sobota, 15 czerwca 2024

Rozdział 15: Pytania...

Gustaw czekał, nie okazując najmniejszych oznak poddenerwowania. Do obowiązków oddelegował wszystkich pracowników, a sam usiadł na zapleczu lobby, wpatrując się w korytarz. Tam w głębi było biuro Henryka, do którego kilka godzin temu zaprowadził Zbyszka. Miał zamiar dopaść gościa przy wyjściu i możliwie grzecznie przesłuchać. Zbyszek, Stefan i Henryk odbywali praktyki w czasie lub krótko przed zaginięciem Daniela, Elizy i Aleksa Hoffmanów. Istniała szansa, że ogromny element sekretu tego miejsca znajduje się w rękach dawnych praktykantów. Ani Stefan, ani Henryk wyjawiać go nie zamierzali, a więc ostatnią nadzieją był trzeci z nich.
On tu nie pracuje - pomyślał Brzęcki. - Możliwe, że nie będzie mu tak zależało na zatajeniu informacji. Wysnuł nawet teorię, iż praktykanci niegdyś pomogli Rypanemu Draniowi za namową Henia. Dlaczego? Odpowiedź nasunęła się sama. Henryk Uraś to syn Witolda Hoffmana, a zarazem drugi morderca. Teoria głupia nie była. Najstarszy z synów Olgierda w chwili powstania testamentu był na pewno po trzydziestce. Jeśli już wtedy miał potomka, dajmy na to urodzonego w maju, został wyeliminowany z walki o spadek już w przedbiegach. Co mu pozostało poza pilnowaniem, aby nie pojawił się spadkobierca urodzony bliżej dwudziestego szóstego stycznia? Ze zgrozą spojrzał na kalendarz. Dzielił ich niespełna tydzień od daty.
Blady jak ściana Henryk wyłonił się wreszcie z biura. Szybkim krokiem przeszedł przez lobby unikając wzroku kogokolwiek, spoglądał w podłogę. Brzęcki wyskoczył z zaplecza.
- Panie Henryku! Czy mam przyszykować pokój dla pańskiego gościa? - spytał natarczywie. - Mówił, że zatrzymał się gdzieś w Gdańsku, ale już późno i...
- Zbyszek już wyjechał.
Gustaw zamarł. Kiedy? O własnych siłach, czy już jako trup? I którędy niby wylazł? Oknem? Ach! Sekretne przejścia... Tam ukrył zwłoki.
Że łgał było oczywistym. W pierwszym odruchu konsjerż chciał zakraść się do gabinetu szefa i poszukać śladów zbrodni. Jakieś musiały przecież istnieć: ślady po walce, krew... Cokolwiek. Sytuację utrudnił mu sam Uraś, który zwyczajnie przestał wyłaniać się z biura. Faktycznie, przed stuleciem Hotelu Barok doszło im pracy. Zaproszono burmistrza Bursztynowa, dziennikarza miejscowej gazety, jakichś historyków. Wszyscy oni mieli przybyć na oficjalny bankiet dwudziestego szóstego.
Podejrzane zachowanie Henryka budziło wśród pozostałych mocno mieszane uczucia.
- Mówię wam - zaczął Leszek. - On chce przeczekać w tym swoim bunkrze Rypanego Drania.
- Ta, on tam siedzi, a my zostaniemy w między czasie pozabijani - przyznał posępnie Konrad. - I co tyle czasu zajmuje Burskiemu? Już dawno powinien mieć jakiś sensowny trop.
Adrian nie odpowiadał. Co prawda poprosił o pomoc komendanta, ten przyjechał, ale postępami w dochodzeniu nie dzielił się z nikim.
Rozmowę skwitowali milczeniem. Milczał także Gustaw. I milczał do piątku wieczora. Dzień przed hotelowym jubileuszem postanowił podzielić się obawami z młodszym bratem.

***

Konrad z grubsza podzielał opinie brata. Trzeba sprawdzić Henryka. Jakaś nieuzasadniona intuicja, przeczucie napawające go lękiem czy inny przejaw naiwnej i szalonej wiary nakazywał mu powątpiewać w winę szefa. Nie mógł przestać myśleć o Gustawie. Strój Rypanego Drania jakoś tak mu pasował do brata.
- To co dalej? - zapytał beznadziejnie. - Powiemy Burskiemu?
- Jeszcze nie - wycedził przez zęby. - Henryk to jednak nasz pracodawca i bez twardych dowodów nie mam zamiaru nikomu mówić o moich podejrzeniach. Najpierw znajdźmy ciało albo cokolwiek innego, co może go obciążyć.
Konrad zadał jeszcze jedno pytanie, na które doskonale znał odpowiedź. Jakichkolwiek dowodów należy szukać w ukrytej części hotelu. Do gabinetu Henryka wejść, od tak sobie, nie mogli, a więc pozostało im przedostać się z innego pokoju, najlepiej sąsiadującego z docelowym pomieszczeniem. Ukryte przejście za lustrem faktycznie istniało. Pierwszy raz mieli okazję przechadzać się między ścianami. Szli wąskim korytarzem pnącym się nieznacząco w górę. Najdziwniejsza była topografia miejsca. Długie przejścia niczym drogi w labiryncie prowadziły między pokojami. Niektóre kończyły się ślepymi uliczkami, inne prowadziły do niewielkich pomieszczeń niby wnęk i pokoi.
- Gdyby przekuć się przez te ściany można byłoby zyskać kilka dodatkowych pokoi - zauważył Gustaw.
- Ciekawe, po co komu były te przejścia.
- Przez wojnę - odparł żywo. - Podobno Olgierd panicznie obawiał się wybuchu wojny, powstania czy innej rewolucji. Dlatego nakazał zbudowanie sobie hotelu w hotelu. W razie niebezpieczeństwa on i goście mogli znaleźć tam spokojny azyl.
- Ironia.
Ostatnie wyjście doprowadziło ich na drugie piętro. Wyżej był już tylko strych, ale nie potrafili znaleźć przejścia na poddasze.
- Albo jesteśmy za głupi, żeby trafić, albo strych ma osobny korytarz - doszedł do ponurego wniosku Konrad.
Gustaw pomacał kieszeń. Miał klucz do drzwi. Miał doskonałe wyobrażenie zamkniętego pokoju. Stary, ociekający zgniłym zapachem składzik na wszelakie pamiątki po właścicielach hotelu. Był niemal pewny, że za stertą rupieci kryje się przejście do dawnej kryjówki Karola, a także pokój Irka i kto wie, może to tam ukryto spadek Hoffmanów?
- Nie wchodźmy tam.
- Boisz się? - spytał wesoło.
Nie odpowiedział. Ton głosu Gustawa brzmiał podobnie do Pawła na chwilę przed ujawnieniem się jego wariactwa.
- Ile miałeś lat, gdy rodzice cię adoptowali?
- Jedenaście, a co?
Znalazł odpowiedni klucz, ale nie był mu potrzebny. Drzwi miały rozwalony zamek. Ostrożnie odepchnął drzwi. Z wnętrza strychu wyzionęła ciemność i odór zgnilizny. Obaj zachłysnęli się fetorem.
- Czy coś tu zdechło?
- Pamiętasz biologicznych rodziców? - Konrad kontynuował beznadziejnie.
- Niespecjalnie.
Namolna myśl o trói z zajęć praktyczno technicznych powróciła. Miał do wykonania karmnik, ale finalny twór nie przypadł do gustu nauczycielowi, który wystawił mu na półrocze nieprzyjemną wręcz agresywnie bijącą na tle czwórek i piątek ocenę dostateczną.
- Ptaki są innego zdania, a to liczy się bardziej - pocieszał go wtedy brat.
To niemożliwe, aby Gustaw był Rypanym Draniem - pomyślał.
- Jak było z tym krawaciarzem?
- Z kim?
- Ola mówiła, że kiedyś zginął tu jakiś facet - mówił mechanicznie. - Ponoć ty i Henryk znaleźliście ciało.
- Tak.
W tym samym momencie Gustaw wlazł na Rypanego Drania. Morderca chwycił go za koszule i pociągnął za sobą w ciemność. Konrad wbiegł tuż za nimi. Na słabo oświetlonym strychu trwała krwawa impreza. Zabójca trzymał ofiarę za kark w ten sposób przyciskając ją do ziemi. Drugą ręką zadawał kolejne ciosy nożem między łopatki. Porzucając bezpieczeństwo, logikę i jakiekolwiek poczucie zdrowego rozsądku chłopak skoczył na Rypanego Drania. Przeciwnik runął na ziemię wypuszczając z ręki nóż, a on przekoziołkował się, lądując pod wschodnią ścianą. Podłoga zaskrzypiała przeraźliwie. Odór śmierci nasilił się znacząco. Brzęcki poczuł odruch wymiotny, ale szybko zapanował nad sobą. Podłoga zatrzeszczała złowrogo. Pod ścianą obok znajdowały się kartony oraz łóżeczko. Dalej sztuczna palma przyozdobiona lampkami ledowymi. Kolejne znalezisko zatrwożyło go. Z liści wyglądał łeb wykrzywiony w grymasie przerażenia. Tuż za łbem znajdowała się reszta ciała.
- Michałek! - zawołał.
Obok michałkowego trupa znajdował się kolejny, jakiś obcy facet. Był to Zbyszek, ale o tym Konrad nie mógł wiedzieć.
- Teraz jesteśmy rodziną - rozbrzmiał złowieszczy głos Rypanego Drania.
Brzęcki odwrócił się bardzo powoli. Morderca zbliżał się.
- Co?
- Przypuszczam, że łączy nas jako takie pokrewieństwo - oznajmił, ściągając maskę.
Konrad spoglądał na Szymona z odrazą, ale nie dawał poznać po sobie zaskoczenia.
- Zakładam, że Gustaw był Aleksem - tu zawahał się. - Zresztą, teraz to mało ważne.
- Zabiłeś mojego brata.
- Nie dramatyzuj - rzucił chłodno. - Jeszcze dzisiaj spalę cały ten hotel, także umrą wszyscy.
- I to dla spadku?
- Dokładnie tak. Początkowo chciałem zabić tylko Aleksa, ale ani ja, ani mój ojciec nie mieliśmy pewności, które z was jest tym dzieciakiem. Potem zawsze ktoś się wtrącał i patrz do czego musiało dojść?
Konrad powstał energicznie. W tym samym momencie Szymon rzucił się na niego. Obaj przechylili się do tyłu i opadli na karton wypełniony ubraniami. Morderca zaczął dusić go. Brzęcki czuł zaciskające się na szyi dłonie. Intuicyjnie próbował poszukać czegoś do obrony. Czegoś, czym mógłby przyłożyć przeciwnikowi. Zyskać na czasie i zbiec na parter. Do ręki wpadły mu jedynie ledowe lampki. Podłoga zaskrzypiała ostrzegawczo. Brzęcki oplątał lampki wokół szyi Szymona, a następnie spróbował odepchnąć napastnika nogą. Palma przewróciła się. Dziki łoskot przeszedł po pomieszczeniu. Podłoga zarwała się. Konrad przeleciał przez ścianę zatrzymując się między piętrami. Szymon również spadł. Oplecione wokół jego szyi lampki zadziałały niczym wisielczy sznur. Szamotał się jeszcze przez chwilę, aż wreszcie wydał z siebie ostatni, pusty charkot. I taki był koniec Rypanego Drania.

***

I nastał trzeci, finalny akt dramatycznego pobytu w hotelu Barok. Obolały bohater trafił do salonu, gdzie wysłuchał przejętych komentarzy zgromadzonych, a potem cierpliwie choć bez składnie odpowiadał na pytania. Pojawił się też Burski z grubą teczką i niekrytym zadowoleniem.
- Gustawowi nic nie będzie - oznajmił Henryk. - Rany wbrew pozorom nie są takie poważne.
Zapanowała cisza.
- Przejdźmy do wyjaśnień - zaproponował Andrzej.
Stefan przyniósł z kuchni whiskey.
- Miała być na jutrzejszy... dzisiejszy - poprawił się, spoglądając na zegarek - bankiet, ale podejrzewam, że odwołamy.
Henryk machnął ręką.
Alkohol rozluźnił atmosferę.
- Rypanym Draniem był Witold Hoffman i jego syn Szymon - ogłosił tryumfalnie policjant. - Nosił nazwisko matki, Borowiecki.
- Wiedziałam - skomentowała gorzko Angelika.
Martyna odnotowała jej uwagę, ale zapytać miała zamiar za chwilę.
- Proponuję złożyć historię do kupy wspólnymi siłami - powiedział Burski. - Myślę, że każda z osób tutaj będzie potrafiła dopowiedzieć pewien istotny kawałek. Zacznijmy od testamentu Hoffmana, kto zna jego treść?
- No według plotek miał przekazać majątek wnukowi urodzonemu najbliżej daty założenia hotelu Barok - wyrecytowała informację Dominika. - Nie wiemy tylko, czy jest to prawdą.
- Jest - pokiwał głową Burski. - Dotarłem do kopi testamentu, a przy tym dowiedziałem się kilku innych rzeczy. Tak po prawdzie to można było rozwiązać zagadkę już lata temu, ale ludzie byli nieżyczliwi Hoffmanom i zwyczajnie woleli zapomnieć - mówił jednym ciągiem - Szymon urodził się 14 lipca 1981 roku. W tym samym roku powstał testament z ów zapiskiem.
- Czyli... - Adrian myślał na głos. - Olgierd stworzył ten testament, aby wydziedziczyć Witolda?
Burski przytaknął.
- Szymon był dzieckiem nieślubnym, a senior rodu miał twarde przekonania na temat rodziny. Wiedząc, że Witold nie uzna Szymona stworzył zapis w testamencie eliminujący najstarszego syna.
- Wystarczyło, że pierworodny Karola lub Daniela urodziłby się bliżej daty założenia hotelu - kontynuował Adrian.
- I tak też się stało - mówił dalej. - Witoldowi pozostało jedynie opuścić hotel z nadzieją, że bratankowie nie spełnią wymogów testamentu.
- Cały czas ten miał hotel na oku - wyszeptała konspiracyjnie Dominika.
- Teraz dochodzimy do roku 1985 i waszych praktyk - Burski spojrzał na Henryka i Stefana.
- Kim są praktykanci ze zdjęcia? - spytał zachłannie Leszek.
- Ja, Henryk, Zbyszek Galewski i Grzesiu Wierzcha.
- Wierzcha! Wiedziałam! - zawołała tryumfalnie Marysia. - Mówiłam, że kojarzę skądś tego faceta.
Pozostali zaczęli żywo dyskutować. Jedynie Ola i Dominika spoglądały na siebie pytająco.
- Kim jest ten cały Grzesiu Wierzcha? - zapytała urażona Dominika.
- U nas w Lipkach jest taki nawiedzony dom - zaczęła Natalia. - Dostał swój przydomek ze względu na to, że kiedyś powiesił się tam niejaki Grzechu Wierzcha.
- Każde z nas kojarzyło faceta ze względu na zeszłoroczne zainteresowanie nawiedzonym domem, ale jakoś nikt nie potrafił właściwie go powiązać - stwierdził z żalem Adrian Korba.
- To co się wydarzyło tamtej nocy w hotelu musiało odcisnąć na nim piętno i doprowadzić go do samobójstwa - Stefan doszedł do smutnego wniosku.
- No właśnie! Co się wydarzyło tamtej nocy!
- Urodził się Aleks - rzekł sucho Henryk. - Karol wściekł się i zabił brata, bratową.
- A ty przekonałeś nas, abyśmy pomogli mu pochować zwłoki - dodał otwarcie Stefan. - Potem zadzwoniłeś na milicję z informacją o dokonanej zbrodni.
- W jednej kwestii pomyliliście się - przerwał mu Konrad. - Mordercą nie był Karol, ale Witold. Tamtej nocy zakradł się do hotelu - kontynuował - założył strój Rypanego Drania i zabił Daniela oraz Elizę.
- A wina spadła na Karola.
- Nonsens! - ożywił się Henryk. - Myślicie, że nie odróżniłbym Karola od Marka, Witolda, czy jak mu tam?!
- A zgadłbyś, kto nosił kostium? - rozjuszył się Stefan. - Była noc, my zmęczeni, a w dodatku byliśmy świadkami zbrodni. Facet w kostiumie Rypanego Drania słowem się nie odezwał.
Henryk zamilknął.
- Na pana miejscu opuściłbym hotel - dodał życzliwie Burski.
- Bo co?
- Bo pomógł pan przed laty mordercy w ukryciu zwłok, a ponadto podejrzewam, że po przeszukaniu pańskiego pokoju znajdziemy zaginiony oryginał testamentu.
- Co za bzdura! Przecież... - uciął, jakby rażony informacjami, które usłyszał. - Dzięki mnie to miejsce mogło dalej prosperować - głos zelżał. - Przepraszam, muszę wyjść - dodał, szybkim krokiem opuszczając salon.
Gdy kroki Henryka ucichły skwitowane trzaskiem drzwi Stefan dokończył:
- Zbyszek zabrał dziecko ze sobą. Tyle wiem.
- Kim jest Aleks? - spytała wprost Martyna.
I tu poszła fala podejrzanych. Obstawiano Gustawa, Konrada, a nawet Dominikę. Kolejne kandydatury spotykały się z mniejszymi lub większymi kontrargumentami.
Ostatecznie wątpliwości rozwiał Konrad.
- Zacznę od mojej niesłusznej oceny z zajęć praktyczno-technicznych. Jako jedyny wiedziałem, że łóżeczko ze strychu jest nieoheblowane.
- No i? - zirytowała się Natalia.
- Nie było skończone - doszedł do sedna. - Litery na łóżeczku nie tworzyły pełnego imienia. Syn Daniela nie miał na imię Aleks, tylko Aleksandra.
Zapanowała konsternacja. Część osób z utkwionym wzorkiem w Konradzie czekała na dalsze wyjaśnienia, pozostali spoglądali na Olę. Dziewczyna nie zdradzała żadnych emocji. Nie była zaskoczona, ale też niespecjalnie przejmowała się odkryciem sekretu.
- To nie był przypadek, że zaprowadziłaś mnie na strych i pokazałaś fotografie i łóżeczko - mówił dalej. - Chciałaś, abym poznał twój sekret.
- To prawda - przełamała milczenie. - Zbyszek zabrał mnie do swojej ciotki i to ona mnie wychowywała. Historię hotelu i rodziny Hoffmanów znałam doskonale. Zbyszek chciał, abym przejęła hotel w stosownym czasie. Nie miałam budzić podejrzeń, a więc przejęłam się tutaj do pracy kilka lat temu. Wiedziałam, że szukacie Aleksa, ale nie mogłam zdradzić wam sekretu ze względu na własne bezpieczeństwo.
- A więc próbowałaś nas doprowadzić do rozwiązania w inny sposób - uzupełnił ogniście Konrad.
Pani Ola podobała mu się coraz bardziej.
- Stefan! - wrzasnęła Natalia. - Nie mogłeś powiedzieć, że Aleks to dziewczynka?!
- Dzieci mnie brzydzą! - odpyskował. - Noworodka zabrał Zbyszek, a ja, Henryk i Grześ nawet się do niego nie zbliżaliśmy!
- Nie rozumiem tylko jednego - Ola ponownie zabrała głos. - Kim był krawaciarz i dlaczego został zamordowany?
Na to pytanie chętnie odpowiedział Andrzej Burski.
- Krawaciarz był kluczem do rozwiązania - powiedział nieco tajemniczo. - Nazywał się Rajmund Najma. Był notariuszem reprezentującym interesy Hoffmanów. Przyjechał do hotelu poinformować pracowników o testamencie, ale nie zdążył.
- Zabił go Witold - dopowiedziała Dominika.
- Notariusz przyjechał z oryginałem testamentu - kontynuował policjant - mam podejrzenia, że po morderstwie dokument zabrał ze sobą Henryk. Od pojawienia się notariusza Henryk, Witold i Szymon siedzieli jak na bombie wyczekując pojawienia się Aleksa. Nie mieli pojęcia, że pani Ola była tam już od dawna.
- Dla pewności Witold zatrudnił się jako hotelowy kucharz - uzupełnił Adrian. Historia zaczęła mu się składać sama. - Na miesiąc przed stuleciem hotelu pojawiliśmy się my, a wraz z nami silne przeczucie, że wśród dzieciaków z Lipek znajduje się spadkobierca.
- Rozumiem! - zawołał Leszek. - Kurde, pamiętacie?! Wysiedliśmy na niewłaściwym peronie! Zadzwoniłem do hotelu z informacją, że przyjedziemy spóźnieni.
- Telefon odebrał akurat Marek... Witek - poprawił Stefan. - Jedyne co wiedział o bratanku to, to, że zabrany został przez Zbyszka lub Grzesia z Lipek. Gdy usłyszał, że mają przyjechać praktykanci z Lipek wpadł w panikę.
- Miał jednak jako takie pojęcie i nie zakładał z góry, że Aleks to chłopiec - tu historię ponownie przejął Adrian. - Najpierw próbował dopaść Angelike, ale napatoczyła mu się Anita, potem gonił Leszka i Dominikę, a następnie chciał zabić Natalię.
- Co ciekawe... - zaczęła nowy wątek Dominika. - Nawet, gdyby udało mu się wytypować i zabić Aleksa to spadek przeszedłby na Irusia.
- Zgadza się - przytaknął Konrad. - Problem w tym, że mordercy nie mieli pojęcia o spadkobiercy ukrywającym się między hotelowymi ścianami.
- A pani Dobrójska? - przypomniała Marysia.
- Szymon rzeczywiście był opiekunem medycznym - odparł Burski. - a pani Jadzia jego podopieczną z domu spokojnej starości. Jakiś czas temu placówka zgłosiła jej zaginięcie. Szymon zabrał ją ze sobą do hotelu dla alibi. Cały czas powtarzał, że są tutaj z polecenia Dobrójskich. Pomyślcie, kto normalny zostałby w hotelu, w którym popełniane są zbrodnie?
- Szymon powtarzał, że nie chce zostawać w hotelu, ale musi ze względu na starszą panią - przypomniał Konrad. - ani Jadzia zachowywała się dziwnie i czasem uciekała, ale wszyscy założyliśmy, że jest postrzeloną babcią.
- Angelika, wcześniej coś wspomniałaś, o tym, że wiedziałaś, kim jest Rypany Drań - zagaiła Martyna.
- Pomijając jego zmiany nastroju - zaczęła niewesoło. - To wygadał się nieświadomie. Po zabójstwie Jadzi poprosił mnie o pomoc w ukryciu zwłok. Oczywiście, wskażę miejsce, gdzie leży ciało tej kobiety - uspokoiła policjanta. - Powiedział, że zrobimy to w taki sam sposób jak przed laty zrobili to praktykanci z Danielem i Elizą. Na początku nie zrozumiałam, ale potem doszło do mnie, że nie mógł wiedzieć, kto ukrył ciała Hoffmanów w skrzyni. Chyba że...
- Chyba że... powiedział mu o tym Rypany Drań - dokończyła Martyna.
- Mamy hotel, a gdzie reszta tej słynnej fortuny? - spytała zniecierpliwiona Natalia.
- Pewnie rozeszła się przez lata - westchnęła melancholijnie Dominika.
- Myślę, że jest tutaj - oznajmił Leszek.
- W ukrytej części hotelu?
- Nie! To znaczy jest ukryta, ale bardziej na widoku. No w kominkach!
Stefan, Andrzej i Konrad zerwali się na równe nogi.
- Stu letnie kominy, które nie mogą być czyszczone - powiedział raper. - Dlaczego niby nie mogą być czyszczone? Bo tam dziadek Olgierd upchał cały hajs.
Przepchał się do kominka i zajrzał w ciągnącą się ciemność. Trochę sadzy opadło. Widok sadzy zaniepokoił Olę. Dla niej cała fortuna mogła pozostać w kominie. Byle tylko nie nabrudzić na dywanach. Leszek wspiął się w górę. Po chwili zniknął w głębi komina. Czarny pył wypadł rozchodząc się po podłodze. Z głębi rozległ się cichy głos Matuszewicza oraz skrobanie. Po chwili nastąpiło apogeum brudu. Na podłogę wyleciał czarny worek wielkości plecaka, sadza, kolejny worek, czarny jak diabeł Lechu, a za nim dwa następne, większych rozmiarów worki.
- W innych kominkach też się znajdą takie niespodzianki - przyznał Leszek.
- I niby teraz to wymyśliłeś? - spytał krytycznie Adrian.
- Nie, już wcześniej - przyznał. - Po akcji z zadymionym salonem sprawdziłem komin wewnątrz.
- Dlaczego nic nie powiedziałeś? - spytał z wyrzutem Konrad.
- Rypany Drań również szukał majątku. Skarb należy się Aleksandrze Hoffman i to ona powinna być pierwszą, która będzie przy jego otwarciu.
We workach znalazł się akt własności hotelu, pieniądze (te akurat trochę po terminie ważności), biżuteria, złoto, srebro, diamenty, zegarki, stare monet, mosiężne świeczniki, sztućce. Było tego mnóstwo. Wszystko kolorowe i mieniące się barwami. Fortuna istniała i istniała właścicielka. Wszystko wskazywało na to, że mroczne czasy Hotelu Barok zakończyły się wraz z jego setnymi urodzinami. Nastała nowa, pogodniejsza era.
Ola do przeglądania kosztowności głowy nie miała. Z miejsca poleciała po odkurzacz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz