sobota, 8 czerwca 2024

Rozdział 10: Duch czy nie duch?

Angelika opisała podejrzanego najdokładniej jak potrafiła. Raczej wysoki, raczej nie niski, chyba szczupły, ale Boże broń, nie chudy, skórzany strój, dużo szwów na mordzie. Policja kręciła się po pensjonacie do rana, po czym zwinęła manatki i tyle ich było widać. Wśród pracowników i gości panowały mieszane nastroje. Większość w milczeniu przyglądała się miejscu zbrodni, pojedyncze osoby wymieniały uwagi na temat pracy śledczych oraz okoliczności zbrodni i jedynie Michał zrezygnował z widowiska ze względu na znikome zainteresowanie krwawą jatką.
- Mówiłem, żebyście nie wzywali ducha mordercy – wycedził przez zęby Konrad.
- Jakiego ducha? - zainteresował się Szymon.
- Żadnego – uciął Adrian. - Kolega ma skłonność do przesady.
- Chodzi mu o legendę Rypanego Drania – do rozmowy włączył się stojący z boku mężczyzna.
Od przyjazdu policji łaził po korytarzu. Z początku Adrian wziął go za jakiegoś detektywa, a od biedy laboranta w szykownym stroju, ale mundurowi opuścili hotel, a on został.
- Ktoś kiedyś sobie ubzdurał, że po pięciokrotnym wymówieniu imienia Rypanego Drania do hotelowego lustra, Karolek wstanie z grobu i zacznie zabijać.
- Słabo mi... - jęknął Konrad, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.
- To jest pan Stefan – Gustaw dokonał prezentacji nieznajomego. - Opiekuje się spa, a ponadto jest kelnerem.
- Nie, słońce – przerwał mu. - Kelnerem byłem krótki czas, gdy ten żyłus szczędził na obsłudze – powiedział z pretensją spoglądając na Henryka. - Moim królestwem jest spa.
- W tym barłogu znajduje się spa? - zaciekawiła się Natalia.
- Najlepsze... Jedyne w mieście – oznajmił ostrożnie.
- Po jaką cholerę wylazłeś z tej swojej pustelni? - spytał zirytowany menedżer.
- Słyszałem, że jakimś cudem znalazłeś pracowników – zaczął niewinnie. - Przydałyby mi się z trzy osoby do sprzątania.
- Zgoda, jutro ci kogoś podeślę, tylko zniknij mi z oczu.
Stefan zrobił grzeczny ukłon, a następnie wycofał się.
- Kto mógł zrobić coś tak potwornego? - spytała Angelika, rękawem bluzki wycierając łzy.
- Będzie rozkmina – westchnął ciężko Leszek. - Z grona podejrzanych usuwam naszą lipiecką brać. Skoro ostatnio nikt z nas nie zabijał, obstawiam, że nadal każdy ma równo pod sufitem.
- Chwila! - oburzył się Gustaw. - Wy ręczycie za siebie, a ja ręczę za swoich kolegów z hotelu.
- Ma rację – przyznała niechętnie Natalia. - Dla mnie głównymi podejrzanymi są Leszek i Maria.
Wszyscy spojrzeli najpierw na nią, a potem na Marysię i Lecha.
- Dlaczego? - spytał zaskoczony Szymon.
- Maria, bo jej siostra była walnięta, a Leszek, bo jego najlepszy przyjaciel był psycholem biegającym z siekierą po mieście - odparła z zadowoleniem. - Niedaleko pada jabłko od jabłoni, ha!
- Durne rozumowanie – skrytykował Adrian. - Zamiast się wzajemnie oskarżać, lepiej wróćmy do zajęć. Hotel funkcjonuje nadal, a praktyk za friko nam nikt nie zaliczy.
Po tych słowach bardziej lub mniej zadowolona gawiedź rozeszła się. Matuszewicz spojrzał na Korbę i wolnym krokiem ruszył za nim po schodach.
- I co? - nie wytrzymał. - Tak po prostu mam uwierzyć, że to cię nie rusza? Pewnie już coś ci chodzi po głowie.
- Chodzi, ale niezbyt blisko – przyznał Adrian. - Nie chcę robić ogromnego spędu i grupowej burzy mózgów. Ostatnio gdybaliśmy o czynach mordercy w jego obecności i patrz jak to się skończyło. Teraz rozmawiamy tylko my dwaj i Konrad, ostatecznie.
- Jakie masz przypuszczenia?
- Angelika powiedziała, że wlazł przez ogród, ale brama na noc jest zamykana.
- Czyli musiał wejść wcześniej i przyczaić się w krzakach albo ktoś go wpuścił.
- Klucza z recepcji pilnowałem jak oka w głowie – przyznał Adrian. - Jeśli to ktoś obcy to mógł dostać się jedynie z pomocą Henryka lub Gustawa. Tak czy inaczej któraś z osób obecnych w Baroku jest zamieszana w morderstwo.

***


Nazajutrz Natalia, Marysia i Adrian trafili do piwnicznego spa. Jak się okazało, słowo "spa" było nadużyciem jak określanie Hotelu Barok mianem przyjaznego. Czy w przyjaznym miejscu giną ludzie? Nie! Czy spa powinno wyglądać jak zakład fryzjerski sprzed ćwierćwiecza? Nie! Niestety, rzeczywistość nie pozostawiała złudzeń. Królestwo Stefana cechowała tandeta. Drzwi i ściany oklejone fotografiami modelek, półki uginały się od kosmetyków, lustra wesoło błyszczały, zaś z radia płynęło Bohenian Rapsody. Pomieszczenie główne łączyło się z zapleczem przerobionym na solarium. I było to jedyne miejsce wyrastające poziomem ponad resztę. Stefan dbał o łóżko z ogromną czułością i chociaż te rzadko mogło mu się odwdzięczyć za troskę, obowiązki spełniało.
- Nareszcie jesteście! - zawołał na przywitanie. - Roboty nie ma, ale przynajmniej mnie zabawicie towarzystwem.
Nastolatki mogły ze spokojem rozejrzeć się po pomieszczeniu. Marysia, która jakiś czas temu odkryła miłość do fotografii, od razu dopadła do zdjęcia na biurku. Na pierwszym planie znajdowała się czwórka chłopaków ubrana w hotelowe uniformy. Fotografia mogła mieć około dwudziestu lat. Mimo upływu czasu drzwi pensjonatu pozostawały bez zmian. Już wtedy były ciężkie, surowe i wrogie.
- To ty?
- Tak – odparł, odstawiając zdjęcie na miejsce. - Moje praktyki. Prawie ćwierć wieku minęło, a ja nadal gniję w tym przybytku.
- A ten obok?
- Henio, znaczy... nasz nadęty menedżer.
- Ale brzydal – ucieszyła się Kubińska.
- A ci dwaj? - dopytał zaciekawiony Adrian.
- Praktykanci.
- A wiesz, że tego kojarzę? - Marysi coś zaczęło świtać w głowie.
- Ja nie kojarzę – odparł nieżyczliwie Stefan.
- Znałeś Karola? - spytał od niechcenia Korba.
Mężczyzna wzruszył ramionami. Miał ogromną ochotę poplotkować o właścicielach pensjonatu, a jedyna osoba, która chętnie mieliła ozorem została zamordowana wczorajszej nocy. Ze względu na świerzbiący język postanowił podjąć temat, ale z wyraźnym zastrzeżeniem, że wszystko zostaje pomiędzy nimi.
- Znałem i Karola i Daniela. Kiedy rozpoczynaliśmy tu na praktyki to oni rządzili hotelem.
- Karol naprawdę miał syna?
- Nie wiem – przyznał strapiony. - Pokojówki, które kiedyś tu pracowały opowiadały mi, że Iruś, tak miał na imię, naprawdę istniał, ale Karol wstydził się swojego potomka.
- Z jakiego powodu?
- Ponoć to był dobry chłopiec, ale cierpiał na chorobę skóry.
- Łuszczyca – syknęła konspiracyjnie Natalia. - To na pewno była łuszczyca.
- Na co rzekomo chorował nikt nie wie – ciągnął dalej: - ale było to na tyle wstydliwe dla Karola, że zamknął Irka w nieczynnej części hotelu.
- Co to za nieczynna część hotelu? - zaciekawił się Adrian.
- Kolejna historyjka, którą można wsadzić pomiędzy bajki – odparł krytycznie. - Według niej istnieje ukryta część budynku do której można przejść jedynie przez korytarze między ścianami.
- Karol musiał być naprawdę złym człowiekiem – przyznała melancholijnie Marysia.
- Z tym synem to plotka – machnął ręką nie-Paweł znaczy... Stefan. - Co wiem o Karolu na pewno to, to, że wpadł w furię, kiedy urodził się dzieciak Daniela, złapał za nóż i... - zrobił pauzę budując atmosferę. - Ciach!
Natalia i Marysia podskoczyły, Adrian zachował spokój.
- Bałem się Karola. Henio wam tego nie powie, ale on też się go obawiał.
- Ile lat temu to było? - pytał wyraźnie zaciekawiony Korba.
- Mniej więcej dwadzieścia. Nie pamiętam roku praktyk – pamiętał, ale żaden świerzbiący język nie był w stanie wyciągnąć z niego tej informacji. Niektóre rzeczy należało przemilczeć.
Na koniec tej rozmowy Stefan poprosił dzieciaki o dyskrecję. Sam nie potrafił utrzymać gęby na kłódkę. Zachęcony udaną pogawędką, opowiedział historię Karola pozostałym praktykantom, oczywiście za każdym razem zaznaczając, że jest to tajemnica, której niewolno powtarzać nikomu. Na koniec dnia wszyscy wiedzieli o wszystkim.

***


Po godzinie dwudziestej drugiej po hotelowej kuchni nikt już nie łaził. Nic dziwnego, że właśnie tam zdecydowali się spotkać i porozmawiać chłopcy. W ich pokoju siedział Michał i wyjść nie miał zamiaru, a jak już uzgodnili wcześniej, nie było sensu wtajemniczać w śledztwo kolejnych osób. Nie przewidzieli jedynie Oli polerującej sztućce.
- Nie daj Boże jutro przyjadą goście i będą zmuszeni do jedzenia niepolerowanymi sztućcami – oznajmiła ze śmiertelną powagą.
Tragedii nie było. Mogli przeczekać albo nawet pomóc w pracy. Czyścili srebra jak maniacy, od czasu do czasu przerywając na prośbę zmartwionej dziewczyny:
- Nie, źle! Stop! Używaj mniej pasty i trochę dokładniej.
Wtedy pojawiła się Dominika Rychlewska. Przyszła po szklankę wody, ale przy okazji zaparzyła herbatę dla wszystkich. Nie było rady. Trzeba było przeczekać obie. Czas na rozmowie o niczym wydłużał się niemiłosiernie. W pewnym momencie wszyscy zaczęli ziewać i zaklinać, że już trzeba iść spać, ale jakoś nikt nie opuszczał pomieszczenia. W końcu Adrian dał za wygraną. Dziewczyny należało wtajemniczyć. Rychlewska westchnęła z ulgą. Od początku czuła, że coś się kroi i bardzo jej zależało na wybadaniu tematu, pokojówka nie była zainteresowana kryminałem, ale polerowanie miała zamiar dokończyć i mimowolnie wzięła udział w dyskusji.
- Przecież to nie jest duch – powtórzył z irytacją Leszek. - Kombinujmy logicznie – dodał: - ktoś postanowił wykorzystać legendę Rypanego Drania i zabić jako duch.
- Akurat po tym jak wezwaliście drania? - spytał życzliwie Konrad.
- To był zbieg okoliczności albo...
- Albo? - zaciekawił się.
- Albo mordercą jest ktoś, kto był z nami w pokoju.
- Nie – pokręciła głową Ola. - Morderca zaatakował wcześniej.
Wszyscy spojrzeli na nią w milczeniu, a ona ze swoim idealnie obojętnym wyrazem twarzy mówiła dalej:
- Kilka lat temu do hotelu przyjechał jakiś krawaciarz.
- Jaki krawaciarz? - zaniepokoiła się Dominika.
- Nie wiem – odparła, kończąc polerowanie. - Jakiś biznesmen, adwokat czy inny w krawacie. Mnie nie pytajcie, bo to się wydarzyło zanim zaczęłam pracę tutaj. W każdym razie nie wierzył w Rypanego Drania i pięć razy wypowiedział jego imię do lustra – głos zabrzmiał złowieszczo na tyle na ile pozwalała jej nijakość.
Zasłuchany Konrad, aż przewrócił kubek z herbatą. Ola rzuciła się ze ścierką przerywając opowieść.
- Mów dalej – pogonił ją Adrian wycierając stół.
- Po kilku dniach Gustaw i Henryk wyłamali zamek do pokoju i odnaleźli trupa krawaciarza.
- Czyli morderca wszedł przez lustro? - podsumował niepewnie Korba. - Jak duch?
Zdania na ten temat były podzielone, a jedynym podejrzanym był duch Karola.

***

Leszek i Dominika podążali długim korytarzem nadal dyskutując o zbrodni i nowych informacjach. Rychlewska wahała się, dając szansę zjawiskom paranormalnym, z kolei Matuszewicz upierał się przy mordercy z krwi i kości.
- To ja ci coś pokażę – zaproponował.
Weszli do wolnego pokoju. Dziewczyna poczuła się nieswojo. Hotel budził w niej nieprzyjemne uczucia od początku, a po morderstwie nasiliły się, przybierając formę strachu. Jedynie ciekawość pchała ją w kierunku próby rozwiązania zagadki.
Leszek rozpoczął wykład:
- Pokój krawaciarza był zamknięty od środka, żeby dostać się musieli wyważyć drzwi, prawda?
- Prawda.
- Przez lustro – rzucił hasło.
Nim zdążyła odpowiedzieć, raper ściągnął szafkę z lustrem. Tuż za meblem znajdowała się wyrwa, nieco mniejsza od szafki. Pomiędzy ścianami sąsiadujących ze sobą pokoi znajdowała się pusta przestrzeń, która niczym korytarz prowadziła wzdłuż pokoju i znikała, gdzieś za zakrętem. Chłopak podważył lustro ze ściany po drugiej stronie. Teraz otwory w ścianach tworzyły przejście z jednego do drugiego pomieszczenia.
- Chcesz powiedzieć, że do każdego pokoju można przejść odsuwając lustro? - czuła, jak po plecach przechodzi jej zimny dreszcz.
- Tak, przynajmniej w kilku pokojach, które odwiedziłem – ciągnął dalej: - pierwszej nocy słyszałem jakieś odgłosy. Możliwe, że był to nasz morderca poruszający się pomiędzy ścianami.
- Zabójca mógł wejść do każdego pokoju bez kluczy – przytaknęła. - Krawaciarza nie zabił duch.
- Nie! Anita także nie zginęła z ręki ducha – ogłosił tryumfalnie.
Opuścili pokój w mieszanych nastrojach. Ducha można było wsadzić pomiędzy bajki, ale problem istniał nadal. Kto zabił krawaciarza i Anitę? Był to ten sam zbrodniarz czy dwa nie mające ze sobą nic wspólnego morderstwa?
Wyszli na korytarz w złą chwilę. Tuż przed nimi stał Rypany Drań. Dominika jęknęła, Leszek, przytomniejszy na umyśle, złapał dziewczynę za rękę i pociągnął za sobą. Szli bardzo szybkim krokiem, sporadycznie oglądając się za siebie. Rypany Drań podążał kilka metrów za nimi, również pośpiesznie. Zgodnie uznali, że w takiej sytuacji najrozsądniejsza będzie panika. Wrzaski i sprint przez hotelowe korytarze postawił na nogi wszystkich.
Rypany Drań zaniechał pościgu. Korzystając z przejścia pomiędzy ścianami znalazł się w ukrytej części pensjonatu. Tam zdębiał. Przed nim stała jakaś szkarada. Mały, chudy i blady jak ściana brzydal. W jego wyłupiastych oczach nie było strachu, ale zainteresowanie. Kto wszedł do jego domu?
Rypany Drań mruknął ostrzegawczo. Mały brzydal wycofał się. Nigdy nie lubił tego kostiumu. W najczarniejszych koszmarach widywał ojca przebierającego się w upiorny strój.

***

W Baroku gotował od lat siedmiu. Nie był to kucharz światowej sławy. Nigdy o sławę nie zabiegał. Gdyby było inaczej wziąłby udział w jakimś programie kulinarnym, ale po co? Miał swoje lata i wolał stabilizację w postaci posady hotelowego kucharza. Usłyszawszy o praktykantach nawet się ucieszył.
- Dodatkowa para rąk do pomocy zawsze się przyda – wycedził przez żółte zęby. - Tylko nie przysyłaj mi tu żadnego nygusa ani kretyna, co nie wie jak za nóż złapać – polecił Gustawowi.
I tego dnia do kuchni zawitała Angelika. Marek, tak miał na imię kucharz, zrzucił na nią wszelkie obowiązki związane z krojeniem, a sam rozpłaszczył się przy stole jak panisko, nogi położył na pustej skrzynce po warzywach i stamtąd jak z jednostki dowodzenia wydawał polecenia. Co jakiś czas drapał się po siwym łbie, jakby usiłując sobie przypomnieć przepis. W końcu stwierdził:
- Idź do spiżarni po marchewkę, taka uschnięta powinna jeszcze być.
Angelika spojrzała na jedną chudzinkę wysuszoną na wiór. Kiedyś mogła uchodzić za ładną i smaczną marchew, ale teraz była bardzo smutna i w wieku emerytalnym.
- To da się zjeść?
- Skoro będzie na obiad – stwierdził z przekonaniem.
- W ogrodowej szklarni będzie jeszcze trochę marchwi – powiedział. - Przynieś, a ja dokończę zupę.
Tam czekała ją kolejna niespodzianka. Dostępu do drzwi szklarni broniła potężna zaspa śnieżna. Jakiś mądrala odśnieżający parking zdecydował, że najlepszym miejscem na przesunięcie śniegu będzie wejście do szklarni. Klnąc na własny los, dziewczyna zabrała szpadel i zaczęła rozgarnianie ubitego śniegu.
Przed pensjonat wyszli pani Dobrójska i jej opiekun. Na widok chłopaka, Angelika uśmiechnęła się szeroko. Z daleka przypominał nastolatka, ale był znacznie poważniejszy. Miał hipsterską brodę i duże piwne oczy. Z pewnością był już po studiach. Był wysoki i dobrze zbudowany, co troszeczkę kontrastowało z niewysoką i słusznie zbudowaną Angeliką.
- Idziemy na spacer – zawołał w jej kierunku. Może przejdziesz się z nami?
Dziewczyna pomyślała o kucharzu i marchewce. Nie znalazła żadnego ważnego powodu, aby odmówić spaceru. Już po chwili podążali wspólnie drogą wzdłuż lasku.
Szymon Borowiecki bardzo lubił opowiadać o sobie, a Angelika słuchała z przyjemnością. Miał dwadzieścia dziewięć lat, ukończył fizjoterapię jakąś tam, od kilku miesięcy opiekował się starszą panią i co ważne, był singlem.
Dotarli nad skarpę. Do dołu napadało tyle śniegu, że nie było widać zejścia. Jadzia jak dziecko, klapnęła na tyłku i zsunęła się w dół z dzikim wrzaskiem radości.
- Proszę uważać! - zawołał Szymon zbiegawszy za nią.
Staruszka była już na dole, gdy chłopak zaczął nabierać rozpędu. W pewnym momencie zaczął zsuwać się po oblodzonym zboczu. Zahaczywszy nogą o konar drzewa przekoziołkował się i finalnie wylądował na twardej skrzyni przykrytej śniegiem. Jadzia kwiknęła ze szczęścia.
- Nic ci nie jest? - spytała słabo.
Nie usłyszawszy od razu odpowiedzi zaczęła ostrożnie schodzić w dół. Miała o tyle prościej, że mogła podeprzeć się na łopacie, którą zabrała sprzed szklarni.
- Nie, ale znalazłem skarb.
- Co?
- Powiedz, że to skarb – odparł, powstrzymując grymasu bólu. - Załamię się, jeśli skrzynia, o którą nabiłem sobie siniaka nie okaże się być skarbem tylko chałą.
Skrzynia istotnie była. Agelika i Szymon doszli do wniosku, że pudło należy otworzyć komisyjnie. Pani Jadzia była innego zdania. Złapała za szpadel i trzasnęła w wieko. Wtedy rozpętała się kolejna afera. Nie minęła doba od zgłoszenia na policji morderstwa pokojówki, a tu trzeba było zgłosić znalezienie kolejnych trupów. W skrzyni spoczywały sobie kości. Dwa egzemplarze, ściślej mówiąc, elegancko ułożone.

***

Stefan i Henryk siedzieli na ławeczce przed wejściem. Z daleka przyglądali się szwendającej po parkingu policji. Szkielety, co prawda, nie znajdowały się na terenie hotelu, ale odkrycia dokonała pracowniczka oraz goście i to był powód do zmartwień.
- Nie wiedzą czyje to kości, ale już gadają – stwierdził Stefan. - Daj im czas, a odkryją prawdę.
Uraś pocierał zmarznięte ręce i tylko chwilami odwracał wzrok od parkingu.
- Żadna tajemnica – mruknął wzgardliwie. - Zabił ich Karol, a my nie mamy z tym nic wspólnego – mówił wyraźnie zdenerwowany.
Stefan zakaszlał.
- Na twoim miejscu zacząłbym się obawiać – powiedział jadowicie.
- Oficjalnie praktyki zakończyliśmy na tydzień przed zniknięciem Daniela. Policja nie może się do niczego przyczepić!
- Nie mówię o policji, tylko o Rypanym Draniu. Ktoś zabił Anitę i ścigał po korytarzu tamte dzieciaki – powiedział ponuro. - Jeśli Karol rzeczywiście wstał z grobu, to ty jesteś pierwszą osobą, z którą będzie chciał wyrównać rachunki. Możemy udawać, ale obaj dobrze wiemy, że po tym jak pomogliśmy mu pozbyć się ciał, zadzwoniłeś na milicję z donosem na niego.
- Nie ma żadnych duchów – przerwał mu półszeptem w obawie, aby nie przyciągnąć uwagi policji.
- Może i nie ma... - zaśmiał się fałszywie. - Wiesz, że czasem myślę o synu Daniela? Ciekawe na kogo wyrósł?
Henryk milczał. W ducha nie wierzył. Karol był podłym człowiekiem i ani przez moment nie wątpił w to, że powiadomienie władzy jest właściwym ruchem. Gdyby mógł cofnąć czas... Nie! Niczego nie zmieniłby. Rypany Drań zasłużył na śmierć, dziecko Daniela na spokojne życie z dala od hotelu, a on na spuściznę Hoffmanów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz