22 grudnia, 1989
Wszystko, co zdarzyło się potem miało być wynikiem uczuć jakie nią miotały. Była wściekła. Była smutna. Była rozczarowana. Mnie wypełniało jedynie poczucie bezradności.
Moje dłonie kurczowo ściskały metalową poręcz. Spoglądałem w dół i czekałem, aż dadzą mi spokój. Kolejne szturchnięcie sprawiło, że puściłem barierkę. Upadłem. Niczym magiczne zaklęcie nie byłem już dłużej odporny na ich słowa i kolejne kuksańce. Było mi zimno.
- Gówniarze! – zawołała ciotka Bianka.
Oni uciekli, a ja zostałem na mostku spoglądając w dół. Pode mną płynął wartki strumień rzeczki jako jedyny nie dający się okiełznać niskim temperaturom.
- Nic ci nie zrobili?
Bianka pomogła mi wstać. Otrzepała moje kolana ze śniegu i uśmiechnęła się serdecznie.
- Nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić – zapewniła.
Wszystko, co zdarzyło się potem miało być wynikiem uczuć jakie nią miotały. Była wściekła. Była smutna. Była rozczarowana. Mnie wypełniało jedynie poczucie bezradności.
Moje dłonie kurczowo ściskały metalową poręcz. Spoglądałem w dół i czekałem, aż dadzą mi spokój. Kolejne szturchnięcie sprawiło, że puściłem barierkę. Upadłem. Niczym magiczne zaklęcie nie byłem już dłużej odporny na ich słowa i kolejne kuksańce. Było mi zimno.
- Gówniarze! – zawołała ciotka Bianka.
Oni uciekli, a ja zostałem na mostku spoglądając w dół. Pode mną płynął wartki strumień rzeczki jako jedyny nie dający się okiełznać niskim temperaturom.
- Nic ci nie zrobili?
Bianka pomogła mi wstać. Otrzepała moje kolana ze śniegu i uśmiechnęła się serdecznie.
- Nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić – zapewniła.
***
22 grudnia, 2015
Od Eminy, mojej ciotecznej babki, przyszedł list. Była to zapisana gęsto strona formatu A2 wyrwana niechlujnie z zeszytu w kratkę. Gryzmoły nachodziły na siebie, a niekiedy łączyły w jakieś dziwaczne i niezrozumiałe neologizmy, przy których mógł schować się sam Leśmian. List utrzymany był w charakterze przyjemnej, wywnioskowałem to po części rozczytanej, zimowej kartki świątecznej z życzeniami od dawno niewidzianej krewniaczki. Za namową Ewy wykonałem telefon do ciotecznej babki. Emina podziękowała mi za pamięć, pomarudziła nieco i zaprosiła nas na wspólne święta. Obiecałem oddzwonić i potwierdzić naszą obecność na Wigilii.
Sam nie do końca byłem przekonany do przedświątecznej podróży. Z Łodzi do Witkowa było około stu kilometrów i telepanie się tam i z powrotem samochodem wywoływało u mnie nieprzyjemne uczucie mierżenia. Zwłaszcza, że przed sylwestrem mieliśmy zameldować się u rodziców Ewy. Jednak moja narzeczona bardzo chciała poznać cioteczną babcię, u której się wychowywałem.
- Nie wychowywałem się w Witkowie – sprostowałem. – Spędziłem tam ze dwa lata jako szczeniak i nie tyle u Eminy, co u Bianki.
Postanowiłem wytłumaczyć Ewie dziwaczne powiązania w mojej rodzinie. Ciocio-babcie (tak nazwałem siostry babki) były dwie; Emina oraz Bianka. Najmłodsza z trzech sióstr, moja babka, Janka wyjechała z Witkowa za miłością swojego życia. Co trzeba było przyznać kobiety w mojej rodzinie traciły rozum pod wpływem facetów – zwykle idiotów i kretynów – za co potem przeklinały ich głośno i długo. Podobnie było między moimi rodzicami. Książę z bajki w postaci mojego tatusia ulotnił się na krótko przed żyli długo i szczęśliwie. Jakieś późniejsze zgrzyty pomiędzy nimi sprawiły, iż na jakiś czas zostałem oddany pod opiekę Bianki jako przedostatniej żyjącej krewnej od Holomków. Wtedy dopiero uderzyło mnie podobieństwo obu ciotek. Jako głupi dzieciak nie miałem pojęcia, że są one bliźniaczkami.
- Nie potrafiłam dogadać się z nimi – opowiadała mi kiedyś babcia. – Dzieliła nas przepaść wiekowa i… one zawsze rozmawiały między sobą. Zawsze miały jakiś temat. Jakie były denerwujące z tym swoim „tęskniłaś za mną” i jeszcze ten chichot.
Rodzina Holomków nigdy nie należała do najbardziej zżytych ze sobą. Przystałem na wyjazd ze względu na Ewę, bo jeśli planowaliśmy wspólne życie to musiała wiedzieć w jakie wariactwo się pakuje, a lepszego przykładu od babć ciotecznych nie było, a zwłaszcza Eminy. Wiedziałem, że zagwarantuję mojej przyszłej żonie wielkie wrażenia, ale trupy, morderca, zabójstwo za pomocą karpia… tego to nawet ja się nie spodziewałem.
***
Uzasadnionym była chęć napisania skargi na nieprzyjemną babę z wypożyczalni, ale na tamten moment moje myśli krążyły wokół szykującego się wigilijnego fiaska. Dlaczego akurat na Święta Bożego Narodzenia ludzie muszą wypożyczać kostiumy Mikołajów? Oczywiście, krwista czerwień kubraczka doskonale koresponduje z białym śniegiem, a srebrna broda tworzy piękny kontrast do sinego denata, ale mimo wszystko… Czy ludzie nie mogliby z taką zachłannością rzucać się na stroje z okazji dnia świętego Patryka albo kiecki tej głupiej z zespołu Spice Girls? Ostatnim dostępnym kostiumem było przebranie królika wielkanocnego. Puszysty, różowy strój z wielkimi niebieskimi oczami, puchatymi uszami i wyszczerzoną mordką z pewnością był ciepły i idealnie chronił przed chłodem, ale jak się w takim przebraniu pokazać ludziom na ulicy? Żaden szanujący się, slasherowy morderca nie wypełznie na łowy w takim czymś, a na pewno nie w okresie wigilijnym.
Należało schować godność w buty albo zrezygnować z krwawych planów. No, kurwa, jakieś jaja, zapewne wielkanocne. Z niechęcią musiałam przyznać, że kostium leżał idealnie.
- To co ma być? – ponagliła nieprzyjemna baba z wypożyczalni.
Powróciła do mnie chęć napisania skargi na obsługę.
- Tak…
- Strój należy zwrócić…
Baba nie zdążyła dokończyć zdania, gdy zamachnęłam się na nią pogrzebaczem do tej pory skrywanym pod kurtką. Ofiara złapała się za głowę, zrobiła krok do tyłu i zawisła na metalowym wieszaku między kostiumami karnawałowymi. Tym samym stała się pierwszą ofiarą Wigilijnego Króliczka Wielkanocnego, w skrócie WKW. Trzeba było popracować nad lepszą nazwą. Do Wigilii pozostały niecałe dwa dni.
***
23 grudnia, 2015
Ostatni postój zrobiliśmy jakieś pięć kilometrów przed Witkowem, aby zaopatrzyć się w najpotrzebniejsze rzeczy. W moim przypadku był to paracetamol oraz papierosy, a dla Ewy jakaś ładna bombonierka dla cioci-babci oraz butelka wina.
- A co ona właściwie lubi? – spytała.
- Nie wiem – przyznałem się z zabójczą szczerością.
Z jakiegoś powodu nie chciałem rozmawiać o moich ciotkach. Sam nie wiem, dlaczego, ale za zanim zaczniecie szukać jakichś uzasadnień dla morderstwa dokonanego za pomocą wigilijnej potrawy czy mrocznych sekretów mojej rodziny nadmienię, iż nie kryła się za tym jakaś głębsza filozofia. Miałem trzydzieści cztery lata, zaś moje krewniaczki, jeśli dobrze liczyłem, kończyły w tym roku siedemdziesiąt lat. To było inne pokolenie, dalekie i nieznane, które z tajemniczych powodów zachciało kontaktu akurat teraz.
- Wystarczą czekoladki i wino – odparłem po namyśle. – To ja powinienem bardziej się stresować.
- Wiesz… - wzruszyła ramionami. - Możliwe, że spotkasz się z nią… z nimi… już po raz ostatni w życiu i chyba dobrze, gdybyście zapamiętali te święta z jak najlepszej strony.
Byłem ciekawy, jak wygląda sytuacja rodzinna ciotek. Bianka i Emina w mojej pamięci utarły się jako ekscentryczne, stare panny. Mieszkały osobno i chyba dobrze, bo każdorazowa wizyta Eminy wyprowadzała Biankę z równowagi. Miały te swoje dziwaczne rozmowy, z których najlepiej zapamiętałem tą wigilijną:
- Tęskniłaś?
- Nie! Wracaj do domu!
- Mam pozwolić, abyś truła dziecko naszej siostry?
- Zostaw tę solniczkę!
- Kobieto, nieposolone i niepieprzone! Cała twoja kuchnia! – wyzywały się. – Bez wyrazu!
Do dzisiaj miałem niesmak po sałatce Bianki – niedopieprzonej i przesolonej.
Już miałem coś odpowiedzieć, ale mój głos wyprzedził komunikat radiowy:
- Incyd…ent w zakła… psychiatryczny… Kowalikach. Wczoraj w… porannych z oddziału… uciekła... Pacjentka… dzialna… masa… krę sprzed… miesięcy. To już dru… w ciągu ostatnich… lat. Przypominamy, że wcześniej z… w Kow…kach ucie… jako Kapturnik.
Spiker radiowy zamilkł. Z głośnika rozbrzmiała przerwana wcześniej kolęda.
- Szaleńcy są wśród nas – westchnęła melancholijnie kasjerka.
- Napędzanie popularności – odparłem. – Ci wszyscy mordercy są tak samo prawdziwi jak święty Mikołaj.
- Dla mnie to straszne – wtrąciła Ewa podając kasjerce koszyk. – Wyobraźcie sobie, że ludzie nie mogą czuć się bezpiecznie, bo po ulicach biega szaleniec w kostiumie. Kapturnik nie został złapany do dzisiaj.
- Pewnie kiepsko - zgadywałem kąśliwie.
Kasjerka spojrzała na mnie badawczo, a potem na Ewę.
- Głupio mi pytać, ale czy ja cię skądś mogę znać? Jesteś z Witkowa?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Nigdy nie uważałem siebie za osobę z tych stron, a i kasjerka wydawała mi się zupełnie obca. Na szczęście nie dała mi dojść do słowa:
- Nie mieszkałeś czasem u tej starszej pani?
- U Bianki?
- No jasne! – zawołała z nową energią. - Tomas, prawda? Chodziłeś przez jakiś czas do mojej klasy, a potem wyprowadziłeś się.
Przywołałem wszystkie siły umysłowe, aby z pamięci wygrzebać lata mojej podstawówki, a potem i dziewczynę, z którą, o rany, siedziałem w jednej ławce! Marika Bienek, a od kilku lat Wojcieszek.
- Marika! Co za spotkanie! – zawołałem podekscytowany.
- Co was sprowadza do Witkowa?
- Odwiedzimy ciotkę. Zaprosiła nas na święta i jesteśmy.
- A na długo zostajecie? – pociągnęła rozmowę. – Bo jeśli zostajecie na kilka dni to musicie koniecznie wpaść do nas z wizytą świąteczną. Obrażę się, jeśli odmówicie.
Okazało się, że Marika dalej mieszka w Witkowie, ale co ważniejsze pokierowała nas prosto do domu ciotki Eminy, do którego drogę pamiętałem jeszcze gorzej, niż wszelkie znajomości zawarte w szkole podstawowej.
***
Dom ciotki przypominał surrealistyczną, wiejską chatkę porzuconą pomiędzy polami, a szosą ciągnącą w nieokreślonym kierunku. Spadzisty dach przykrywała gruba warstwa śniegu, małe okna zasłaniały białe firanki, a drzwi, do których prowadziły krzywe schodki posiadały niesamowite zdobienia. Na pustym, nieodśnieżonym podwórzu znajdowała się stara studzienka, z którą wiązało się wspomnienie noszenia wody do podlewania ogródka. Ogródek był za rozpadającą się szopą. Poza tym nie było nic.
- Jakbyśmy byli na końcu świata – zauważyła Ewa.
- Jesteśmy u Bianki – mruknąłem. – Czyli one mieszkają razem? – zapytałem sam siebie.
- Nie wiesz?
- U Eminy byłem tylko raz – przyznałem się bez bicia. – Ona mieszkała z drugiej strony, a tu – wskazałem na zdobione drzwi – powinna mieszkać Bianka.
- Mieszkała – w drzwiach stanęła starsza pani. – Nie przywitasz mnie, Tomáš?
Podszedłem do ciotki, a ta chciwie mnie objęła, wyściskała i wycałowała za wszystkie czasy, a potem tak samo przywitała Ewę komplementując jej urodę.
- Przepraszamy, że tak na ostatnią chwilę.
- Najważniejsze, że wróciłeś do domu – odparła z czułością.
***
Wieczorem zasiedliśmy do kolacji w niewielkiej kuchni połączonej z jadalnią, co było nowością. Pamiętałem ścianę dzielącą dwa pomieszczenia i zajadłą dyskusję o solniczce pomiędzy siostrami.
- Bianka zmarła kilka lat temu – tłumaczyła. – Wiesz jak to jest… Zajmujesz się przygotowaniem ceremonii, a wiadomość o pogrzebie posyłasz dwóm, trzem najbliższym w nadziei, że pocztą pantoflową powiadomisz wszystkich krewnych. Kilka lat ta część domu była nieużywana, ale w końcu postanowiłam połączyć swoją i jej część. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.
- Ja? Niby dlaczego?
- To był też dom twojej mamy, ale ani ja, ani Bianka nie miałyśmy dzieci, a więc kiedyś to wszystko przejdzie w twoje ręce.
- I teraz ciocia mieszka sama? – spytałem.
- Tak mi wygodniej – odczułem, że się zdenerwowała.
- Jutro odśnieżę podwórko – powiedziałem mechanicznie.
Nie wiem, czy chciałem zrobić dla tej starowinki coś dobrego, czy po prostu irytował mnie piętrzący się na podwórzu śnieg.
- Przestań! – głos Eminy był bardziej stanowczy. – Przyjechaliście tutaj na święta, a nie do pracy. A tak właściwie to, czym się zajmujesz? – złagodniała. – Mówiłeś przez telefon, ale nie zrozumiałam.
- Prowadzę zakład stolarski i projektuję meble – byłem gotowy rozgadać się o swojej pasji, ale cioteczna babcia najwyraźniej znużona ucięła temat:
- A wiesz… – zwróciła się do Ewy. – Tomáš jest jedynym chłopcem w naszej rodzinie. Mówię to, bo kobiety miały u nas zawsze wyjątkowego pecha do lokowania uczuć w niewłaściwych mężczyznach. Mam nadzieję, że to przekleństwo nie przenosi się na chłopców. Nasz dziadzio marzył o synu. Niestety w naszej rodzinie zawsze rodziły się dziewczynki.
Poczułem się jak podczas spotkania Angeli Baker z jej szaloną ciotką Marthą, ale w tym wypadku mocno zastanawiałem się, które z nas jest bardziej szajbnięte i czy Ewa po tych świętach nie stwierdzi, że moja rodzina to trochę za dużo jak na nią.
Z Ewą mieszkaliśmy razem od dwóch lat. Na kocią łapę, bo na kocią łapę, co niekoniecznie spotykało się z aprobatą jej konserwatywnej rodziny. Ojciec był dyrektorem katolickiej szkoły, w której uczyła Ewa. Informacja o tym, że jego najdroższa córka ma zamiar zamieszkać z jakimś gachem, jak sobie wyobrażałem, musiała wywołać u niego przerażenie. Oczywiście, mogłem sobie to wszystko wmawiać, bo mimo jakiegoś wyczuwalnego dystansu między nami, ojciec Ewy szanował jej wybór. Chciałem, aby i moja babka cioteczna potrafiła przyjąć moją dziewczynę do naszej rodziny. Nie chodziło mi wcale o jakąś obopólną akceptację, bo kochaliśmy się i to było najważniejsze, ale poczucie, że nie odcinamy się od naszych korzeni, a nasi rodzice oraz dziadkowie wspierają nasze decyzje.
Ciotka kontynuowała wywód na temat Holomków.
- W radiu mówili… - oświeciło mnie – z psychiatryka uciekła jakaś morderczyni.
- Słyszałam – powiedziała ponuro Emina. – Na szczęście to wydarzyło się setki kilometrów stąd.
***
24 grudnia, 2015
Było trochę po północy, gdy pijany dziad zataczając się wpadł na ogrodzenie. Niewielki płotek przesunął się pod ciężarem, ale wytrwał na posterunku. Pijaczek odbił, zrobił krok do tyłu, a potem szybkim marszem przewędrował do furtki. Otworzenie bramy sprawiło mu nieco kłopotów, ale ostatecznie wszedł na podwórze. Z wielkim zainteresowaniem przyglądałam się kolejnym ruchom tego człowieka, który zamiast do domu powędrował do niewielkiej studzienki w podwórzu. Zdjął gacie i zaczął sikać mamrocząc coś pod nosem.
Strategicznie postanowiłam odczekać, aż skończy i podciągnie gacie do góry. Jako moja druga ofiara wydawał się zupełnie nieatrakcyjny, ale w tej chwili martwił mnie mój niski kill count.
- Dobra, dasz radę – dodałam sobie otuchy.
Świńskim truchtem przebiegłam przez podwórko. Gdzieś w połowie dystansu zamachnęłam się pogrzebaczem. Gdy nagle dziad odwrócił się i beknął. Na moment otumanił mnie słodki odór wińska i czegoś jeszcze, co wywołało u mnie odruch wymiotny. Powstrzymałam się, ale musiałam zrobić krok do tyłu i wtedy wpadłam w zaspę.
- Kró… lik? – wymamrotał.
Ja tymczasem usiłowałam wstać, ale każda, kolejna próba podciągnięcia się sprawiała, że mój różowy tyłek coraz bardziej grzązł w śniegu. Wstrętny dziad podszedł, aby mi się przyjrzeć.
- Ale mam wychlane – stwierdził, wypuszczając z ust biały dymek chłodnego powietrza.
Tym razem odór był jeszcze silniejszy. Czułam jak nasiąka nim mój kostium. Wpadłam w panikę. Złapałam za króliczy łeb i byłam moment od ściągnięcia, ale wtedy przyszedł mi do głowy desperacki plan ratunku. Podwinęłam nogi pod brodę, a następnie z całej siły wyrzuciłam je do przodu. Śmierdziel oberwał w klatkę piersiową. Straciwszy równowagę poleciał do tyłu i wpadł z głuchym łoskotem do studni. Zapadła cisza.
Jeszcze przez chwilę leżałam, usiłując wychwycić jakikolwiek dźwięk. Wreszcie ze spokojem wydostałam się z zaspy i ostrożnie zajrzałam do studni. Po pijanym dziadzie nie było śladu.
***
Kolacja wigilijna u Eminy upłynęła w spokoju. Zaraz po niej przenieśliśmy do saloniku. Emina i Ewa usiadły w dwóch fotelach obok choinki. Cioteczka rozpoczęła rozmowę wspominkową. Początkowo usiłowałem nadążyć za jej wycieczkami w przeszłość Holomków, ale znużony dałem sobie spokój.
- Nasz dziadziuś, em… to będzie twój pra pra dziadek zawsze chciał mieć syna – powtarzała jak zdarta płyta. – Jak byłyśmy młodsze to z twoją babcią chodziłyśmy na tańce i wtedy poznała tego potwora, twojego dziadka.
- A potem wyjechała za nim do Łodzi – dokończyłem zniecierpliwiony.
Miałem dość wysłuchiwania historii o tym, jak kobiety w naszej rodzinie były przez lata unieszczęśliwiane przez gachów. Najsmutniejszym było to, że w przekonaniu o istnieniu jakiejś klątwy Emina spędzała samotnie kolejne święta. Nie wierzyła w miłość oraz czułość. Dla niej mężczyźni byli źli, wszyscy poza mną.
- Idę zapalić – oznajmiłem.
Lodowate powietrze było przyjemnie rześkie i inne od dusznej atmosfery w domu ciotki. Moja ostatnia krewniaczka wywoływała u mnie nieuzasadnione uczucie niechęci, które wzrastało z każdą kolejną godziną pobytu w Witkowie. Ewa nie widziała w niej nic złego, ot co, starsza pani, ale ja coraz głębiej sięgający pamięcią do przeszłości czułem, że jest coś jeszcze.
Na zdobionych drzwiach dostrzegłem niewielkie rysy wydłubane za pomocą nożyka. Proste, nieco toporne kreski układały się w litery, które spróbowałem odczytać:
EMINA BIANKA JANKA
Pierwsze z imion było przekreślone dwiema poziomymi kreskami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz