niedziela, 9 czerwca 2024

Rozdział 11: Nieproszeni goście

Samochód zaparkował za torami, tam pod lasem. O tej porze roku i późnej godzinie, na ogół, przyjemny za dnia, cel spacerów stawał się ponury i szary. Ogołocone z liści gałęzie drzew szeleściły złowrogo, a śnieg oświetlał ciemności. Im jednak było wszystko jedno. Siedzieli w ogrzewanym aucie i szeptali sobie czułe słówka. Po kilku komplementach dziewczyna zachichotała, pozwalając chłopakowi odpiąć jej bluzeczkę. I tu trzeba zaznaczyć! Ona była porządna i z dobrego domu, a to już ich trzecia randka i pierwsza, na której dopuściła jego niezgrabne łapska do swojej bluzeczki. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że są niezgrabne, ale widząc jak zajmuje się jej odzieniem szybko to pojęła. Mimo wszystko nie chciała psuć chwili i pomagać mu. Lecącą w tle piosenkę Love Is Blind Alicii Keys przerwał głos radiowca.
- Ważny komunikat dla mieszkańców Kowalik i okolic – zaczął posępnie, ale z ekscytacją. - Z pobliskiego zakładu dla obłąkanych uciekł niebezpieczny pacjent. Mężczyzna uzbrojony jest w siekierę najprawdopodobniej podąża w stronę Lipek. Podajemy rysopis: szczupły, wysoki, włosy ciemne, cera jasna, lat dziewiętnaście. Każdy, kto zobaczy podejrzanego jest proszony o pilny kontakt z policją.
- Słyszałeś? - spytała w momencie, gdy chłopak uporał się z ostatnim guziczkiem.
- Bzdura jakaś.
- Coś słyszałam na zewnątrz – spłoszona, zaczęła zapinać bluzeczkę.
- Wydaje ci się – uspokoił ją niedbale.
- Nie! Naprawdę! Słyszę skrobanie! Szybko! Odjeżdżaj stąd! - wpadła w panikę.
Jej nerwowość sprawiła, że młodzieniec zgłupiał i niewiele myśląc przekręcił kluczyk w stacyjce. Ruszyli rozpryskując brudny śnieg na około. Po drodze ogłupienie minęło ustępując irytacji. Na stację benzynową dotarli w milczeniu. Dopiero wtedy doszło do nich, co właściwie wydarzyło się za torami, tam pod lasem.
Odjechali z siekierą utkwioną w tylnych drzwiach auta. Paweł Ostrowski jeszcze przez chwilę stał w pustym polu i przyglądał się jak para nastolatków ucieka z jedyną bronią, którą udało mu się skołować po ucieczce z psychiatryka.
- Kurwa... - jęknął. - Ani samochodu, ani siekiery.
Nie najlepiej rozpoczął pobyt na wolności.

***

Z samego rana drzwi wejściowe hotelu trzasnęły z ogromną siłą. Po kilku głośnych krokach ktoś przeszedł w recepcji. Gniewny głos kobiecy rozpoczął dyskusję z Gustawem. Adrian nie rozpoznał go w pierwszej chwili. Zmęczony wczorajszym dniem, na przyjazd policji Henryk nakazał mu odgarnąć śnieg wokół hotelu, zamknął oczy. Tymczasem baba w recepcji domagała się zniżki za pokój, bo hotel był dalej niż przypuszczała. W tej samej chwili Korba zerwał się z łóżka jak rażony piorunem. Leszek i Michaś już nasłuchiwali pod drzwiami.
- Jędrusowa... - jęknęli równocześnie.
Zbiegli w piżamach do chłodnego holu, gdzie Beata dawała właśnie popis swojej furii przed braćmi Brzęckimi.
- Co pani tutaj robi? - spytał ostrożnie Michał.
- Mam urlop! - ryknęła rozjuszona.
- Akurat tutaj? - Adrian nawet nie starał się ukrywać swojej niechęci.
- Tak! Tutaj! - prychnęła nieżyczliwie. - Słyszałam, że już wydarzyło się jakieś przestępstwo i oczywiście wy musicie być w jego centrum! Jak zwykle!
Z części restauracyjnej wyłoiły się Natalia i Dominika i z boku obserwowały scenkę.
- Pokój numer sześć – powiedział Gustaw podając klucz. - Konrad, zabierz bagaże.
- Ta niezguła na pewno zniszczy, a to krokodyle! Sama poniosę!
Młodszy Brzęcki zrobił krok do tyłu.
- Jeszcze nam tego babska brakowało – mruknął Leszek.
- Powinniście mi podziękować! - oznajmiła z urazą, gdyż najwyraźniej usłyszała jego słowa.
- Dlaczego?
- Bo zabieram was stąd! Dzisiaj wypocznę, a jutro wracamy do Lipek!
- Chwila! - przerwała z nadzieją Natalia. - Nie będziemy musieli bębnić tych praktyk?
Nauczycielka uśmiechnęła się złowieszczo.
- Mowy nie ma żebyście tu zostali.
- Ale co z praktykami?
- No nie zaliczycie ich w tym roku... Zapowiada się kibelek z przedmiotów zawodowych, ale czym jest powtarzanie klasy wobec ratowania życia? - błysnęła zębami.
Na myśl o powtarzaniu klasy Konradowi zrobiło się gorąco. Miał wysoką średnią i opinię dobrego ucznia, a nie kiblarza i to w dodatku w klasie maturalnej! Wymarzone studia z filmoznawstwa stanęły pod znakiem zapytania. Blady jak trup usiadł na krześle i w milczeniu spoglądał na nauczycielkę i jej krokodyle. Oczami wyobraźni widział, jak walizki ożywają, rosną im kły i pożerają właścicielkę. Przypomniał mu się film o krokodylu mieszkającym pod hotelem na bagnach. Z nerwów zapomniał tytułu i tu warto zaznaczyć, że tego dnia jeszcze kilkakrotnie się zdenerwuje.

***

Nauczycielka nie rzucała słów na wiatr. Zaraz po zameldowaniu poleciała do gabinetu Urasia, napyskowała i zadowolona z siebie wróciła do pokoju.
Przeszła się po sypialni z odrazą spoglądając na tapetę w kwiaty. Początkowo zakładała kilkudniowy pobyt, ale teraz odczuwała ulgę, że nie spędzi tutaj więcej niż jednej doby. Barok wyglądał żałośnie i bliżej mu było do barłogu niż bogactwa i przepychu. Obsługa, a w tym praktykanci, była nieprofesjonalna, wystrój fatalny, odległość od Trójmiasta zatrważająca, widok z okna nieprzyjemny, potrawy z pewnością okażą się niejadalne, a łazienka... Teraz dopiero do niej dotarło, że musi się odświeżyć po podróży i przy okazji odkryć wady łazienki.
Pierwszą rzeczą, która nie przypadła jej do gustu był rozmiar. Małe, wykafelkowane pomieszczenie, w którym upchano kabinę prysznicową, pralkę, umywalkę i kibel z rolką srajtaśmy.
- Jak na standardy tego miejsca to znośnie – przyznała, wchodząc pod prysznic.
Jej opinia mogła ulec zmianie w momencie, gdy kotarę odsłonił Rypany Drań. Matematyczka krzyknęła, morderca zrobił zamach nożem. Ciach! Beata poślizgnęła się na mydle, o włos unikając spotkania z rzeźnickim ostrzem. Na czworakach wypełzła z kabiny i odrzucając wszelakie racjonalne zachowania postanowiła rzucić się na przestępcę. Zaskoczony morderca wpadł pod prysznic z siedzącą mu na plecach facetką. Nauczycielka przyciskała jego głowę do ziemi, a on próbując się uratować od zachłyśnięcia wodą z brodzika złapał po omacku kotarę. Materiał zerwał się wraz z metalowym uchwytem, który nieszczęśliwie spadł na głowę profesor Jędrus. Otumaniona zrobiła krok do przodu i znowu znalazła się w kabinie. Rypany Drań wykorzystał chwilową przewagę. Złapał leżący w brodziku nóż i wbił ostrze w nogę uciążliwego babska. Gdy kończył ją mordować, ona nadal lała mu prosto w pysk wodą ze słuchawki. Krew oraz woda spływały razem do odpływu jak w filmie Hitchcocka.

***

Późniejsze wydarzenia były niczym powtórka z rozrywki. Po raz kolejny przyjechała policja, spakowała trupa, zebrała zeznania, nic nie ustaliła i pojechała sobie, pozostawiając hotel pogrążony w chaosie i absurdalnym poczuciu déjà vu.
Zaraz po złożeniu zeznań, w których plątały się krokodyle oraz Robert Englund, Konrad Brzęcki wrócił do pokoju. Marzył tylko o tym, aby się przespać. Nie obchodziły go żadne morderstwa, Rypany Drań, menedżer, hotelowe obowiązki i dalsze losy praktyk. Od wszystkiego dostał jednego wielkiego skołowacenia. Po wejściu do pokoju, do ogólnego skołowacenia i złego samopoczucia, dołączyło jeszcze zbaranienie pospolite. I trwało tak chwilę. Stał jak kołek zastanawiając się, gdzie podział się jego własny głos.
- Cześć – usłyszał.
Wymamrotał coś, co brzmiało jak "cześć", ale pewności co do tego nie miał. Nadal wszystko mu się mieszało w głowie.
Paweł wstał z miejsca, wciągnął Brzęckiego do środka i bardzo cicho zamknął za nim drzwi. Dopiero wtedy Konrad odzyskał przytomność umysłu.
- Tu? Ty tu? Co... Co tu robisz? - wydukał z trudem.
- Dowiedziałem się, że macie praktyki i postanowiłem was odwiedzić.
- Ty... Ale ty powinieneś być w... w wariatkowie – otępienie umysłowe dodało mu odwagi, a raczej odebrało rozum, przez co nie krył się specjalnie ze swoimi myślami i mówił, co przynosiła mu ślina na język.
- Ile można? - westchnął. - Nic tylko tam siedzisz, gapisz się w ściany, połykasz Zyprexa, Speridan i tak do znudzenia.
- Może powinieneś wrócić po te leki? - spytał z troską.
- Zostanę tu przez jakiś czas.
Konrad zamarł na moment.
- To nie najlepszy pomysł – przyznał zmieszany. - Mamy już jednego mordercę i właśnie zabił profesor Jędrus... - w ułamku sekundy dotarło do niego, że to właśnie Ostrowski może być Rypanym Draniem i niemal mechanicznie spytał: - Czy to ty mordujesz ludzi w hotelu?
Paweł zaprzeczył. Przyjechał tu chwilę po nauczycielce, wykorzystał zamieszanie spowodowane jej wejściem i niezauważony przekradł się na górę. Fakt, widział mordercę w pełnym umundurowaniu, ale nie miał z nim nic wspólnego.
- Po mojej ucieczce ze szpitala ludzie strasznie się denerwują – przyznał. - Muszę gdzieś przeczekać całą burzę. Dasz mi pokój, a ja w zamian nie pozabijam was – powiedział, po czym dodał - zresztą i tak nie mam czym.
Konrad usiadł. Czuł, że twarz mu pobladła i potrzebuje świeżego powietrza. Pomyślał o otworzeniu okna, a potem o wyjściu przed hotel. Tak, spacer dobrze by mu zrobił. A co jak ktoś w międzyczasie odkryje obecność Ostrowskiego? Pomyślał o tym w złą chwilę. Do pokoju wszedł Adrian.
- Co on tu, kurwa, robi?! - padło najoczywistsze pytanie ze strony Korby.
- Cicho - syknął Brzęcki.
Bez namysłu wciągnął go do pokoju i zakluczył drzwi.
- Dzwonię na policję! - oznajmił, wycofując się.
- Śmiało – odparł prowokująco Paweł. - Zobaczymy, czy zdążysz przed tym jak cię dopadnę, kulasie.
- Milczenie owiec! To jest myśl!
Ostrowski i Korba równocześnie spojrzeli na kolegę.
- Zrobimy jak w Milczeniu owiec – kontynuował - Lecter pomógł Jodie Foster w znalezieniu mordercy. Tylko wariat może wytropić wariata – ciągnął, ale już z mniejszą werwą. - Paweł pomoże nam w odkryciu zagadki Rypanego Drania, a w zamian będziemy ukrywać go w hotelu.
- Nie ma mowy – przerwał mu Adrian. - Zapomniałeś już do czego doprowadził ostatnio?
- Oj tam, co znaczy odrobina morderstwa w gronie dobrych przyjaciół? - spytał poczciwie Paweł. - To jak, w porzo? - wyciągnął rękę do Adriana, który niemal gotował się ze złości.
Paweł kosztował go karierę sportową. Mógł to przełknąć. Z czasem nawet poczuł ulgę, ale irytowała go bezczelność Ostrowskiego. Miał tupet przyjechać i zachowywać się, jak gdyby morderstwa, których dokonał z Zuzą były jedynie wybrykiem, nic nieznaczącym epizodem, zapomnianym żartem.
Adrian pokręcił głową. Czuł, że cała wizyta Pawła w hotelu wyjdzie im wszystkim bokiem, ale niech im będzie. Zawsze istniała szansa, że Rypany Drań zamorduje Kapturnika lub odwrotnie. Jedyne do czego nie chciał dopuścić to, aby ktokolwiek z pozostałych pracowników i gości hotelu dowiedział się o obecności mordercy z Lipek.

***

- Nie musimy tu zostawać – stwierdził Adrian.
- Masz rację.
Korba nie odpowiedział. Henryk nie zaprosił go do siebie na przyjacielską pogawędkę. Wczoraj została zamordowana profesor Jędrus, do hotelu wprosił się Paweł, a teraz Henryk kazał mu stawić się w swoim gabinecie. Był grzeczny, na tyle, na ile pozwalała mu jego nieprzyjemna natura. Adrian był skłonny uwierzyć w życzliwość Urasia, gdyby nie chłodne spojrzenie... Bezlitosne i pogardliwe. Kilka miesięcy wstecz takie samo prezentował Kapturnik w nawiedzonym domu. Teraz mogło należeć do Rypanego Drania. Zachowując wszelaką ostrożność postanowił wybadać zamiary menedżera.
- Wasza nauczycielka nie żyje, a według regulaminu praktyk ja przejmuję jej obowiązki jako wasz pracodawca – mówił cierpko. - Jeśli wyjedziecie, nie zaliczę wam praktyk.
- Że co?
- Słuchaj, nie mam wyboru – powiedział nerwowo. - Potrzebuję pracowników, a nikt z okolicy nie rwie się do pracy w miejscu gdzie mordują.
Nic dziwnego – pomyślał Adrian.
- Czytałem twoje dokumenty – zmienił temat. - W zeszłym roku byłeś gwiazdą sportową szkoły. Co tam trenowałeś? Trójbój? - odpowiedział sam sobie - a potem doznałeś jakiejś kontuzji.
Korba odruchowo zerknął na kolano, ale nic nie powiedział. Kontuzja to niewłaściwie słowo. Wypadek nie oddawał jego bólu. To było umyślne działanie szaleńca, któremu teraz pomagał się ukrywać. Na samą myśl, prawie parsknął śmiechem. Co za idiotyzm doprowadził do takiej sytuacji? Ukrywał własnego oprawcę. Wypełniło go poczucie złości.
- Nie pójdziesz już na AWF i potrzebujesz drugiego planu. I drugim planem mogłoby być to miejsce – spojrzał w okno. - Byłem taki sam w twoim wieku.
- I co z tego? - powiedział przez zęby.
- Mógłbyś mnie kiedyś zastąpić na tym stanowisku. Wierz mi, doceniam ludzi lojalnych – mówił dalej - Chciałbym, abyś przekonał kolegów do pozostania w hotelu.
Już nie spoglądał w okno. Teraz jego chłodne oczy świdrowały na wylot rozmówcę.
- A co ja mogę?
- Mają u ciebie posłuch.
- Przekonywać nikogo nie będę – odparł stanowczo, a po chwili dodał nieco lżej. - Powiem jak sprawy się mają, a oni sami niech decydują.
- I o to mi chodzi! - Henryk przyklasnął z entuzjazmem. - Warto przemęczyć się ten miesiąc i nie powtarzać klasy.
Adrian pierwszy raz pomyślał o sobie jako o menedżerze Baroku. Wcześniej nie wiązał przyszłości z hotelarstwem. Miała być szkoła sportowa, a potem... Być może prowadzenie hotelu było mu pisane? Nie byle jakiego hotelu, ale właśnie tego.
Henryk nie przeciągał rozmowy. Dał Korbie czas na rozmowę z pozostałymi, ustalenie wspólnej lub osobnych decyzji i...
I zobaczymy jak się nasza współpraca ułoży dalej – skończył ciężkim westchnieniem.

***

Ola pochodziła ze wsi nieco większej od Lipek, z której do Bursztynowa przyjechała dwa lata temu. W hotelu akurat szukali pokojówki. Pracę zaczęła niemal natychmiast. Od tamtej pory stała się skarbem pensjonatu. Cechowała ją wyjątkowa pracowitość i wręcz niezdrowe, jak twierdził Stefan, poczucie obowiązku. Jeśli coś miało być zrobione to będzie. Nie ma, że potem – zdawało się mówić jej pozbawione ekspresji oblicze. Swoją gospodarską zaradnością budziła zazdrość u niejednej pani domu. Nie wiedziała, co to furia oraz szczebiotanie. Charakter miała obojętny, a w połączeniu z chłodną urodą stała się obiektem westchnień Konrada. Wpatrywał się w nią w taki idiotyczny sposób, iż szybko stał się niewybrednych kpin pozostałych chłopaków.
- No umów się z nią! Zagadaj - radzili nieco szyderczo, bo każda próba Brzęckiego kończyła się w ten sam sposób.
- Nie mogę. Nie mam czasu – odpowiadała. - Muszę jeszcze pozmywać naczynia i pościelić łóżka.
Oglądając scenki z boku, odnosiło się wrażenie, że oboje rozmawiają w dwóch różnych językach.
- Ziom, ty ją komplementujesz, a ona, że są smugi na szybach – śmiał się do rozpuku Leszek.
- On o dupie, a ona o zupie – śmiał się równie serdecznie Szymon.
- Nie łam się – spoważniał raper. - W horrorze przetrwałbyś dzięki swojej czystości.
- Też mi coś! Wy też przeżyliście zeszłoroczną masakrę – odparł z odrazą. - W życiu bycie prawiczkiem nie przynosi żadnych profitów.
Dzień po znalezieniu zamordowanej nauczycielki, Ola zwróciła się do Konrada z niecodziennym pytaniem:
- Widziałeś kiedyś zwłoki?
Wzruszył ramionami. Nie chwaląc się, miał styczność z kilkoma trupami. Żaden powód do dumy. Trup sztywny, zimny i zwykle kłopotliwy.
- Zastanawia mnie, co dzieje się z człowiekiem po śmierci? - mówiła dalej. - Czy... po prostu umieramy? Nie ma nic więcej.
Nie przerywał jej.
- Szkoda mi Daniela i jego żony. Tyle lat nikt nie miał pojęcia, gdzie są, a oni cały czas leżeli pochowani pod hotelem. To straszne... - na chwilę zapadła cisza - musimy rozwiązać sprawę Rypanego Drania – oznajmiła w końcu. - W hotelu może kryć się mnóstwo sekretów i należy je zbadać. Tym bardziej, że wasze śledztwo jest nieefektywne.
- Masz jakiś pomysł?
- Strych – rzuciła ponuro. - Ponoć tam przeniesiono wszystkie rzeczy po Hoffmanach. Nikt tam nie chodzi, bo jedyny klucz ma Henryk.
- A... - zająknął się.
- Ukradłam go – wyprzedziła pytanie.
Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć. Strych należało zbadać natychmiast. Za starymi drzwiami mogło kryć się wszystko. Testament, zaginiony majątek Hoffmanów, a może nawet tożsamość Rypanego Drania?
Strych nie był zagracony. Ubrania, książki, deski, narzędzia, jak się okazało Daniel hobbistycznie zajmował się stolarką, leżały ułożone pod ścianą. Środek pomieszczenia stał pusty. Ola rozpoczęła przeglądanie kartonów. Konrad zwrócił uwagę na dziecięce łóżeczko. Brudne, bez jednej nogi, kilka szczebli leżało na podłodze. Przesunął dłoń po krawędzi, aż natrafił na wyryte litery.
- Aleks – przeczytał. - Syn Daniela miał na imię Aleks.
W jednej chwili poczuł ogromny szacunek do Hoffmanów. Synowie Olgierda mieli fach w rękach. Karol szył kostiumy, Daniel projektował meble, Witold za pewne też coś potrafił. Rozzłościł się na nestora rodu, który głupim testamentem wywołał lawinę późniejszych zdarzeń.
Tymczasem Ola wygrzebała stary album. Od niechcenia przewertowała kilka stron. Na większości zdjęć pozowali Olgierd, Karol i Daniel, dalsza rodzina, czasami jacyś przyjaciele i pracownicy hotelu.
- Podobna do Dominiki – stwierdził chłopak, spoglądając na zdjęcie małżonki Karola.
Ola przytaknęła po namyśle.
Kobieta z fotografii miała smukłą twarz i duże oczy. Podobieństwo jako takie istniało, ale bez przesady.
O wiele większe emocje wywołała druga fotografia przedstawiająca gromadkę ludzi stojącą przed wejściem do hotelu. Po środku znajdowali się Karol, Daniel z ciężarną żoną, a po bokach czwórka młodych chłopaków.
- Henryk, Stefan... - Konrad zidentyfikował ich niemal natychmiast.
Problemy sprawili mu pozostali dwaj praktykanci. Stojący obok Karola wydawał mu się dziwnie znajomy, czwartego nie kojarzył wcale. Skąd znał chłopaka ze zdjęcia? Co się stało z Aleksem? Fotografie należało zabrać i omówić komisyjnie w obecności pozostałych. Strych opuścili z żalem, bo mimo szczerych chęci nie odkryli tak wiele, ile się tego spodziewali.
Przez wyrwę w ścianie, taką niewidoczną, zasłoniętą stertą książek wlazł mały brzydal. Obejrzał pomieszczenie dokładnie, jakby w obawie, że przez wizytę nieznajomych jego ulubiony pokój mógł ulec jakiejś magicznej zmianie. W końcu otworzył album na zdjęciu rodziców.
- Maaamaaa – jęknął przeciągle.
To co działo się ostatnimi czasy było niewiarygodne w jego rozumieniu. Po długiej nieobecności rodzice powrócili do domu. W głowie nie zaświtała abstrakcyjna myśl o ich śmierci, bo umarli, nie wracają. Tymczasem ojciec znowu spaceruje po korytarzach w stroju Rypanego Drania i krzywdzi ludzi, a mama jest tak piękna jak kiedyś. Za wszelką cenę musiał ją ochronić przed Karolem.

***
 
Kameralnej atmosferze towarzyszył zastój i swego rodzaju znużenie. Restauracyjne stoły czekały z utęsknieniem na gości, na których, przez ostatnie wydarzenia, mogły się nie doczekać nigdy. W rogu sali usadowili się Marysia ze Stefanem i półszeptem dyskutowali o najnowszym morderstwie. Na przeciw siedziała Angelika. Od czasu do czasu odrywała wzrok od menu i gromiła ich wzrokiem. Dopiero widok Szymona rozpromienił jej twarz.
- I co? Nie wyjechaliście?
Zapytanie potraktował jak zaproszenie do stołu.
- Wyobraź sobie, że nie możemy – mruknął niezadowolony. - Tłumaczyłem Dobrójskim, ale oni mają gdzieś, że w pensjonacie, w którym mieszka seniorka ich rodu doszło do dwóch morderstw – złościł się. - Opłacili nam pobyt do końca miesiąca i tyle mamy siedzieć.
- Z rodziną to niekiedy najlepiej się wychodzi na zdjęciu – przyznała.
- Wiem coś o tym – westchnął ponuro. - Mój ojciec był bardzo surowy. Zmusił mnie do studiów na akademii medycznej. Mówił, podziękujesz mi jeszcze, znajdziesz dobrą pracę – wspominał rozgniewany – i znalazłem! Dzięki mojemu wykształceniu mogę usługiwać szalonej babci w hotelu, gdzie grasuje seryjny morderca.
- Nie jesteś zbyt odważny, co nie? - zauważyła krytycznie.
Szymon spojrzał na nią z urazą.
- Bo obawiam się Rypanego Drania? To chyba normalne. Dobrójscy płacą nieźle, ale morderca... - wzdrygnął się - a wy? Nie wyjeżdżacie?
- Nie... Chyba nie... - zawahała się.
Opuszczenie hotelu oznaczało niezaliczenie praktyk, a niezaliczenie wiązało się z powtarzaniem klasy. Jak na złość obie możliwości - pozostanie i wyjazd - generowały ze sobą sporo stresu.
- Chłopcy prowadzą śledztwo - wymamrotała pod nosem. - Mam nadzieję, że pośpieszą się.
- Żeby tylko Rypany Drań nie pośpieszył się z mordowaniem.
Na samą myśl po plecach Angeliki przeszły ciarki. Jak na razie znajdowała wszystkie trupy, a przy tym perfekcyjnie omijała Rypanego Drania. Najpierw Anita, potem wspólnie z Szymonem i panią Jadzią odkryli przeterminowane szkielety, teraz pani Jędrus. Pozostali zaczęli żartować, że wchodząc do ciemnego pomieszczenia, powinna uważać, aby nie potknąć się o kolejnego denata.
- Cieszę się - przyznał nieśmiało – że mogłem cię poznać. Słabo, że w takich okolicznościach, ale...
Rozmowę przerwał krzyk.

***

Trzydziesty stycznia Natalia już dawno oznaczyła w kalendarzyku wykrzyknikami, kolorami, wzorkami, hasłami i czym tylko można było podkreślić jego ogromne znaczenie. Wtedy wypadała studniówka. Wszystko się posrało, ironicznie, wraz z chorobą profesor Kaczmarek i wymaganiami profesor Jędrus. Praktyki kończyły się dzień przed balem. Sukienkę już miała, ale kosmetyczkę i fryzjera należało załatwić przed studniówką. Jakby życie maturzysty przysparzało zbyt mało problemów był jeszcze Rypany Drań, którego przeklinała bardziej niż Kapturnika. Gdy nauczycielka wreszcie po nich przyjechała, ten postanowił ją zamordować. Jasna cholera! Co dalej? Zostają? Wyjeżdżają? Sytuacja była niejasna.
Teraz siedziała w gabinecie spa z Marysią i Stefanem dyskutując o zbliżającej się nieubłaganie studniówce.
- Makijaż jak Brigitte Bardot, ciemne powieki, włosy upnie mi znajoma fryzjerka – mówiła. - Sukienka, ta kremowa w kropki, pokazywałam ci – zwróciła się bezpośrednio do Kubińskiej. - Dobrałam do niej nieziemskie szpilki...
Stefan nawet nie udawał, że nie słucha, Marysia potakiwała, chociaż jako doradca modowy pozostawiała wiele do życzenia.
- Powinnaś się opalić – rzucił wreszcie od niechcenia fryzjer. - Wrócisz z nad morza do tej swojej dziury blada jak ściana.
- Mamy środek zimy – przypomniała Maria.
W przeciwieństwie do Kozłowskiej nie lubiła Stefana i nie pojmowała, dlaczego uczestniczy w ich rozmowach.
- A od czego są lampy? - fuknął na nią rozzłoszczony i nieco delikatniej zwrócił się do Natalii. - Osiem minut i będziesz wyglądała jak Kleopatra.
- Sama nie wiem.
Za to Stefan wiedział. Solarium praktycznie stało nie używane. Jeden raz wślizgnęła się do niego pani Dobrójska i przeleżała tam pół godziny, oczywiście pod wyłączoną lampą i tyle z jego użyteczności. Teraz pojawiła się okazja, aby skorzystać z lamp jak należy i nie miał zamiaru przepuszczać jej. Dziewczyna uległa namowom Stefana widząc w nim autorytet w dziedzinie stylu wyrastający ponad lipczańską nijakość.
- My wychodzimy na obiad, a ty opalaj się swobodnie – powiedział. - Przypilnuje cię Freddy – po tych słowach włączył muzykę. - Jak skończy się piosenka Put Out The Fire możesz wyjść.
Po ich wyjściu muzykę nieco podgłośnił Rypany Drań. Na wypadek, gdyby ktoś miał usłyszeć krzyki dziewczyny. Z pomocą liny przywiązał górną pokrywę z łóżkiem w taki sposób, aby urządzenia nie było można otworzyć od środka. Następnie zwiększył temperaturę lamp i resztę pracy pozostawił ogrzewanej trumnie.
Tymczasem niczego nieświadoma Natalia powoli zaczynała mieć dość opalania. Delikatnie uniosła dłonie i spróbowała odepchnąć górną część maszyny. Ta ani drgnęła. Spróbowała raz jeszcze. Próba zakończyła się niepowodzeniem. W jednej chwili zrobiło jej się bardzo gorąco. Trudno jednak rozsądzić, czy było to spowodowane lampami, czy zdenerwowaniem. Krzyknęła. Odpowiedział jej Freddy Mercury:

She was my lover. It was a shame that she died.

Spanikowana zaczęła wrzeszczeć i uderzać rękoma i nogami w coraz gorętsze ściany. Pomoc przybyła nieoczekiwanie. Wieko pułapki otwarło się, a Natalia instynktownie rzuciła się swojemu wybawcy na szyję. To był Adrian. Tuż za nim stali Stefan, Marysia, Angelika i Szymon.
- To było straszne! - wrzasnęła, nie puszczając chłopaka.
- Zostawiacie kogoś w solarium bez nadzoru? - spytał potępiająco Adrian.
- Wyszliśmy na dosłownie pięć minut – usprawiedliwiał się Stefan.
- I tyle wystarczyło mordercy – stwierdził z niesmakiem Szymon.
- Próbowano mnie zabić! - wyła rozpaczliwie.
Kolejne kilka minut trwało uspokajanie, gdy wybuchła większa pandemonia. Natalia przejrzała się w lustrze. Intensywny efekt opalania nie wyglądał za dobrze. Skóra dziewczyny nabrały różowej, zaś plecy boleśnie czerwonej barwy.
- Jak ja się teraz komukolwiek pokaże na ulicy?! Wyglądam jak świnka Piggi! Mieliśmy być królem i królową studniówki! To tragedia!
Klapała dziobem przez następny kwadrans, a Adrian słuchał czując jak pokłady jego cierpliwości uderzają coraz większe fale gniewu.
- Koniec! - wrzasnął. Czy ty jesteś normalna? Nic ci się nie stało!
Natalia oniemiała na moment.
- Że co? - wymamrotała. - Zobacz jak wyglądam! Zamiast przygotowywać się do studniówki muszę tutaj pracować, a teraz jeszcze to!
- Życie nie kończy się na głupim balu.
- Będąc tutaj może się skończyć przed – zaopiniował Stefan.
- Czy ty w ogóle masz jakieś plany? - spytał zaciekawiony Korba. - Co chcesz robić po maturze? Dociera do mnie, że istniejesz wyłącznie w swoim egoistycznym światku.
- W twoim! – odpyskowała. - Kiedyś byłeś lubiany i wesoły, a teraz...
- Jakbyś nie wiedziała, ludzie zmieniają się! - krzyknął, po czym dodał spokojniej: - Mam roztrzaskaną nogę. Nie wrócę już do sportu i potrzebuję planu be. Jesteś fajną dziewczyną i doceniam, że nie zlałaś mnie jak wszyscy znajomi, ale nie mogę spełnić twoich oczekiwań. Nie potrafię i chyba nie chcę.
Natalia zbaraniała. Wydawało jej się, że w następnych słowach powiedział coś o zerwaniu, różnych charakterach i poszukaniu szczęścia. Wszystko zlewało się w całość, z której nie potrafiła wyodrębnić pojedynczego słowa. Stała tam jak idiotka w ręczniku i próbowała oswoić się z nową rzeczywistością. Adrian zerwał z nią. Rozmowę podsumował Freddy:

Just tell me that old fashioned gun law, is dead. Take aim and fire. Shoot...

***


O północy piątka spiskowców spotkała się w recepcji. Było mnóstwo spraw do obgadania, ale nieudany zamach na Natalię przesunął ich rozmowę w czasie.
- Nic się nie stało – uciął krótko Henryk. - Policja była wzywana już trzy razy i z ich wizyt nic nie wynikło.
Po tym jak wydał zakaz powiadamiania policji, rozpoczął własne śledztwo, maglując każdego mieszkańca hotelu. Zachowywał się, jakby coś podejrzewał. Bacznie obserwował i wypytywał, ale nikogo o nic nie oskarżał. Potem nie było żadnej sposobności – najpierw Ola była zajęta, zaś Konrad, a żadne nie chciało mówić bez drugiego. Ostatecznie zdecydowano potowarzyszyć Leszkowi podczas nocnej zmiany na recepcji. Wtedy hotel zamierał w bezruchu. To był jedyny czas, gdy mogli porozmawiać bez obaw, że usłyszy ich ktoś niepożądany. Najważniejszą sprawą były fotografie znalezione na strychu.
- I co podobna? - spytał podekscytowany Konrad.
Dominika raz jeszcze spojrzała na żonę Karola. Niespecjalnie zauważała fizyczne podobieństwo pomiędzy sobą, a nią. O wiele ciekawsza wydało jej się drugie zdjęcie skwitowane komentarzem Brzęckiego:
- Skądś kojarzę tego typa.
- To samo powiedziała Marysia – przypominał sobie Adrian.
Podobne zdjęcie znajdowało się u Stefana. Ten jednak za żadne skarby nie chciał zdradzić, jak nazywają się pozostali dwaj praktykanci, ani w którym roku wykonano fotografię.
- Może to nasz morderca? - spróbowała nieśmiało Dominika.
Wytężył umysł, ale nie potrafił przypisać osobnikowi nazwiska.
- Skłaniam się do jednej z dwóch możliwości – przerwał im Leszek. - Rypanym Draniem jest wydziedziczony przez ojca Witold.
- To jedyny z braci, który prawdopodobnie żyje – przyznał mu rację Adrian.
- Za stary na mordercę – odrzuciła go Ola. - Dzisiaj miałby pewnie z jakieś siedemdziesiąt lat.
Leszek wzruszył ramionami.
- Czyli zostaje nam Aleks – podał ostrożnie drugi typ. - Dotąd myśleliśmy, że został zamordowany razem z rodzicami, ale nie... - popatrzył na zdjęcie Daniela i jego ciężarnej żony.
Fotografia musiała zostać wykonana na krótko przed jego narodzinami. Było w niej coś nieprzyjemnego. Bracia stali obok siebie i nic nie wskazywało na to, że wkrótce jeden z nich zabije z zimną krwią.
- Chłopak dziedziczy fortunę po dziadku – przypomniała Dominika. - Po co miałby zabijać?
- Zemsta! - rzucił Konrad.
Aleks stracił rodziców, trafił do sierocińca, jakimś sposobem powiązał siebie z masakrą w hotelu i powrócił, aby dokonać krwawego dzieła. Szyty grubymi nićmi motyw miał jakieś podłoże. Kandydatura Aleksa w roli mordercy wydawała się sensowniejsza od Witolda.
- Chciałbym zobaczyć testament Olgierda – przyznał Adrian. - Czy ma jakiekolwiek znaczenie prawne?
- Lepiej, żeby miał skoro przez niego giną ludzie – powiedział ponuro Leszek. - Ech, szkoda, że zaginął.
- Niby nie zaginął – odezwała się Ola. - Ponoć został przekazany zaufanemu notariuszowi.
- I gdzie jest ten notariusz? - zapytał chciwie raper.
- Tego to ja nie wiem.
- To rzeczywiście zaufany – zaopiniował Adrian.
Informacje Oli kończyły się na plotkach przekazywanych przez Anitę. Sama nigdy nie interesowała się historią hotelu. Jej zadaniem była praca, a nie wścibianie się w sprawy Hoffmanów. Wierząc w to nie pytała o nic i teraz zaczynała tego żałować. Może z tą wiedzą dałoby radę uniknąć wszystkich trupów.
- Wolę namacalnego podejrzanego – przerwała rozmyślania Dominika. - Witolda i Daniela juniora – nazwała potomka – nigdy nie widzieliśmy i tak na dobrą sprawę nie mamy pojęcia, czy żyją. Uważam, że Rypanym Draniem jest Henryk Uraś.
Chłopcy przerzucili spojrzenia z Oli na Dominikę. Rychlewska spokojnie kontynuowała:
- Pomyślcie tylko, od śmierci Hoffmanów to właśnie Henryk sprawuje władzę nad hotelem. Jest jakby jego właścicielem. Powrót spadkobiercy oznaczałby dla niego utratę pozycji. To już moje domysły, ale czy zbrodnie nie zaczęły się po naszym przybyciu do hotelu? Co jeśli z jakiegoś powodu uważa, że jedno z was jest zaginionym synem Daniela?
Na reakcję chłopaków nie musiała czekać długo.
- I że niby próbuje nas zabić?
- Dlaczego ktoś miałby sobie ubzdurać podobną rzecz?
- Nie zabił jeszcze żadnego z nas!
- Bo ma cholernego pecha – stwierdziła. - Najpierw chciał zabić Angelikę, ale napatoczyła mu się Anita, potem ścigał mnie i Lecha, próbował zabić Natalię i wykończył waszą nauczycielkę za nim zdążyła was wywieźć z hotelu.
Zamilkli wszyscy.
- Jedno jest pewne, jeśli znajdziemy Aleksa to i morderca się znajdzie.
Nikt z nich nawet nie wspomniał o opuszczeniu hotelu przed czasem. Sprawa niebezpieczna, ale intrygująca zupełnie przysłaniała zdrowy rozsądek.

***

Późnym wieczorem Gustaw przygotował kanapki, a do butelki nalał herbaty. Posiłek zaniósł do siedemnastki. Pokój prawie nigdy nie był wynajmowany. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek Barok mógł liczyć na komplet gości. Odsunął lustro i po drugiej stronie położył posiłek. Dorzucił do tego kilka cukierków, na deser, niech ma. Niezauważenie wyszedł zabierając opróżnioną wcześniejszego dnia butelkę. Mały brzydal zaczął ucztować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz