piątek, 7 czerwca 2024

Rozdział 9: Piekielne sekrety hotelu Barok

Winda, jak na złość, przechodziła konserwację w tamtym okresie czasu i jedyną drogą z drugiego piętra na parter były strome i wąskie schody. Musiało być chwilę po pierwszej w nocy, gdy uporali się z ciężką skrzynią. Mieli jedynie trzydzieści minut na wyjście z hotelu, pozbycie się kufra i powrót. Wtedy ze zmiany schodził nietrzeźwy cieć, a następny, jeszcze trzeźwy, przybywał dopiero o w pół do drugiej. Trzech z nich wywlekło kufer przed budynek, czwarty nie pomagał, trzymał niemowlaka. I tu trzeba wyjaśnić, że żaden z nich nie miał na imię Adrian, Konrad, Leszek lub Paweł. Trzech z nich nawet nie wiedziało, gdzie leżą Lipki, ani że za kilkanaście lat dojdzie tam do kapturniczej masakry siekierą. Zresztą to było dla nich bez znaczenia. Mieli na głowie własne problemy, a ich kulminacją była zawartość ogromnej skrzyni.
Zimny, styczniowy wiatr zniechęcał do wyjścia z ciepłego hotelu, śnieg zdrowo sypał, a oddech na mrozie zmieniał się w białe obłoczki, ale z fantem trzeba było coś zrobić. Grubasek, którego umownie możemy nazwać nie-Konradem zdjął marynarkę i opatulił nią dziecko.
- Dlaczego on nie pomaga? - zapytał nie-Leszek zmordowany targaniem skrzyni.
- Ktoś musi trzymać dziecko! - odpyskował.
- Ja potrzymam, a ty nieś skrzynię.
- Wykluczone - wyszeptał. - Nie płacze tylko u mnie.
Tu nikt nie mógł zaprzeczyć. Dziecko momentalnie cichło na jego rękach i nikt nie odważył się go stamtąd zabierać.
Z hotelu prowadziła oświetlona szosa. Idąc nią nad ranem dotarliby do Sopotu. Drugą opcją była wydeptana ścieżka prowadząca w głąb lasu i to właśnie nią się pokierowali. Noc i oblodzona droga nie sprzyjały ich wędrówce, ale puzdra należało się pozbyć. Leśna ścieżka gwarantowała brak świadków, przejeżdżających samochodów lub innych cudów-wianków. Poza tym była to najprostsza trasa do urwiska. Dwóch pchało, jeden ciągnął, a chłopak z dzieckiem oświetlał im ścieżkę latarką.
- Mogliśmy zabrać wózek do bagażu – poskarżył się nie-Paweł, ścierając pot z czoła.
- Teraz to możemy – mruknął, dotąd milczący, nie-Adrian.
- Zamieńmy się miejscami – zaproponował, kropla potu spłynęła mu po czole. Czuł, że jeszcze kilka kroków i padnie na pysk.
- Myślisz, że pcha się lepiej? - syknął nieżyczliwie nie-Leszek.
- Chętnie sprawdzę.
- Zostało kilkanaście metrów – przerwał im nie-Adrian, który wyraźnie pozował na lidera tej antypatycznej grupy. - Pozbędziemy się pudła i po kłopocie.
- Źle robimy.
- Co właściwie jest w tej skrzyni?
- Wolisz nie wiedzieć – uciął krótko przywódca.
- Zwłoki – zawołał z uciechą nie-Konrad.
- Zw... Zwłoooki? - wymamrotał.
Zęby nie-Leszka zgrzytały najpewniej z zimna lub przerażenia.
- Mówiłem, że wolisz nie wiedzieć.
W kilka minut dotarli do urwiska. Dwóch z nich spojrzało w ciemną przepaść. Na dole rysowały się nijakie kształty przykryte grubą warstwą śniegu.
- Od teraz... - powiedział stanowczo nie-Adrian. - Łączy nas sekret – użył reszty sił do zepchnięcia kufra w przepaść.
Wielka skrzynia osunęła się po błotnistym zboczu w szalony gąszcz bluszczu, połamanych drzew i śmieci, które przez lata magazynowali mieszkańcy z okolicy.
- Dzisiaj kończą się nasze praktyki – kontynuował. - Każdy wróci do domu, Sopot, Wejherowo... - próbował wymienić miejscowości, z których pochodzą towarzysze, ale nie szło mu to najlepiej, bo owe miejsca obchodziły go w równym stopniu, co koledzy.
- Lipki – podpowiedział.
- Nieważne – uciął. - A ty - zwrócił się bezpośrednio do opiekuna niemowlaka. – Z samego rana wywieziesz stąd bachora.
- I co z nim zrobię?
- Podłożysz w jakimś przytułku. Najlepiej na drugim końcu Polski. Nie ma prawa tu wrócić, bo jak Karol się dowie...
- O, Boże, zupełnie zapomniałem o Rypanym Draniu... - jęknął słabo nie-Leszek.
- Karola biorę na siebie - uspokoił ich. - Wy macie jedynie trzymać gęby na kłódkę! Nic, co wydarzyło się tej nocy w hotelu, nie ma prawa wyjść poza naszą grupę, jasne?
- Jasne – odpowiedzieli niemal równo.
I w ten sposób został pochowany jeden z wielu sekretów Hotelu Barok.

***


Nauczycielka przedmiotów zawodowych, Milena Kaczmarek była kobietą o złotym sercu i wrażliwym żołądku. To nietrafne połączenie wywołało lawinę wydarzeń, które w przyszłości miały doprowadzić do odkrycia przerażającej tajemnicy pewnego nadmorskiego kurortu, ale o tym zaraz...
Dobroć serca ujawniła się we wrześniu, gdy tegoroczni maturzyści powrócili w mury szkoły. Nauczycielka dobrze znała kulisy morderczej afery, w którą wplątała się trzecia ce. Wtedy też edukacja zeszła na drugi plan na rzecz ratowania życia. Profesorka postanowiła odpuścić praktyki klasie maturalnej.
- Ocenę z praktyk przepiszę z poprzedniego roku i będziemy kwita – wyjaśniła.
Nikt nie wyraził sprzeciwu. I tu ujawniły się dwie rzeczy stojące do siebie w zażartej opozycji, zamiłowanie Mileny Kaczmarek do kuchni orientalnej oraz wrażliwy żołądek. Pod koniec grudnia kobieta nażarła się przeterminowanych sajgonek i zmożona ostrą biegunką potocznie nazywaną sraczką, trafiła do szpitala. Stan okazał się na tyle poważny, że nie było mowy o szybkim powrocie do pracy. Obowiązki chorej przejęła profesor Beata Jędrus. I wtedy cała sytuacja zaczęła się plątać.
- U... A praktyk maturzyści nie odbyli? - zainteresowała się fałszywie. - Według terminarza powinniście zaliczyć nauki zawodowe do końca grudnia, a tu się zbliża styczeń.
Mówiąc to, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Nic nie sprawiało jej takiej radości, jak możliwość stresowania młodzieży. Adrian Korba próbował negocjować w imieniu klasy, ale Jędrusowa odpuścić nie zamierzała. W szale dzikiego poczucia obowiązku zaczęła rozsyłać uczniów po różnego rodzaju hotelach i kurortach wątpliwej jakości, o których sama myśl jeżyła włos na głowie.
Adrian Korba, Leszek Matuszewicz i Konrad Brzęcki rozsiedli się na ławkach w holu szkolnym i tym samym rozpoczęli żywiołową debatę na temat praktyk, niesympatycznej Beaty Jędrus oraz szkodliwości kuchni orientalnej. Miesięczne praktyki trzeba było odbyć w trybie ekspresowym, a przy okazji w miejscu w miarę przyjaznym. Pozostało zdać się na nauczycielkę lub samemu coś wykombinować. Niespodziewanie z pomocą wyszedł Konrad.
- Mój brat – rzucił hasło - mój brat jest recepcjonistą w hotelu w Bursztynowie.
- Bursztynowo? - powtórzył zaciekawiony Leszek. - Pierwsze słyszę. Gdzie to jest?
- Miasteczko pod Gdańskiem – wyjaśnił, dorzucając - gabarytami przypomina Lipki – po czym powrócił do właściwego tematu. - Kierownik tamtego hotelu szuka pracowników. Mój brat mógłby załatwić nam praktyki od ręki.
- A co to za hotel? - wtrącił Korba, jęknął, prostując nogę.
- Nazywa się Barok i to właściwie większy pensjonat.
- Szukają ludzi na zimę? - dopytał, masując delikatnie bolące kolano. - Myślałem, że to martwy okres nad morzem.
- Przygotowują się do sezonu letniego – odpowiadał na pytania, które sam zadawał w rozmowie telefonicznej z bratem. - Chcą upiąć się w styczniu, bo niby hotel ma obchodzić stulecie istnienia, czy coś takiego.
Pensjonat zaproponowany przez Konrada wydawał się o niebo lepszym rozwiązaniem od propozycji profesor Jędrus. Podjęli błyskawiczne działania i do następnej przerwy wszystkie formalności związane z naukami praktycznymi zostały załatwione. Hotel Barok w całej swojej dobroci zgodził się przyjąć pod opiekę, aż siedmiu uczniów. Do trójki chłopaków dołączyły Natalia Kozłowska, Marysia Kubińska oraz dwie osoby z klas niższych, Angelika Piekarz z drugiej de i Michał Maier z pierwszej a.
Praktyki miały trwać od czwartego do dwudziestego dziewiątego stycznia, czyli do samej studniówki, co wywołało delikatny sprzeciw ze strony Natalii.
- Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby – uspokoił ją Adrian i na tym stanęło.
I w taki sposób szczęśliwa siódemka znalazła się w pociągu relacji Poznań-Gdańsk. Tam nastąpił pierwszy zgrzyt związany z dezinformacją. Święcie przekonany o istnieniu dwóch stacji w Gdańsku, Konrad zarządził wysiadkę na ostatniej z nich – Wrzeszcz. Na peronie okazało się, że pociąg zatrzymuje się jeszcze na jednej stacji – Oliwie, na której to powinni przesiąść się w bus kursujący do Bursztynowa. Lechu postanowił zadzwonić do hotelu z informacją o nieznacznej obsuwie. Nie był to problem, bo dojechali dzień przed rozpoczęciem praktyk.
- Dzień dobry, Leszek Matuszewicz z tej strony, uszanowanie – przedstawił się. - Mieliśmy dzisiaj zjawić się w hotelu. Będziemy spóźnieni.. - wysłuchał osoby po drugiej stronie. - Jestem ja i sześć innych osób – odpowiedział. - No na praktyki... Pan Brzęcki będzie zorientowany – odłożył słuchawkę i głośno westchnął, dzieląc się pierwszym spostrzeżeniem:
- Nieprzyjemny facet.
- A co ci powiedział?
- Że mamy dotrzeć dzisiaj, a czym, go nie obchodzi.
Grupa wsiadła do kolejnego pociągu, a następnie w wariackim pośpiechu odbili busem do Bursztynowa. I tu pojawił się drugi zgrzyt, którym była odległość hotelu od przystanku. Do celu musieli przejść jeszcze około dwóch kilometrów. Chodnika brakło, a wesołą pielgrzymkę należało kontynuować oblodzoną szosą. Adrian ze względu na uszkodzone kolano zwalniał, aby z czasem pozwolić nieść się Lechowi na plecach jak jakiś tobół.


***


Do hotelu dotarli około szesnastej. Od metalowej bramy prowadziła wąska ścieżka pomiędzy zaspami, którą musieli pokonywać gęsiego. Adrian pierwszy raz stanął na ziemi o własnych siłach, a Leszek z nieopisaną ulgą przeciągnął się.
Stanęli przed wejściem rozglądając się po nieprzyjaznym terenie. Podobnie jak nawiedzony dom, tak teraz Hotel Barok sprawiał wrażenie niegościnnego miejsca. Nieprzyjemne wejście, szare mury, duże okna w starych ramach, spadzisty dach i pnące się w niebo kominy.
- Mam deja vu – przyznał Adrian. - W zeszłym roku spotkaliśmy się w podobnej liczbie i okolicznościach pod nawiedzonym domem.
- Liczysz, że znajdziemy trupa w recepcji? - wysapał zdyszany Leszek.
- O co chodzi z tym trupem? - zaciekawił się Michał.
- Stoisz w gronie lipieckich celebrytów – wyjaśniła Angelika. - W zeszłym roku ta grupka przetrwała starcie z seryjnym mordercą.
- Dobra! - ucięła Natalia, dla której finał afery z Kapturnikiem okazał się tragiczny w skutkach. - Nie chcę słyszeć o żadnych mordercach! - podniosła gniewny głos. - Jeden nie żyje, a drugi siedzi pod kluczem! Koniec!
Od zeszłego roku najwięcej zmieniło się u Adriana Korby. Strzaskane kolano wymusiło na nim rezygnację z trójboju. Niby kilka miesięcy, ale im dłużej trwała przerwa, tym mniej miał ochotę powracać do treningów. Sportowe towarzystwo odsunęło się na bok, a wolny czas zaczął spędzać z Leszkiem i Konradem, nasiąkając ich zwyczajami, zainteresowaniami i klozetowym poczuciem humoru. Zmianę najboleśniej przeżyła Natalia. Miała nadzieję, że kiedyś ona i Adrian odzyskają status koronowanych głów. Nadal przyjaźniła się z Marysią Kubińską, tolerowała nowych kolegów swojego chłopaka. Leszek zaczynał występować ze swoim rapem na małych koncertach, a Konrad założył blog poświęcony horrorom, który skromnie dobijał do dwóch tysięcy wyświetleń. Być może znajomość z nimi pomoże im powrócić na szczyty?
Na ich powitanie z hotelu wyszli ulizany blondyn oraz baba w kucyku, oboje w średnim wieku. Ulizany blondyn nazywał się Gustaw Brzęcki. Z nowo przybyłymi praktykantami przywitał się serdecznie, chociaż bardzo oficjalnie, nie zapominając o żadnej zasadzie dobrego "ąę" wychowania i jedynie w stosunku do młodszego brata okazał większą wylewność, ściskając go z całych sił. Baba w kucyku miała na imię Anita i była jedną z dwóch pokojówek zatrudnionych w hotelu na stałe.
Druga pokojówka urzędowała w recepcji. Była to młoda dziewczyna o płaskiej figurze, bladej cerze i obojętnym spojrzeniu. Bez żadnego wyrazu objaśniała drogę starszej pani i towarzyszącemu jej młodemu chłopakowi.
- Nie! - przerwała jej babcia.
- Ależ pani Jadziu – delikatnie napominał młodzian.
- Nie! Ja mieszkam w domu na górce! Jedźmy tam! - zarządziła energicznie.
- Potem – uspokoił ją.
Babcia trzepnęła go torebką w łeb, a następnie rzuciła popielniczką w recepcjonistkę. Na widok tłumnie wchodzącej do hotelu młodzieży uśmiechnęła się szeroko:
- Dzień dobry, jestem pani Dobrójska – podała rękę zdezorientowanej Marysi.
- Przepraszam – powiedział wnuk i niemal siłą wytargał babcię na zewnątrz.
Uczniowie odprowadzili dziwną parę wzrokiem.
- To nasza jedyna pensjonariuszka, pani Jadzia – powiedział trochę zawstydzony Gustaw.
- Ale wnuka ma nieprzyjemnego – skomentował Adrian.
- To nie jest jej wnuk, tylko opiekun medyczny – odparła z satysfakcją Anita. - Dobrójscy zapłacili mu, żeby ją wywiózł daleko od nich.
- Pani Anito – upomniał ją Gustaw. - Bez takich komentarzy – po czym łagodnie spojrzał na drugą pokojówkę, która wcześniej prawie oberwała popielnicą. - Do pani Oli możecie zwracać się o wszelaką pomoc.
Konrad nie słuchał. Wpatrywał się w idealnie płaską sylwetkę Oli. Ktoś coś mówił, a on bezwstydnie spoglądał na dziewczynę i rozmyślał o pozbawionej emocji twarzy. Była piękna niczym Maila Nurmi. Była starsza od niego o kilka lat, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie?

***


Kilka minut po siódmej, Leszek podniósł się ociężale i rozejrzał po pokoju. Sypialnia sprawiała wrażenie, jakby na siłę upchnięto do niej cztery łóżka. Dwie szafy stały w rogach pokoju, telewizor nieszczęśliwie wisiał obok drzwi, a meble obficie obładowano badziewnymi ozdobami. Po lewej znajdowało się przejście do toalety.
Wreszcie otworzył okno, zapalił papierosa i wyjrzał na zaśnieżony parking. Jakiś facet odgarniał szuflą śnieg z chodnika prowadzącego do ogrodu na tyłach. Raper ukłonił mu się grzecznie, ale ten nie odwzajemnił gestu.
Ciekawe, kto to? - pomyślał. - Może to on tak hałasował?
Tej nocy długo przewracał się z boku na bok. Odgłosy dobiegające zza ścian – niby ciche szmery i delikatne pukania – nie pozwalały mu zasnąć.
- Jak nic mają myszy – powiedział do siebie, zamykając okno.
Ubrał się szybko i przemknął przez korytarz do holu, gdzie trwała zbiórka praktykantów, której przewodził Gustaw.
- Kurde, strasznie zimno – powiedział na przywitanie.
- Psują się kaloryfery – komentarz Matuszewicza zbiegł się w czasie z informacją od Brzęckiego. - Trzy razy wzywaliśmy hydraulika, ale jeszcze do nas nie trafił.
- A nie można rozpalić w kominku? - spytał żałośnie Michał.
- W takim razie trzeba wezwać kominiarza. To zabytkowe kominki. Nie używano w nich od ponad trzydziestu lat. Także nie próbujcie sami w nich rozpalać, bo prędzej się zaczadzimy niż ogrzejemy.
Ktoś jęknął.
- Na coś jeszcze powinniśmy uważać? – zapytał przezornie Leszek, pocierając zziębnięte dłonie.
- Na podłogi.
- Zarwą się? - przeraziła się Marysia.
- Nie, ale wykładziny nie są przytwierdzone w żaden sposób – Gustaw wyjaśniał z coraz większym zakłopotaniem. - Można się poślizgnąć.
- I rozbić głupi łeb – skomentował pociesznie Adrian.
- O czym ja miałem jeszcze... - wymamrotał recepcjonista. - Klucze! - zawołał i zaczął tłumaczyć: - Brama wjazdowa jest zamykana o godzinie jedenastej, chyba że goście zechcą inaczej.
- A mamy jakichś gości? - spytał z powątpiewaniem Konrad.
- Ta śmieszna babcia z wczoraj – przypomniała Angelika.
- Pani Jadzia i Szymon – przypomniał Brzęcki i wrócił do tematu: - Są trzy komplety kluczy. Jeden dla mnie, drugi dla pana Henryka i trzeci wisi w recepcji, ale za żadne skarby nie wolno wam go ruszać bez mojej zgody.
- Kim jest pan Henryk? - spytał Korba.
W tym samym momencie w holu pojawił się czterdziestoletni mężczyzna. Wysoki, chudy, twarz miał bladą i pokrytą bliznami po młodzieńczym trądziku. Szedł spokojnie, ale z bucowatą pewnością siebie, która wylewała się z niezadowolonej mordy. Na przywitanie powiedział ozięble:
- Rozdać im uniformy i przydzielić zadania.
Komentarz ubodnął Natalię. Jakie uniformy? Zadania? Kim jest ten cham?
- Przepraszam – zaczęła grzecznie mimo ogromnego stężenia bucowatości. - Tradycją praktyk jest to, że maturzyści mają odpuszczone wszelkie prace.
- Skoro masz odpuszczone, to co tu robisz?
- No... przyjechałam na praktyki – odpowiedziała trochę zaskoczona.
- W takim razie nie widzę żadnego problemu – buc uciął dyskusję i odmaszerował.
Dopiero potem Gustaw przedstawił buca jako pana Henryka Urasia, menadżera i opiekuna Hotelu Barok.
Praktykanci otrzymali po dwa komplety uniformów, w których skład wchodziła granatowa marynarka z logo hotelu, kamizelka, koszula na guziki, brzydkie obuwie, krawat i spodnie w kant dla panów lub apaszka i spódnica dla pań.
Michał i Marysia wylądowali w kuchni, reszta została zapędzona do sprzątania.

***


Skuta lodem okolica była prezentowała się wspaniale, ale kierowcę Pegauta bardziej frapowała siedząca obok pasażerka. W jej urodzie jak pejzażu na zewnątrz tkwiło coś chłodnego i pochmurnego. Oddychała spokojnie, pochłonięta czytaniem, bez emocji przewracała kolejne strony książki. Kierowca jeszcze raz spojrzał na dziewczynę i nie wytrzymał:
- Sama jesteś sobie winna! Ciesz się, że nie wylądowałaś w poprawczaku!
- Za co? Za przekonania?! - oburzyła się, zamykając lekturę. - Żyjemy w powieści Orwella, że karzą karzą za poglądy?
- Żyjemy w rzeczywistości, a rzeczywistość jest taka, że popełniłaś przestępstwo!
- Przestępstwo?! Uratowałam te psy od śmierci! Chcieli uśpić dwadzieścia psów! Nie mogłam na to pozwolić! - nie ustępowała.
- Trzeba było wstawiać smutne posty na fejsa, a nie włamywać się i wykradać zwierzęta ze schroniska! Gdzie masz rozum?! Teraz masz dwieście godzin prac społecznych w jakimś gównianym hotelu na jakimś zasranym wygnajewie, a psy i tak poszły do uśpienia!
Dziewczyna zamilkła na myśl o zwierzętach. Przez chwilę trwała cisza. Na twarzy kierowcy pojawił się delikatny uśmiech. Przegadał gówniarę, ha!
- No, już się nie bocz na mnie – mruknął życzliwie.
- Wujku... - jęknęła słabo.
- Też mi się nie podoba zostawianie cię tutaj na cały miesiąc, ale sama rozumiesz – zamilkł na chwilę. - Zajmuję się tobą od śmierci rodziców... - w głośnym westchnieniu dało się odczuć nutę melancholii. - Chciałbym, abyś wyszła na ludzi.
Samochód minął metalową bramę i zatrzymał się na placyku pod budynkiem.
- Może moje maniery przy stole mogłyby być nieco lepsze, ale tak poza tym wykonałeś dobrą robotę – przyznała na pożegnanie.
Hotelowy hol wypełniał głośny ryk odkurzacza. Dziewczyna przeszła kilka kroków w głąb i zauważyła młodego chłopaka – średniego wzrostu, krępej budowy, łysy. Pochłonięty pracą Leszek nie zauważył jej wejścia.
- Cześć, miałam się zgłosić – zagadała do niego.
Hałas zagłuszył słowa. Powtórzyła nieco głośniej. Chłopak wyłączył odkurzacz i spojrzał na nią z tępym wyrazem twarzy.
Głuchy, kretyn albo obcokrajowiec – pomyślała i nie wiedzieć czemu uwierzyła w trzecią możliwość. Odchrząknąwszy postanowiła zapytać w innym języku:
- Mówisz po angielsku?
Turystka z zagranicy na feriach zimowych w Polsce – pomyślał.
- Taaak – przedłużył delikatnie odpowiedź. - Mogę w czymś pomóc? - jego akcent przypominał ścieranie kurzu z mebli za pomocą papieru szlifierskiego.
- Mam tu rozpocząć pracę – kontynuowała. - Możesz mnie pokierować do szefa?
- Jasne – przytaknął. - Idź do pana Henryka – z niebywałą gracją łamał wszelaką gramatykę języka. - Jego gabinet... - zdał sobie sprawę, że kićkają mu się kierunki.
Już chciał powiedzieć, "go straight ahead", gdy uświadomił sobie, że w ten sposób wskaże wyjście do ogrodu. Czego jak czego, ale swojej niekomunikatywności językowej wstydził się mocno. Skierował wzrok w ziemię i wymamrotał "I will show you", po czym szybkim krokiem poprowadził ją do menedżera.
- Wyszedłem na niekomunikatywnego debila, ale dziewczyna fajna – podsumował spotkanie z turystką z zagranicy.

***


Pierwszy dzień praktyk minął bezboleśnie. Późnym wieczorem praktykanci spotkali się w pokoju chłopaków. Dołączyły do nich pokojówki, które uradowało nowe towarzystwo.
- Fajnie, że do nas trafiliście – stwierdziła Anita. - Jesienią i zimą można tutaj umrzeć z nudów.
Turystka z zagranicy zajęła miejsce obok Leszka z patriotycznym poczuciem obowiązku opowiedzenia mu o Polsce. Rozmowę zaczęła od najprostszego pytania:
- Czy podoba ci się tutaj?
Leszek aż się zająknął nie będąc pewnym swoich językowych umiejętności. Nie sprecyzowane "tutaj" uznał za Hotel Barok i odpowiedział krótko choć niechętnie, tak. Pozostali spoglądali na nich z uśmieszkami. Dlaczego prowadzą rozmowę w języku angielskim? Nikt jednak nie przerywał im. Leszek czuł, że gotuje się w środku, ale turystka nie miała zamiaru przestać:
- Skąd jesteś?
- Stąd.
Turystka zgłupiała. Nikt nic nie mówił, a jedynie każdy spoglądał na nich z zafascynowaniem. Nie do końca rozumiejąc odpowiedź, zapytała:
- To dlaczego mówisz po angielsku?
- Because... - zaczął zamotany – ty... mówisz po angielsku... - zamilkł uświadamiając sobie idiotyzm sytuacji. - Mówisz po polsku?
Zaśmiała się, a zaraz za nią runęła lawina komentarzy, którą próbowała przekrzyczeć:
- Bo ja myślałam, że ty mnie nie rozumiesz, a pytałam o coś głupiego i... - tłumaczyła.
- Nie dosłyszałem, ale jak zaczęłaś pytać, czy znam angielski to ja...
Oboje zgodzili się, że sytuacja jest głupia i z ulgą przeszli na język ojczysty.
- Lechu jestem – przedstawił się.
- Dominika.
Zapanowała leniwa, kolonijna atmosfera. Angelika dolała wszystkim herbaty, a potem usiadła na składanym krzesełku.
- Zna ktoś jakąś straszą historię? - spytał rozweselony Adrian, objął Natalię i przybliżył ją do siebie.
- Może o tym hotelu? - zaproponowała Anita.
- A co tu się strasznego wydarzyło? - zaciekawił się Konrad.
- To miejsce cieszy się złą sławą – przyznała pokojówka. - Hotel Barok został założony przez Olgierda Hoffmana 26 stycznia 1910 roku.
- Pamiętasz dokładną datę? - zdziwił się Michał.
- Data jest ważna – wyszeptała Ola.
- Hej, faktycznie ten hotel będzie obchodził stulecie – ucieszyła się Marysia.
- Ciii – syknęła Natalia.
- Olgierd miał trzech synów: Witolda, Karola i Daniela, ale żadnemu z nich nie chciał oddać swojego majątku – kontynuowała. - Zdecydował się, że całą fortunę przepisze na wnuka urodzonego najbliżej daty założenia hotelu.
- Idiota – skomentowała Marysia.
- Witold powiedział to samo i zerwał kontakt z rodziną – dodała Ola. - Problemem był Karol.
- Bracia i goście wołali na niego Rypany Drań – mówiła dalej Anita. - Facet miał ogromny talent do garbowania skór. Tworzył z nich przerażające kostiumy. Mówi się, że w noc, w którą urodził się syn Daniela, Karol założył swój ulubiony kostium, a potem zabił brata, szwagierkę i ich dziecko.
- I wszystko po to, aby spadkobiercą został jego potomek, urodzony kilka dni wcześniej.
- Co... co się stało z Karolem i jego potomkiem? - zająknął się Konrad.
- Tamtej nocy został zastrzelony przez milicjantów – wyjaśniła Ola. - Ktoś doniósł o jego zbrodni.
- Jeśli pięciokrotnie wypowiesz do hotelowego lustra imię Rypanego Drania, jego duch wstanie zza grobu – zakończyła Anita.
Zapanowała cisza.
- Głupia legenda – stwierdziła Natalia.
- Ma ktoś lusterko? - spytał wesoło Adrian. - Zweryfikujemy ją od razu.
Angelika podała mu lusterko z kosmetyczki.
- Nie! - sprzeciwił się Konrad. - Mogę radzić sobie z seryjnym mordercą, ale duch to zupełnie inna para kaloszy!
Nikt go nie słuchał. Chórem zawołano dwukrotnie "Rypany Drań". Przy trzecim okrzyku chór wyraźnie osłabł. Zabawa straciła na atrakcyjności, a przy czwartym razie dało się słyszeć pojedyncze głosy. Napięcie pojawiło się przed piątym powtórzeniem.
- Rypany Drań! - ubiegł ich chłodny i bucowaty głos.
Henryk Uraś stał w progu pokoju i przypatrywał się pracownikom z niezadowoleniem.
- Rypany Drań! Też mi coś! Nie chcę o nim słyszeć nigdy więcej – powiedział wzgardliwie. - Ktoś musi odbyć nocną zmianę w recepcji, zapraszam dwie osoby.
 

***



Wszedł od strony ogrodu. Miał na sobie ściśle opiętą maskę ze skóry, pozszywaną mocnymi nićmi, oczy czarne, a na pysku wycięty uśmiech, z którego wyłaniały się niby wężowe kły. Angelika z początku nie zwróciła na niego uwagi. Jako że pochodziła z Lipek, w głowie miała inny obraz mordercy – zakapturzonego i z siekierą w łapach. Dlatego też faceta w skórzanym stroju wzięła za jakiegoś wariata ewentualnie pederastę. Nim zdążył wyciągnąć spod płaszcza rzeźnicki nóż, nastolatka poszła po Anitę.
Z zaplecza wyłoniła się pokojówka. Od razu zrozumiała, kim jest zamaskowany facet.
- Rypany Drań... - jęknęła słabo.
Mężczyzna nie wydawał się być agresywny. Podszedł do blatu recepcji i skinął głową na kobietę. Anita zbliżyła się nadstawiając ucho. Wtedy ten złapał ją za szyję i przeciągnął przez ladę. Próbowała wyszarpnąć się, ale był znacznie silniejszy. Zadał jej cios w szyję, a gdy miał pewność, że nie żyje, poszedł sobie.
Następnie Angelika zaczęła wrzeszczeć, stawiając tym samym cały hotel na nogach. Później nastąpiły sceny dantejskie z wzywaniem policji, paniką i innymi takimi... Konrad, Leszek i Adrian stali z boku przyglądając się pracy policji.
- Wygląda na to, że mamy kolejną zagadkę do rozwiązania – przyznał Korba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz