będą jedli w brudnych naczyniach.
- Co tu jest grane? - tym razem głos Natalii falował.
- Czy ktoś tu otrzymał monopol na wariactwo, czy wybuchła jakaś epidemia? - zapytał Adrian.
- Nic mi o tym nie wiadomo – westchnął Stefan.
- Co tu jest grane?! - wrzasnęła Natalia. Tym razem jej pytania nikt nie mógł zignorować. - Dlaczego Marysia obłapuje mojego chłopaka?!
- Byłego – upomniała ją Rychlewska.
- Ty! - ryknęła, wskazując palcem Marysię.
Kubińska aż podskoczyła.
- Byłam dla ciebie miła mimo tego, że twoja siostra była wariatką i próbowała nas pozabijać! Wyhodowałam żmiję!
- Odczep się od niej! - do akcji wkroczył Adrian.
W jednej chwili Natalia dostała ataku spazmów. Jej gniewny głos zmienił się w histeryczną paplaninę o jakimś barłogu, Rypanym Draniu i makijażu w stylu Brigitte Bardot.

***


Wszedł do gabinetu bez ceregieli. Nie zapukał, nie odezwał się słowem. Wszedł, opadł ciężko na krzesło i spojrzał na Henryka w taki sposób, że menadżera aż odrzuciło. Normalnie, Marek dostałby ochrzan za wchodzenie jak do obory, ale wytrącony napisem na ścianie nie potrafił poprawnie zareagować
- Słucham – odezwał się nieco zamotany.
Kucharz uśmiechnął się.
- Dobrze ci tu, co?
- Słucham?
- Od ilu lat tak sobie królujesz tutaj? - zapytał, dodając ze wzgardą: - Już nie chce mi się na to patrzeć.
- Chyba coś ci się pomyliło – chłodny głos menadżera zadrżał nieznacznie.
- Mi? Nie – wzgardliwy ton nie ustępował. - Może się przedstawię – zaproponował opierając dłonie na brzuchu. - Nazywam się Witold i jestem najstarszym synem Olgierda Hoffmana.
Henryk otworzył usta, ale nie wydobył z nich żadnego dźwięku. Chciał wstać, ale nogi odmawiały mu posłuszeństwa.
- Opuściłem to miejsce przed laty, ale teraz wróciłem po swoje.
- Ale... Ale przecież... – Henryk próbował pozbierać myśli. - Przecież pracujesz tu od wielu lat i nic wcześniej, a teraz...
- No właśnie! Nie mam zamiaru dłużej poniżać się i pracować przy garach we własnym hotelu! - w Marka-Witolda wstąpiła nowa energia. - Muszę odzyskać mój majątek. Nie będę wdawał się w szczegóły, bo wszyscy znają historię testamentu - westchnął ciężko. - Z zaufanego źródła dowiedziałem się, że spadkobierca ujawni się przed setną rocznicą hotelu, a więc został niecały miesiąc – kontynuował, ale już bez wcześniejszego siły. - Nie można do tego dopuścić i dlatego zwracam się z prośbą o pomoc do ciebie.
- Do mnie? - Uraś nie krył zdziwienia.
- Nie muszę chyba wspominać, że dziecko Daniela wyrzuci cię stąd na zbity pysk, prawda? - na twarzy kucharza pojawił się chytry uśmieszek. - Jeśli pomożesz mi, chętnie oddam ci część majątku.
- To ty jesteś Rypanym Draniem..
Przytaknął.
- To ja zabiłem starą i próbowałem usmażyć w solarium tamtą dziewczynę. Anitą i nauczycielką zajął się mój potomek.
Henryk bardzo szybko zaczął przetwarzać informacje. Doszło do niego, że mówił o Jadwidze Dobrójskiej. Matko, ich jedyna pensjonariuszka została zamordowana. Oczami wyobraźni widział jak cały hotel chyli się ku upadkowi. Po chwili doszło do niego, że Marek nie działa w pojedynkę.
- Potomek? - zapytał zaciekawiony. - Mogę pogratulować? Syn? Córka?
- Nie zdradzę ci, kim jest mój wspólnik – pokręcił głową. - Wiem, jak wtedy wykiwałeś Karola i zaraz po ukryciu trupów doniosłeś na niego.
Uraś poczerwieniał.
- Jeśli przyjedzie tu policja i wyprowadzi mnie w kajdankach, mój wspólnik zarżnie cię.
- Chwileczkę – przerwał mu Henryk. - Skoro masz dzieciaka to dlaczego nie upomni się o spadek?
- Bo przyszedł na świat w maju i dopóki żyje ten cały Aleks nic nie otrzyma, a więc i ja i ty odejdziemy stąd z pustymi rękoma.
Henryk poczuł jak po szyi spływa mu kropla potu.
- Wiesz coś więcej o tym całym Aleksie? - zapytał ostrożnie.
- Podejrzewam, że to jedno z twoich praktykantów. Niby rocznik się nie zgadza, ale mam swoje przypuszczenia – uciął. - Zresztą w metryce można nakłamać.
- A o co chodziło z tymi napisami na drzwiach?!
- Nie miałem z tym nic wspólnego, ale mój wspólnik jest nerwowy i bardzo cię nie lubi - przyznał. - O napisie na drzwiach pokoju dziewczyn nic mi nie wiadomo.
Henryk przyjął do wiadomości wszystkie informacje, a na koniec rozmowy uścisnął rękę pana Hoffmana, oczywiście, nie bez obaw. Obiecał nie zdradzić prawdziwej tożsamości kucharza i pomóc w miarę możliwości w odnalezieniu spadkobiercy. Witold z kolei obiecał sowicie wynagrodzić go za pomoc.

***


Czas rozpocząć nowy Body Counting. Uderza seryjny morderca i dziury we łbie wywierca, czy uciekniesz nim cię trafi? Jak cię jebnie... – Paweł przeczytał tekstu bez znaków przystankowych. Przeczytał kilka kolejnych wersów i już miał wydać opinię na temat twórczości Leszka, gdy do pokoju wszedł autor i od razu osłupiał z przerażenia.
- Piszesz o mnie? - spytał wyraźnie rozweselony Paweł. - Twoje teksty zawsze były skrajnie chujowe, ale ten... - powstrzymał się od śmiechu. - Jak wydasz płytę jakimś cudem to przynajmniej nazwij ją moim imieniem, dobra?
Raper stał w milczeniu.
- W ogóle mógłbyś się przywitać - kontynuował, ale z mniejszym rozweseleniem.
- Cześć – odpowiedziała mu stojąca za nim Dominika.
Leszek dalej próbował opanować zaćmienie umysłu.
- No co tak wybałuszasz gały? - spytał wesoło Ostrowski. - Przywitać się nie umiesz z najlepszym kolegą?
- Dzwonię na policję – oznajmił ze spokojem Matuszewicz.
- Najpierw pogadaj o tym z Adrianem i Kondziem, bo pozwolili mi tu zostać.
Chłopak nic nie odpowiedział, a Paweł przeniósł całą uwagę na Dominikę:
- Nowa koleżanka?
Dziewczyna przedstawiła się grzecznie.
- Tylko zbliż się do niej, a zabiję – Leszek odzyskał stanowczy głos.
- Zrobiłeś się strasznie nerwowy, a ona mi się podoba.
Leszek poprosił Dominikę, aby wróciła do pokoju i najlepiej zamknęła się na klucz. Sam zaś udał się na parter, aby porozmawiać z Adrianem i Konradem. Obiecał, że zachowa spokój, ale chrzanić! Zataili przed nim tak ważną informację. Jak długo Ostrowski mieszkał w hotelu? Przecież był niebezpieczny! Narażali wszystkich! Kretyni!
- Wyjaśnijcie mi, dlaczego w hotelu ukrywa się zbiegły z zakładu psychiatrycznego morderca?!
Konrad jęknął. Adrian spojrzał najpierw na Brzęckiego, a potem na Matuszewicza. Obecność Pawła również wydawała mu się błędem, ale teraz mógł jedynie poprzeć pomysł.
- Jest tu od kilku dni – powiedział najzwyklej w świecie.
Lechu zaniemówił. Nie wiedział, czy bardziej zirytowała go obecność Pawła, czy wspólny sekret chłopaków, w który go nie wtajemniczyli.
- Kurwa, powinniście zawiadomić policję! To morderca!
- Wyluzuj trochę – uciął lekceważąco Adrian. - Dla nas też to było szokiem, ale nie ma tego złego...
- O czym ty gadasz? - przerwał mu. - Mamy jednego zabójcę, a teraz mamy ukrywać drugiego?
- Paweł nam pomoże w szukaniu Rypanego Drania.
- Słyszysz siebie?
- Ten hotel ma swoją renomę, a Rypany Drań ją niszczy – trochę źle się wyraził, nie o to mu chodziło, ale zabrzmiało jak zabrzmiało.
- Mam gdzieś renomę podrzędnego motelu! - ryknął. - Kapturnik zabił pięć osób!
- Przypominam, że jesteś pracownikiem tego podrzędnego motelu.
- Zaczynam się zastanawiać, czy ty przypadkiem nie jesteś Rypanym Draniem – rzucił podejrzliwie Leszek.
- A uważaj sobie - zbył go. - Mam zamiar dokończyć praktyki i przy okazji zapanować nad tym chaosem. Pawła biorę na siebie, a ty ze swojej łaski nie rób za kabla.
To był koniec rozmowy. Lechu mówić o Pawle nie miał zamiaru z jednego powodu. Ostrowski mieszkał tutaj od kilku dni, chcąc, nie chcąc, ale wzywając policję wpędziłby w tarapaty nie tylko Adriana, ale także Konrada i kto wie, czy i tym razem Paweł nie zdałoby się wywinąć?

***


Był późny wieczór, gdy Leszek i Dominika wybrali się na spacer wokół hotelu. Przez moment szli w zupełnej ciszy.
- Kim jest ten chłopak? - przerwała milczenie.
- Kto? Paweł?
Skinęła głową. Leszek spojrzał w niebo.
- Pochodzę z Lipek - zaczął niemrawo. - Jakiś rok temu moje życie było jeszcze normalne, ale potem okazało się, że mój najlepszy kumpel, Paweł, jest seryjnym mordercą. Zabił między innymi dziewczynę, na której bardzo mi zależało - powiedział to tak obojętnie, że mogła zastanawiać się nad prawdziwością jego słów.
- A ty? Jak trafiłaś tutaj?
- Wychowuje mnie wujek – powiedziała. - Byłam mała, gdy moi rodzice zginęli w wypadku.
- Przykro mi.
- Nie pamiętam ich, także żadnej straty nie czuję – rzuciła chłodno. - Tutaj zostałam skierowana przez sąd w ramach prac społecznych.
- Porachunki mafijne? - zażartował.
- Wykradłam ze schroniska dwadzieścia psów, które chcieli uśpić. Pewnie mnie nie rozumiesz, ale chciałam uratować komuś życie.
Delikatnie objął w pasie. Było chłodno, a oni szli przytuleni.
- Obiecaj mi, że będziesz na siebie uważała.
- Mam się nie dać zabić?
- To też – powiedział i szybko dodał: - droga jest ślizga.
Przystanęli, aby się pocałować, a potem jeszcze raz. Droga była rzeczywiście bardzo ślizga.

***


Marek-Witold przygotował kolację w kryjówce Rypanego Drania. Było to jedyne miejsce, w którym on i wspólnik mogli porozmawiać swobodnie. Miał mu wiele do powiedzenia, a wcześniej nie mogli się zgrać w czasie. W końcu do pokoju wszedł jego potomek w pełnym umundurowaniu.
- Zrobiłem kolację - powiedział ponuro kurzach. - Rozbierz się i siadaj.
Rypany Drań odłożył nóż i zaczął powoli ściągać kostium.
- Całe lata nie miałem tego kostiumu na sobie - westchnął, klepiąc się po brzuchu. - Na ciebie chociaż pasuje?
- Tak.
- Dzisiaj próbowałem się w niego wcisnąć i nakryła mnie ta starucha - powiedział ze spokojem.
Rypany Drań gwałtownie obejrzał się na ojca.
- Zaatakowała mnie ciupagą, wyobraź sobie - mówił z rozbawieniem. - Musiałem ją stuknąć.
Informacja o zabiciu Dobrójskiej uspokoiła nieco wspólnika.
- To jeszcze nie wszystko - mówił dalej. - Zdecydowałem się powiedzieć Urasiowi o nas. Nie zdradziłem mu twojej tożsamości, ale powiedziałem, kogo szukamy.
Tym razem Rypany Drań zamarł na chwilę. Czy to znaczyło, że ktoś znał ich plany? Cholera! Cały plan polegał ojca na tym, że nikt nie miał wiedzieć o nich! Henryk mógł ich szantażować albo zdradzić! Stary idiota.
- Po co całe te przebieranki skoro mu powiedziałeś?
- O tobie nic nie wie, ale obiecał nam pomóc w szukaniu Aleksa - powiedział spokojnie siadając do stołu.
Rypany Drań wstrzymywał się ze zdjęciem maski. Odruchowo złapał za nóż zaczął przyglądać się zabrudzonemu ostrzu.
- Myślę, że możemy mu zaufać. Wtedy pomógł mi ukryć zwłoki Daniela i jego żony.
- I zadzwonił na milicję.
Witold zaśmiał się.
- Nawet nie wiesz jaką niespodziankę mi wtedy sprawił! Doniósł na Karola myśląc, że to on był Rypanym Draniem. Zawsze powtarzałem, że maska daje ogromną siłę. Za jej obliczem można ukryć prawdziwe zamiary - wspominał, ale potomek już nie słuchał.
Ojciec cały czas powtarzał o swoim hotelu, a jak na razie nic nie zrobił w celu odzyskania majątku. Spadek był przeznaczony dla wnuka, nie syna! - gotował się w sobie Rypany Drań. - Kto eliminuje potencjalnych spadkobierców? Ja? Czy ojciec? Ja!
W jednej chwili urosła w nim ogromna złość. Złość na tyle potężna, aby rzucić się na Witolda z nożem. Hoffman nie zdążył wykonać uniku.
- No... To został mi już tylko kuzyn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz