środa, 19 czerwca 2024

Od 25.12 do 06.01

25 grudnia, 2015

Tematem przewodnim na spotkaniu rodziny Wojcieszków, na które zostaliśmy zaproszeni była aura. Do istnienia zjawiska uparcie przekonywała nas teściowa Mariki, a co z kolei próbował zanegować jej syn. Pani Ksenia od razu określiła aurę Ewy jako niebieską.
- Rzeczywiście posiada pani dar – przyznała z powagą. – Większość ludzi zauważa mój kolor niebieski dopiero przy drugim lub trzecim spotkaniu.
- Martwi mnie pańska aura – zwróciła się do mnie. – Jest czarna i wyjątkowo gęsta. Jest pan w wielkim niebezpieczeństwie.
- Mamo! – upomniała ją Marika. – Nie strasz gości.
Z niechęcią spojrzałem na rybę zajmującą główne miejsce na stole. Jeśli moja aura była tak samo czarna jak spalony karp to mogłem zacząć się obawiać.
Po kolacji Wojcieszkowie rozpierzchli się po całym domu. Sam będąc po lampce wina usiadłem wygodnie w fotelu podziwiając choinkę przystrojoną w kolorowe lampki.
- Że też żadna nie ma koloru mojej aury – powiedziałem sam do siebie.
Jak to jest, że na choince nie spotyka się czarnych lampek, a w najgorszym wypadku granatowe? Moje filozoficzne rozmyślania na temat estetyki świątecznych lampek przerwała Marika. Kobieta usiadła na ramieniu fotela bez słowa podając mi gruby album. Otworzyłem na pierwszej stronie.
- To my – powiedziała, wskazując klasową fotografię. – Pamiętasz kogokolwiek ze zdjęcia?
- Siebie i ciebie. Rudy i blondynka.
Marika spoważniała. Przejęła album, przewertowała kilka stron i zamknęła go. Widziałem, jak zbiera się w sobie, aby coś powiedzieć. Nie miałem zamiaru jej tego ułatwiać, bo od początku tej kolacji, telefonicznego ponaglania, spotkania w sklepie – czułem, że ukrywa się za tym jakiś głębszy sens.
- Pogniewasz się, jeśli o coś cię zapytam?
- Nie.
- Chodzi o twoją ciocię – zaczęła ostrożnie. – Nie mieszkasz tutaj i możesz nie mieć pełnego obrazu jej… - zawahała się – nas samych. Wiedziałeś, że dzieciaki z okolicy wołały na nią czarownica?
Nie odpowiedziałem.
- Potem doszło do tych porwań dzieci i niektórzy uważali, że ona stoi za ich zniknięciem – zauważyłem, jak drobne dłonie Mariki ściskają album coraz mocniej. – To było pod koniec twojego pobytu tutaj. Chciałam cię przeprosić, bo to co wtedy opowiadali o twojej rodzinie było okropne. Wiem, że minęło wiele lat, a wszystko poszło w zapomnienie, ale ja źle się z tym czuję.
Luka w mojej pamięci wypełniła się gwałtownie. Przed świętami zaginęło trzech chłopców. Jeden chodził z nami do klasy.
Dłoń Mariki powędrowała z albumu na moje ramię.
- Tomas! – usłyszałem z holu głos Ewy. – Zbierajmy się!

***


Byłam mniej więcej w połowie drogi pomiędzy kompostownikiem, a drewutnią, gdy nad drzwiami domu zapaliło się ciepłe światło. Ostrożnie przeszłam za szopkę stanowiącą doskonały punkt obserwacyjny.
- Kici, kici – rozległo się wołanie gospodyni.
Pani Ksenia z talerzem, na którym leżała przypalona, ale nadal godnie prezentująca się ryba, zeszła po oblodzonych schodach na podwórko.
- Kici, kici, Feluś!
Kot nie odpowiedział.
Postanowiłam przejąć inicjatywę. Wyskoczyłam zza szopy łapiąc kobietę za szyję. Zaskoczona Ksenia nie siłowała się, ale upuściła za to talerz z karpiem i jak Boga kocham, w tamtej chwili zaczęłam wierzyć, że prześladuje mnie jakiś paskudny pech. Poślizgnęłam się na rybie i razem z ofiarą runęłyśmy na ziemię. Gdy szukałam pogrzebacza przypiętego do paska, pani Ksenia zaczęła uciekać po czworakach w stronę domu. Złapałam za ogon zdeptanej ryby i uderzyłam nią w twarz kobiety.
- A…! – wrzasnęła.
Sama o mało nie krzyknęłam. Ości z karpia tkwiły w policzku pani Wojcieszek przeobrażając ją w nie do końca udanego sobowtóra Pinheada. Nie mogłam pozwolić sobie na kolejną wpadkę. Następne ciosy zadałam pogrzebaczem. Po raz pierwszy od dawna odczułam satysfakcję z zabijania.

***


Diaboliczne szepty przypominały mi o świętach spędzonych w Witkowie przeszło dwadzieścia lat temu. Przezwyciężając własną tępotę umysłową doszedłem do kilku wniosków, niekoniecznie powiązanych ze sobą. Primo, trzej chłopcy zaginęli w okolicy świąt, a właściwie przed świętami, dzień, lub dwa przed Wigilią, dokładniej nie potrafiłem określić. Secundo, był to rok 1989, a więc w razie nagłej potrzeby mogłem poszukać dokładniejszych informacji o sprawie w Internecie. Tertio, matka przyjechała po mnie w drugi dzień świąt.
Wpisałem w wyszukiwarkę hasło „Witkowo zaginieni chłopcy”. Pojawił się krótki artykuł. Niestety w żaden sposób nie rozjaśnił sytuacji.
Wyszedłem przed dom zapalić.
- Ty jeszcze nie śpisz? – usłyszałem głos z głębi podwórza.
Po chwili z ciemności wyłoniła się ciotka. Miała na sobie nocny szlafrok, kapcie i czapkę z pomponem. Usiadła na progu obok mnie, poczęstowałem ją papierosem.
- Impreza się udała? - spytała.
- Tak – nie chciałem rozmawiać o wizycie u Wojcieszków. – Co ciocia tam robiła? – zmieniłem temat.
- Wczorajszej nocy słyszałam hałasy – rzuciła od niechcenia. – Pewnie lis próbował dostać się do kurnika. Chciałam sprawdzić, czy dziś wszystko jest w porządku.
- Marika wspomniała mi o porwanych dzieciakach.
- O kim?
- No… jak byłem gówniarzem to ponoć zaginęło trzech chłopców – wyjaśniłem, w moim głosie pojawiło się delikatne rozdrażnienie. – Pamiętasz tę sprawę?
- Lata po zaczęto żartować – pozwoliła sobie na dygresję – świetny temat na anegdotki, iż niegrzecznych chłopców porwał zły Mikołaj albo czarownica.
- Na Biankę wołali czarownica – przypomniałem.
- Wiesz, że jeden z tych chłopców to był młody Bieniek?
- Chwila! Brat Mariki?
Informacja ogłuszyła mnie niczym obuch. Czyżby stąd pojawiło się zainteresowanie Mariki moją rodziną?
Ciotka zgasiła papierosa.
- Należało im się – odparła chłodno. – Głupi, szwędający się po okolicy chłopcy dostali nauczkę. Ich już nikt nie szuka – oznajmiła, wchodząc do domu. – Dobrej nocy.
Zmroziło mnie na moment. Siedziałem jeszcze długo na progu wpatrując się w imiona ciotek i babci wyskrobane na drzwiach.

***


26 grudnia, 2015

O świcie obudził mnie histeryczny telefon od Mariki. W spazmatycznym słowotoku pojawiły się wzmianki o teściowej oraz policji przeplatane z dławiącym płaczem.
W kilka godzin szokująca sprawa nabrała rozgłosu, a ja, Ewa, Marika i jej mąż spędziliśmy wspólnie, kolejne, świąteczne popołudnie. Niestety tym razem na komendzie policji, składając zeznania.
Wczorajszego wieczora, zaraz po naszym wyjściu, pani Ksenia poszła nakarmić kota lub wyrzucić śmieci. Status spalonej ryby nie pozwalał jednoznacznie przesądzić o jej ostatecznym losie, a więc i powód wyjścia kobiety został owiany tajemnicą. Na podwórku została zaatakowana najpierw karpiem. Następnie napastnik zadał jej kilka ciosów tępym narzędziem, prawdopodobnie prętem lub metalową rurką. Kilka dni wcześniej nieznany sprawca zamordował w ten sam sposób właścicielkę wypożyczalni kostiumów.
Wiadomość o dwóch brutalnych zbrodniach popełnionych w niewielkim odstępie czasu wywołała panikę wśród miejscowych. Nagle zniknęły kolorowe ozdoby i przyjemna świąteczna atmosfera. Posępny cień mordercy przykrył święta w Witkowie.
Po przesłuchaniu zaoferowałem swoje usługi szoferskie Wojcieszkom. Najpierw odwiozłem Ewę, a potem Marikę i jej męża.
- Chciałam zamienić z tobą dwa słowa – powiedziała Marika, gdy parkowałem auto pod ich domem.
Pan Wojcieszek nie oponował. Odniosłem wrażenie, że jest mu wszystko jedno, czy żona zostanie w samochodzie ze mną, czy wysiądzie razem z nim. Niczym bezwładna materia powlókł się przez niewielkie podwórko do domu. Wcale mu się nie dziwiłem. Przeżył ogromny wstrząs.
- Nie powiedziałam wszystkiego na przesłuchaniu – wypaliła nagle Marika. – Wczoraj, kiedy już pojechaliście widziałam z okna łazienki królika. To znaczy człowieka w przebraniu królika – sprostowała.
Dotąd utkwiony w przedniej szybie samochodu wzrok przeniosłem na rozmówczynię.
- Sądzisz, że twoją teściową zabił jakiś przebieraniec?
Chciałem parsknąć śmiechem, ale sytuacja była poważna. Ktoś zabił dwie osoby, a to mógł być dopiero początek. Królik widziany przez Marikę istniał lub nie. Nad sensem wolałem nie myśleć w tamtej chwili.
- Wiesz, że byłeś dla mnie kimś wyjątkowym.
To powiedziawszy dotknęła mojej dłoni, a nim jakkolwiek zareagowałem pocałowała mnie. Poczułem zdenerwowanie, a zaraz za nim natychmiastową próbę wyjaśnienia.
- Masz męża, a ja dziewczynę. Poza tym to nie jest dobra chwila na takie wyznania.
- Moje małżeństwo to żart, a ty i Ewa… - zawahała się. – Pozwól mi… Nie… Przepraszam, masz rację, nie powinnam.
Oboje zamilkliśmy.
- Słyszałam kiedyś historyjkę o facecie-króliku, który mieszkał pod mostem – podjęła nowy wątek.
Wypełniło mnie znajome poczucie bezradności.
Wątpiłem w racjonalność swoich kolejnych działań. Nie wierzyłem w cudowny splot wszystkich wątków w logiczną całość. Nie byłem przekonany, że cokolwiek co dręczy moją rodzinę odpuści, jeśli nie rozwiążę sprawy lub nie wyjadę z Witkowa na kolejne dwadzieścia lat.
- Muszę wracać – powiedziałem gwałtownie wypraszając kobietę z auta.

***


Do domu wracałem drogą okrężną z co najmniej dwóch powodów. Primo, usiłowałem znaleźć związek pomiędzy historią o króliku, zaginionymi chłopcami i morderstwami. Secudno, chciałem odwlec powrót. Ze wstydem muszę przyznać, że pocałunek Mariki sprawił mi przyjemność i wcale nie czułem się z tego powodu źle. Podejrzewałem, że Ewa widziała jakimi uczuciami darzy mnie Marika. Prawdopodobnie zauważyła je znacznie wcześniej niż ja, ale mimo tego nic nie mówiła. Beztrosko odwracała wzrok wierząc w prawdziwość naszej miłości, której nie mogła zniszczyć inna kobieta. Marika nie zagrażała niczemu, to ja, przyznając, że podoba mi się ten flirt mogłem wszystko rozpieprzyć. Debil.
Odrzuciłem połączenie od Ewy. Oddzwoniłem natychmiast.
- Gdzie jesteś? – usłyszałem w słuchawce.
- Już wracam – odparłem krótko.
Chciałem wspomnieć o rozmowie z Mariką i tak usprawiedliwić zwłokę, ale ostatecznie wstrzymałem się z usprawiedliwieniem. O koleżance ze szkolnej ławy należało zapomnieć.
Zaparkowałem przed mostem.
W moich mglistych wspomnieniach konstrukcja łączyła ze sobą dwa wzgórza, u stóp których płynęła wartka rzeczka.
Wzgórza były niewielkimi wzgórkami łączącymi stare osiedle z centrum miasteczka, zaś po rzece zostało wyschnięte koryto.
- Czego ja właściwie szukam?
Lata temu ta droga była świetnym skrótem do domu ciotki. Za mostem wystarczyło zejść z szosy i iść około kilometra wzdłuż rzeki. Kiedyś, to tutaj, zaczepili mnie chłopcy ze starszej klasy. Nie pamiętam o co poszło, ale musiało być warte próby przerzucenia mnie przez barierkę. W ostatniej chwili z pomocą przybiegła ciotka Bianka.
- Nie pozwoliłabyś mnie skrzywdzić – powiedziałem do siebie.
Nie potrafiłam dogadać się z Bianką – wspominałem słowa babci. – Dzieliła nas przepaść wiekowa i… ona zawsze mówiła do siebie. Jak mnie denerwowała z tym swoim „tęskniłaś za mną”.
Raz jeszcze ujrzałem przed oczyma siostry kłócące się o solniczkę. Teraz widziałem wyraźnie Biankę stojącą nad półmiskiem sałatki.
- Tęskniłaś? – mówiła sama do siebie intonując głos w taki sposób, aby brzmiał inaczej: - Nie! Wynoś się! Nie będziesz truła jedynego chłopca w naszej rodzinie! Mam go chronić jak dziadzio chciał! Zostaw tę solniczkę!
- Nie ma jej - wyszeptałem.
Emina nigdy nie istniała. Była za to Bianka. I był morderca. W jednej chwili poczułem ogromny niepokój. A co jeśli za zniknięcie tamtych trzech odpowiadała moja ciotka? Uznawszy, że mi zagrażają w jakiś sposób pozbyła się ich raz na zawsze. Podobnie jak Ksenii. Mogła ją pomylić z Mariką i zabić niewłaściwą osobę.
Targany niepokojącymi przeczuciami postanowiłem wracać do domu. Ewa mogła być w wielkim niebezpieczeństwie.

***


Kolorowe lampki błyszczały w oknie, chociaż reszta domu była spowita w mrokach. Wymacałem pstryczek na ścianie, nie chcąc postępować jak pierwszy lepszy idiota z horroru, który wbrew zdrowemu rozsądkowi pcha się do ciemnego pokoju zaraz za psychopatą, włączyłem światło. Ścienna lampa zaiskrzyła, a potem zgasła, jakby wydając z siebie ostatni oddech. Podchodząc do niej zauważyłem stłuczoną żarówkę.
Wypełniony coraz gorszymi przeczuciami podążyłem do salonu. Nic jednak nie przygotowało mnie na widok, który miałem ujrzeć za moment. Pod oknem stała ogromna choinka przyozdobiona w kolorowe bombki, złote łańcuchy i lampki świąteczne, których niemrawy blask dawał jedyne światło. Pod choinką leżał przedmiot wielkości człowieka owinięty w czerwony papier, niechlujnie przewiązany srebrną wstążką.
Zdębiałem na myśl o tym, że ów prezent przypomina człowieka. Ostrożnie podszedłem do pakunku, który rytmicznie unosił się i opadał. On oddychał. Zdarłem papier, aby zobaczyć twarz Ewy.
- Podoba ci się prezent? – spytała ciotka.
Aż podskoczyłem.
- Nic jej nie zrobiłam. Zasnęła po tabletkach uspokajających.
Zza choinki wyłoniła się postać ciotki.
- Masz na imię Bianka – wyszeptałem. – Emina nigdy nie istniała.
- Bzdura. Zawsze istniałam. Przychodziłam ilekroć Bianka zatęskniła za mną.
- Zabiłaś tych chłopców, a teraz te kobiety – mówiłem, rozdzierając prezentowy papier, cały czas spoglądając na ciotkę.
- Nikogo nie zabiłam – odpowiedziała.
Z gracją wyminęła choinkę i mnie, aby zająć miejsce przy stoliku kawowym.
- To prawda. Wiedziałam o śmierci tych gnojków – nie byłem pewny, czy mówi do siebie czy drugiej siebie. – Ha, pomogłam ich pochować w naszej studni, ale tego życzyłby sobie dziadziuś. Gdybyś mógł go poznać… - westchnęła melancholijnie. – Skąd możesz wiedzieć? Mogli go zabić na tym moście, prawda? – rzuciła zapytanie w głąb korytarza.
Wtedy z ciemności wyłonił się królik. Natychmiast zerwałem się na równe nogi.
- O co tu chodzi?! Kim on jest?!
Królik ściągnął głowę ujawniając przede mną swoją prawdziwą tożsamość. Nie było w nim szaleństwa, czy złości, ale zwyczajny smutek, u którego podstawy tliła się nadzieja, że wszystko jeszcze potoczy się właściwymi torami. Mordercą była Marika.
- Mój brat i jego koledzy byli do ciebie tacy okropni i należało z nimi coś zrobić.
- Niby co? Zabić ich?
- To przez nich musiałeś wyjechać!
- Nieprawda – pokręciłem głową. – Mama i tak odebrałaby mnie od ciotki i całe szczęście, bo jak widać już wtedy była nieźle pierdolnięta!
- Uważaj na słowa! – syknęła Bianka.
Nie kontrolowałem złości. Było mi wszystko jedno. Na tamten moment chciałem tylko zabrać z tego piekła Ewę.
- Kilka dni temu twoja ciocia odwiedziła mnie w sklepie – mówiła dalej. – Powiedziała mi o twoim powrocie z… - nie kryła obrzydzenia.
- I po to znowu zamordowałyście niewinnych ludzi?
- Nie wiedziałam, że Marika znowu zacznie zabijać – usprawiedliwiła się ciotka.
- Wybacz – głos kobiety łamał się. – Po prostu byłam zła, że wróciłeś z nią. Naprawdę wierzyłam, że kiedy tutaj przyjedziesz będziemy razem.
Musiałem znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Najlepiej byłoby zadzwonić na policję, ale w obecnej chwili miałem pewność, że kobiety do tego nie dopuszczą. Jedyną racjonalną odpowiedzią z ich strony mógłby być atak, a ja nie miałem ochoty na przepychanki. Pozostała ucieczka, ale nie mogłem zostawić z nimi Ewy. Postanowiłem to rozegrać na spokojnie, a późniejsze, nie do końca racjonalne zdarzenia zwalam na karb chwilowej paniki.
- Dałaś się wykorzystać mojej ciotce – odparłem beznadziejnie. – Użyła cię do zabicia niewinnych dzieci wmawiając, że to przez nich jakiś chłopak wyjechał. Nie potrafię sobie wyobrazić jak paskudnie musiałaś się czuć przez te wszystkie lata.
- Nie... Nie. Nie! Nie! Nie!
- Ledwo pamiętałem twojego brata i ciebie. Myślisz, że miało to dla mnie jakieś znaczenie?
- Ty głupcze! – zawrzała Bianka. – Żadna kobieta nie poświęciłaby dla ciebie tyle co Marika! Powinieneś jej dziękować na kolanach! Jednak wszyscy jesteście tacy sami!
- Zamknijcie się oboje! – wrzasnęła Marika.
Najprawdopodobniej chwilowo nie kontrolując własnego szaleństwa Marika wbiła pogrzebacz w oko Bianki. Ciotka wstała, po czym usiadła już jako trup.
To dało mi czas na reakcję. Rzuciłem się na morderczynię usiłując wyrwać jej z rąk pogrzebacz. Szamotanina trwała zaledwie kilka sekund, po których uczułem piekący ból pod żebrem. Był tak mocny, że zmusił mnie do puszczenia przeciwniczki i gwałtownego wycofania się. Mimo zadanego ciosu zdołałem odebrać, w pewnym sensie, broń Królika. Pogrzebacz wystawał spod mojego żebra.
W tamtej chwili miałem ochotę na wiele rzeczy – zwymiotować, krzyknąć, zemdleć, usunąć pręt sterczący z brzucha, zabrać Ewę do domu, cokolwiek. Ostatecznie nie wykonałem żadnej z tych czynności. Wolnym krokiem ruszyłem w stronę wyjścia cały czas spoglądając na Marikę. Morderczyni szła za mną w milczeniu. Opierając się o ściany zerwałem z nich lampki świąteczne. Zapadła ciemność. Resztę drogi do drzwi pokonałem po omacku.

***


Dorwała mnie za domem. Złapała za pogrzebacz i jednym energicznym ruchem wyszarpnęła narzędzie z mojego ciała. Do oczu napłynęły mi łzy, a krzyk rozpaczy, którego nikt nie miał prawa usłyszeć rozszedł się po okolicy. Marika złapała mnie w pasie mocno przyciskając głowę do mojej piersi.
- Wiesz, że byłeś pierwszym chłopakiem w jakim się zakochałam – przyznała ze smutkiem. – Jasne, co ośmiolatka może wiedzieć o miłości, ale całe lata o tobie myślałam. Niedawno znalazłam twój profil na fejsie. Wyobrażałam sobie jaki jesteś jako dorosły człowiek i wiesz, że wcale się nie pomyliłam? Jesteś łagodny, czuły, dobry. Nigdy nikogo nie kochałam mocniej od ciebie. Dla ciebie zabiłam.
Czułem jak jej uścisk nieco się rozluźnia.
- I zrobiłabym to raz jeszcze.
Nie mogłem jej na to pozwolić. Nie mogłem zaakceptować strasznej zbrodni. Zebrałem w sobie resztę siły i odepchnąłem dziewczynę. Marika straciła równowagę i wpadła do studni.

***




***


6 stycznia, 2016

Z Witkowa do Łodzi oficjalnie wróciliśmy wczoraj. Mój stan zdrowia nie pozwolił mi na wcześniejszą podróż. Cudem wbity w we mnie pręt ominął wszystkie ograny, dzięki czemu mogliśmy mówić o świątecznym cudzie. Potem jeszcze czepiały nas się gliny.
Sprawa wyglądała następująco: moja babka posiadająca osobowość wieloraką pomogła w ukryciu zwłok trójki chłopców, których zabiła siostra jednego z nich. Ponad dwadzieścia lat później dziewczynka zmieniła się w kobietę, a dawna zbrodnia zaczęła o sobie przypominać. Marika zabiła kolejne osoby, chociaż i tutaj było trudno rozszyfrować motyw jej działania. Wspólnie z Ewą uznaliśmy, że dla uniknięcia niepotrzebnego galimatiasu pominiemy wątek miłosny. Bianka, Emina i Marika nie żyły, a Witkowo na powrót stało się bezpieczne.
- Dlaczego wolała ją? – spytała mnie wyraźnie przejęta Ewa.
- Może przypominała Biance kobiety z mojej rodziny? Nieszczęśliwie zakochana, gotowa na największe poświęcenie dla mężczyzny, który okazuje się być niewartym jej łotrem. Tak bardzo wmawiała sobie ten scenariusz, że Marika stała się dla niej jedyną godną wstąpnienia do naszej rodziny kobietą.
Mogłem jedyne zgadywać.
Teraz chciałem spoglądać jedynie w przyszłość. Na walentynki mam zamiar oświadczyć się Ewie. Kupiłem już nawet pierścionek, ale to już historia na inną okazję. I z tego miejsca pozostaje mi życzyć wszystkim zdrowych, wesołych świąt. Najlepiej pozbawionych ludzi ze zbrodniczymi zapędami. No i cześć!

Ps. A tej wariatki co uciekła z psychiatryka to jeszcze nie znaleźli!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz